Euro w Polsce? Termin nieznany

W poszukiwaniu najlepszego czasu
Po wtorkowej Radzie Gabinetowej rząd i prezydent są równie daleko od wskazania sobie i nam wszystkim terminu wejścia do strefy euro jak byli. Czy to dla kogokolwiek jest jednak zaskoczeniem? I czy można mieć o to do nich pretensję?

Zdeklarowani zwolennicy naszej obecności w eurolandzie mówią, że jak najbardziej.  Brak daty to trochę jakby rozmazywanie celu: niby jest, ale za mgłą, nieprecyzyjny i niedookreślony. Gdyby nie było konkretnej daty rozpoczęcia mistrzostw Europy w piłce nożnej to jak szybko zbudowalibyśmy stadiony? W Chorzowie zaczęli generalną przebudowę jako pierwsi, a nie skończyli do dzisiaj. Przy każdym dużym przedsięwzięciu konkretna, twarda data wzmacnia i mobilizuje. Jej brak pozwala na przestoje, usprawiedliwia ospałość. Czy sami sobie nie robimy więc krzywdy i nie pozbawiamy szans?

Data nie była i nie jest najważniejsza – odpowiadają zgodnie premier i prezydent. Ten pierwszy pewnie z tym większym przekonaniem, że już raz wyznaczał Polsce i Polakom „trudny, ale realny termin”. I był to… 2011 rok. Lata minęły i w sferze realnej niewiele się nie zmieniło. Nadal nie spełniamy żadnego z tzw. kryteriów z Maastricht (m.in. poziom inflacji, długu publicznego, niski poziom stóp procentowych i nikłe wahania kursów walutowych), nie mamy też takich zapisów w konstytucji, które pozwalałyby na przyjęcie euro w zamian za złotego.

Zróbmy więc najpierw porządki na własnym podwórku, apeluje prezydent, podreperujmy finanse publiczne, to jest nam potrzebne tak czy owak, pomoże gospodarce osiągnąć stabilny, w miarę szybki wzrost. Mając rozchwiane finanse, ale też wysokie bezrobocie wyznaczanie dat to czyste fantasmagorie, niepotrzebny, polityczny happening. Lepiej się od tego powstrzymać, nie straszyć społeczeństwa nierealnymi projektami, bo bez spełnienia wszystkich kryteriów droga do eurolandu będzie przed Polską i tak zamknięta. By ją odblokować, w najlepszym razie potrzebujemy jeszcze kilku lat.

Co więcej (a o tym na radzie mówiono już pewnie mniej) rządzący politycy potrzebują też czasu, by w społeczeństwie odwrócić nastroje. Dawny, dość powszechny entuzjazm większości Polaków do wspólnej waluty, wraz z kilkuletnim kryzysem finansowym w Europie, najwyraźniej gdzieś wyparował. W opiniach i w ocenach przydatności euro w ostatnich latach stopniowo, ale nieubłaganie przesuwamy się w stronę Szwedów czy Duńczyków, niespecjalnie spieszących się do eurolandu. Zmiana chłodnego stosunku do euro rosnącej części społeczeństwa to będzie zadanie równie trudne, a może nawet trudniejsze, niż wypełnienie samych kryteriów z Maastricht.

Przy obecnych poziomach bezrobocia i nikłym tempie gospodarczego wzrostu sceptycyzm Polaków wobec wspólnej waluty trudno byłoby politykom przełamać. Dlatego też sobie i całej Europie dają więcej czasu na złapanie równowagi. Ile konkretnie? Odpowiedź padnie najwcześniej za trzy lata. Jak mówi obecny minister finansów, a od niedawna wicepremier, powinniśmy wejść do strefy „w najdogodniejszym dla polskiej gospodarki czasie”.  Zaraz dodaje, że on sam nie będzie już tym czasie zapewne czynnym politykiem. Bardzo motywujące, faktycznie, to jednak nie jest.

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną