Dymisja szefa resortu skarbu

Upadek ministra (prawie) doskonałego
Mikołaj Budzanowski chciał być wzorowym ministrem skarbu państwa, ideałem kompetentnego, apolitycznego urzędnika służby cywilnej. Niestety, nikt nie jest doskonały, zwłaszcza gdy nie ma politycznego zaplecza. Dlatego musi pożegnać się ze stanowiskiem.

Śledztwo w sprawie jamalskiej, prowadzone przez ministra spraw wewnętrznych Bartłomieja Sienkiewicza na zlecenie premiera Tuska miało doprowadzić do wykrycia winnego narażenia na śmieszność szefa polskiego rządu. 

Przypomnijmy, że w wyniku dość tajemniczych  niedomówień i nieporozumień premier nie dowiedział się w porę, że polska spółka EuRopol Gaz podpisała list intencyjny z Gazpromem w sprawie budowy gazociągu Jamał II przez Polskę i to w wersji, która jest uznawana przez polskie władze jako politycznie nieakceptowana. Wprawdzie list intencyjny nie ma żadnej mocy wiążącej a spółka EuRoPol Gaz jest w połowie własnością Gazpromu, to jednak sprawa wywołała polityczny skandal.

Okazało się, że wiele osób o tym wiedziało, ale nie przywiązywało do tego wagi. Ktoś się do kogoś nie dodzwonił, ktoś coś powiedział, a inny tego nie zrozumiał. W sumie można było odnieść wrażenie, że śledzimy scenariusz komedii pomyłek a nie dramat polityczny. Summa summarum, wyszło ogólne wrażenie bałaganu – w spółkach kontrolowanych przez Skarb Państwa, jak i w ministerstwach skarbu i gospodarki. Najbardziej podejrzani byli Janusz Piechociński i Mikołaj Budzanowski. Piechociński jako ludowy koalicjant był nie do ruszenia, więc skrupiło się na Budzanowskim, którego premier odwołał za to, że  „wykonywał funkcje nadzorcze nad spółkami skarbu państwa w sposób niewystarczający”. Odwołanie Budzanowskiego było o tyle łatwym zabiegiem, że nie dotyczyło polityka PO, więc nie rodziło dla premiera problemów ze równoważeniem interesów poszczególnych grup w partii. Było równie łatwe jak pozbycie się kiedyś ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ćwiąkalskiego.

Budzanowski starał się jak mógł. Pracował od rana do wieczora. Ma naturę perfekcjonisty i wzorowego ucznia. Był przekonany, że dzięki swojemu talentowi i pracowitości będzie w stanie wszystko przewidzieć i nad wszystkim zapanować. Premier powiedział, że chce mieć gaz łupkowy w 2014 r., więc Budzanowski kolanem dociskał spółki, by inwestowały w poszukiwanie i wydobycie. Premier pojechał do Kataru, by podpisać kontrakt w sprawie gazu skroplonego, więc minister obiecał, że dopilnuje by gazoport był gotowy w terminie. Był czujny i gotowy do zdecydowanych działań. Kiedy rosyjski koncern podjął starania, by  przejąć Zakłady Azotowe w Tarnowie, Budzanowski pojechał na walne Tarnowa i wzywał akcjonariuszy do odrzucenia rosyjskiej oferty. A potem skonsolidował sektor chemiczny, by Rosjanom odciąć szanse na przejęcie.

Niestety, nawet pracując całą dobę minister nie był w stanie wszystkiego dopilnować i nad wszystkim zapanować. Przegapił kryzys w PLL LOT, co skończyło się koniecznością udzielenia pilnej pożyczki i wdrożeniem planu ratunkowego o dość wątpliwych szansach na sukces. Nie upilnował budowy gazoportu – rosną opóźnienia i nie wiadomo, czy będzie gdzie rozładować statki z Kataru. Nie widać przełomu w łupkach, nie wiadomo co z programem odbudowy polskich elektrowni. Stare dożywają swoich dni, a budowa nowych nie może ruszyć z miejsca.

Mikołaj Budzanowski zostawia więc swojemu następcy, Włodzimierzowi Karpińskiemu sporo kłopotów. Karpiński dotychczas był wiceministrem administracji i cyfryzacji i nie ma wielkiego doświadczenia w zarządzaniu gospodarką. Jest jednak doświadczonym politykiem z lubelskiej PO, zaprawionym w bojach z Zytą Gilowską i Januszem Palikotem, zaprzyjaźnionym z prawą ręką premiera Pawłem Grasiem.  Ma więc wszelkie zalety, by być ministrem skarbu nie do ruszenia.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj