Groźny monopol Benefitu

Uboczne skutki benefitu
Jednej firmie udało się niemal zmonopolizować rynek kart sportowych przyjmowanych w kilku tysiącach miejsc w całej Polsce. Posiadacze karnetów się cieszą, ale właściciele szkół jogi i klubów fitness finansowo cierpią z powodu istnienia wielkiego pośrednika.
Karty firmy Benefit akceptowane są w ponad 4 tys. miejsc w całej Polsce.
Ian Lishman/EAST NEWS

Karty firmy Benefit akceptowane są w ponad 4 tys. miejsc w całej Polsce.

materiały prasowe

Polityka

Ma ją już ponad 400 tys. osób i dla wielu jest przepustką do raju. Karta MultiSport Plus, oferowana przez firmę Benefit Systems, to duża atrakcja dla zwolenników klubów fitness, szkół jogi i innych miejsc, gdzie można poćwiczyć. Dzisiaj ta karta akceptowana jest w ponad 4 tys. miejsc w całej Polsce. Kto nie pracuje w firmie, gdzie kartę MultiSport Plus kupuje dla zatrudnionych właściciel, ten desperacko szuka ofert sprzedaży w Internecie.

Zdarzały się nawet przypadki oszustw, gdy sprzedający podszywali się pod pracowników firmy Benefit i proponowali rzekomo karty MultiSport po przelaniu odpowiedniej sumy na konto. Dla samej spółki Benefit, notowanej na warszawskiej giełdzie, karta MultiSport to trzon działalności i źródło sukcesów biznesowych. Mniej zadowoleni są niektórzy współpracujący z Benefitem, narzekający na coraz trudniejsze warunki finansowe. Początkowo użyteczny pośrednik, gwarantujący dodatkowych klientów, stał się dla nich uciążliwym hegemonem, od którego czują się uzależnieni.

Źródło kłopotów 

Model funkcjonowania Benefitu jest prosty i niespecjalnie oryginalny. Stworzoną przez siebie kartę spółka oferuje różnym firmom, celując przede wszystkim w najbogatsze korporacje. Wykorzystuje istnienie zakładowych funduszy świadczeń socjalnych, które muszą tworzyć w Polsce wszystkie przedsiębiorstwa zatrudniające powyżej 20 pracowników. Wielu pracodawców zastanawia się, jak najlepiej i najprościej spożytkować te pieniądze. Z gotową receptą przychodzi Benefit i proponuje swoje karty.

Pracodawca sam może zdecydować, czy pokrywa cały koszt zakupu, czy tylko część, a resztę dołożą zainteresowani pracownicy. W tym drugim wariancie jest to z reguły kilkadziesiąt złotych miesięcznie, ale kto choć raz w tygodniu zamierza użyć karty, chętnie i z tej opcji skorzysta. Benefit w kontaktach z korporacjami uchodzi za wyjątkowo elastycznego partnera, dzięki czemu zdobył wielu klientów. Jest gotów do współpracy nawet wtedy, gdy firma chce zgłosić zaledwie 10 pracowników.

Żeby jednak karty Benefitu miały wartość, potrzebna jest jeszcze liczna i atrakcyjna sieć przyjmujących. A ci mają spory dylemat. Owszem, Benefit dzięki popularności swego karnetu niemal gwarantuje gwałtowny przyrost liczby klientów, ale za wizytę każdego z nich płaci marnie, z reguły dużo mniej niż ci, którzy przychodzą indywidualnie. Część właścicieli klubów i sal gimnastycznych doszła nawet do wniosku, że stara maksyma „duży obrót, mały zysk” w tym przypadku niekoniecznie się sprawdza. W końcu jedna z grup postanowiła połączyć siły i zacząć twardo negocjować z Benefitem. To 10 warszawskich szkół jogi, które wynajęły poznańską kancelarię i zamierzają wymusić na pośredniku zmianę warunków współpracy. Narzekają, że od lat za każdego klienta z kartą dostają tyle samo, bo w umowach nie ma klauzuli dotyczącej nawet waloryzacji stawki o inflację. Lista zarzutów jest zresztą dłuższa – niejasne warunki kontroli, surowe kary w przypadku jakichkolwiek uchybień i ogromna trudność, by uzyskać zgodę Benefitu na wprowadzenie dopłat dla klientów przychodzących z kartami MultiSport. Umowy między Benefitem a jego małymi partnerami są bardzo korzystne dla tego pierwszego. Jak mogło dojść do takiej dysproporcji?

 

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną