Rynek

Krajobraz po tsunami

5 lat po upadku Lehman Brothers

Już Adam Smith powiedział, że zarządzający pieniędzmi innych rzadko czynią to z taką samą starannością, z jaką troszczą się o swoje. Już Adam Smith powiedział, że zarządzający pieniędzmi innych rzadko czynią to z taką samą starannością, z jaką troszczą się o swoje. Lucas Jackson/REUTERS / Forum
Pięć lat temu upadek wielkiego inwestycyjnego banku Lehman Brothers uruchomił finansowe tsunami, które pchnęło światowe banki na krawędź przepaści. Ale Wall Street, niczym magik, zdołała z ruin wyciągnąć niemal wszystko, co chciała. Rachunki zapłacili inni.
W bankowości tysiące ludzi straciły pracę, ale praca pracy nierówna i bankier bankierowi także. Wall Street, czyli arystokracja finansów, poradziła sobie śpiewająco.HRVOJE POLAN/AFP/EAST NEWS W bankowości tysiące ludzi straciły pracę, ale praca pracy nierówna i bankier bankierowi także. Wall Street, czyli arystokracja finansów, poradziła sobie śpiewająco.

Bankructwo Lehman Brothers 15 września 2008 r. wywołało skutki niewspółmierne do skali tego banku głównie dlatego, że było niespodzianką. Do tej pory instytucje finansowe Ameryki spijały śmietanę, gdy interesy szły dobrze, a rząd je ratował, gdy się potykały. Gdy tym razem ratunek nie nadszedł, osłupiałe rynki zamarły i z miejsca pojawiło się pytanie: kto następny?

Lista ofiar katastrofy jest długa i sięga niemal każdego zakątka świata. Globalizacja ma wprawdzie swe zalety, ale sprawia, że zaraza przenosi się szybko. To, że kilkadziesiąt milionów ludzi w bogatych krajach nie ma dziś pracy, nie wynika z tego, że Grecy kantowali, Włosi leniuchowali, a Hiszpanie spekulowali, choć wszystko to miało miejsce i cnoty w tym żadnej nie widać.

Za cwane, żeby upaść

Winne są banki centralne, które dawały kredyt tak tani, że żal było nie wziąć, agencje ratingowe, które na finansowych śmieciach przybijały stempel „prima sort”, i audytorzy, którzy udawali ślepych. Trudno rozgrzeszyć miliony pożyczkobiorców, którzy uwierzyli w miraże łatwego bogactwa. Ale to w końcu banki odpowiadają za to, komu, kiedy i na jakich warunkach pożyczają. Biorą przecież pieniądze za wycenę ryzyka.

Lista grzechów i grzeszników jest zatem długa. Przeraźliwie krótka jest natomiast ławka osądzonych i ukaranych. W 2010 r. Oscara za najlepszy pełnometrażowy film dokumentalny dostał „Inside Job” – oskarżenie instytucji finansowych o sprokurowanie największego kryzysu finansów od czasów Wielkiej Depresji. Przyjmując statuetkę Oscara, twórcy filmu zaczęli swe wystąpienie słowami: „Ani jeden urzędnik z sektora finansowego nie trafił do więzienia i to nie jest w porządku”.

Kryzys nie byłby tak dotkliwy, gdyby nie epidemia szalbierstw – czasem pozornie niewielkich, ale powielanych na gigantyczną skalę, jak nagminne fałszerstwa w aplikacjach o pożyczkę hipoteczną. Innym razem, gdy lekceważono procedury, wina plasuje się na granicy oszustwa i niekompetencji. Ale czy można kogoś posłać za kratki za niekompetencję? Islandia, która jako jedyna pokazała obcym bankom figę, odpowiedziała na to pytanie twierdząco. W większości przypadków skończyło się jednak na reprymendach, utracie premii lub dymisjach.

Rany wciąż liże sektor obrotu nieruchomościami. W bankowości tysiące ludzi straciły pracę, ale praca pracy nierówna i bankier bankierowi także. Wall Street, czyli arystokracja finansów, poradziła sobie śpiewająco. Tam odrobiono 30 proc. strat. Wynika z tego, że niektórzy polegli. Lecz ci, którzy przetrwali na etatach, nie mają powodu do narzekań. W zeszłym roku dostali premie w średniej wysokości 122 tys. dol. W sumie 22 mln dol. netto.

Tam gdzie zarzutu naruszenia prawa nijak nie dało się podważyć, na wielkie banki posypały się – i wciąż sypią – ciężkie kary finansowe. Tytułem „Too big to jail” (Za duże, aby trafić za kratki) brytyjski „The Economist” opatrzył artykuł poświęcony karom sięgającym setek milionów dolarów, jakie Amerykanie nałożyli na wielkie banki brytyjskie działające w USA, ale nie za „koprodukcję” kryzysu, lecz za pranie brudnych pieniędzy dla Kuby, Iranu, Libii, Sudanu i Mjanmy. Tygodnik nawiązywał rzecz jasna do formuły „too big to fail” (za duże, aby upaść), która dla gigantów sektora finansowego od lat stanowi gwarancję, że jak przyjdzie co do czego, to rządy (za pieniądze podatników) rzucą im koło ratunkowe. Po przewrotce Lehmana Warren Buffett za głęboko niemoralną uznał sytuację, że to na akcjonariuszy, a nie na szefów i rady nadzorcze firm, które utopiły ogromne pieniądze, spadł niemal cały ból finansowy. Zbyt długo, jego zdaniem, korporacyjni bonzowie i ich klakierzy w radach cieszyli się marchewką, a nigdy nie oglądali kija.

Wszystko na sprzedaż

Większość ekonomistów pogodziła się z ogromnymi nierównościami w dochodach w przekonaniu, że socjalistyczna kuracja jest gorsza niż kapitalistyczna choroba. Ostatnio jednak różnice te wzrosły dramatycznie nie tylko w Ameryce i Europie, ale też w Chinach, Indiach, Rosji czy w Afryce. Sondaże przeprowadzone na Światowym Forum Ekonomicznym w Davos wskazały właśnie nierówności jako najważniejszy, obok fiskalnej nierównowagi, problem nadchodzących lat. I najbardziej dziś niebezpieczny dla społecznej stabilności.

 

Nawet w Ameryce, gdzie egalitaryzm nigdy nie był modny i mało kto pomstował na rozpiętości dochodów, które gdzie indziej uchodzą za nieprzyzwoite, publika wpadła w furię, gdy miliony ludzi straciło pracę i oszczędności życia, a autorzy tej klapy wypłacają sobie i swym adiutantom gigantyczne premie. Przez całe lata akcjonariusze siedzieli cicho w przekonaniu, że prezesi zasługują na zarobki gwiazdorów, bo to zagwarantuje im zyski i że jeśli chce się mieć wyniki jak Real czy Barcelona, to trzeba płacić tyle, ile chcą Ronaldo czy Messi. Entuzjazm stopniał, gdy się okazało, że za gigantyczne pieniądze kupuje się gigantyczne straty.

Czy grzechom ostatnich lat bardziej są winni ułomni ludzie czy niesprawne instytucje? Czy bez bezwzględnego szeryfa i policyjnego nadzoru jesteśmy skazani na grabież w biały dzień? Czy rynek jest głęboko nieetyczny?

Zdaniem Johna C. Bogle’a, twórcy i wieloletniego szefa największego w Ameryce funduszu inwestycyjnego Vanguard, głęboki kryzys na rynku finansowym wynika w mniejszym stopniu z fundamentalnych cech rynku czy ludzkich ułomności, a bardziej z faktu, że klasa menedżerska stopniowo przejęła kontrolę nad gigantycznymi przedsiębiorstwami, w których ma nikłe udziały własne. Już Adam Smith powiedział, że zarządzający pieniędzmi innych rzadko czynią to z taką samą starannością, z jaką troszczą się o swoje. Ale to, powiada Bogle, tylko część wyjaśnienia. Obowiązujący kiedyś moralny absolutyzm – „są rzeczy, których po prostu się nie robi” – zastąpił moralny relatywizm: „skoro wszyscy to robią, to czemu ja miałbym być inny?”.

„Nigdy przedtem tak wielu niewykwalifikowanych 24-latków nie zarobiło tak wielkich pieniędzy w tak krótkim czasie – pisał Michael Lewis w swym pamiętniku z Wall Street „Liar’s Poker”. – Mieli po dwa małe czerwone sportowe samochody, a chcieli mieć cztery, i to za wszelką cenę”. Książka powstała wprawdzie blisko ćwierć wieku temu i opisuje klimat lat 80., kiedy ludzie z Wall Street zostawili skrupuły w szatniach eleganckich restauracji, ale postawy z tamtych lat jedynie się upowszechniły.

Wpadka Lehmana i to, co po niej nastąpiło, przypomniało też o fali afer z początku bieżącego wieku, gdzie w odróżnieniu od dzisiejszej sytuacji paru herosów ze świecznika wylądowało w pudle.

Jeden z tytułów, jakie F. Scott Fitzgerald rozważał dla swej powieści „Wielki Gatsby”, brzmiał „Trimalchio in West Egg”. Trymalchion to postać z „Satyrykona”, nieokrzesany parweniusz, który pracą i uporem doszedł do majątku. Na jego przyjęciach serwowano żywe ptaki zaszyte w prosięciu. Ale czy ustępował mu Dennis Kozlowski, prezes Tyco, firmy, która dołożyła z kieszeni akcjonariuszy milion dolarów na przyjęcie na Sardynii, gdzie lodowa replika Davida Michała Anioła siusiała wódką Stoliczna? Rzymska orgia Tyco, pisano później o imprezie, a jednocześnie dziennikarz „Forbesa” bronił prezesa: to prawda, że zachowywał się jak świnia, ale wielu prezesów zachowuje się jak świnie.

Tym razem nie istnieją dowody, że ktokolwiek znaczący cokolwiek ukradł. Co nie umniejsza społecznej goryczy. Monstrualne straty pokrywane przez podatnika i stanowczy opór wobec prób reform ugruntowały wśród Amerykanów, ale nie tylko tam, przekonanie, że system jest głęboko skorumpowany, że pionki płacą za chciwość i niekompetencję wielkich i że w istocie mamy do czynienia z cyniczną eksploatacją.

Pytania od Adama Smitha

W zeszłym roku David Rubenstein, miliarder i współtwórca The Carlyle Group, wielkiej firmy inwestycyjnej, podszył się pod Adama Smitha i w jego imieniu wystosował za pośrednictwem „Financial Times” orędzie do kapitalistów całego świata. W liście tym wyraził swą radość z faktu, że kapitalizm wziął górę nad komunizmem i socjalizmem, a jednocześnie zaniepokojenie jego kondycją: są kraje na krawędzi przepaści, szerzą się społeczne protesty, mnożą zastępy bezrobotnych, pęcznieją deficyty i kwestionuje się zalety kapitalizmu. „Co się stało z moim ukochanym kapitalizmem?” – pytał w imieniu Adama Smitha.

Kapitalizm zwyciężył, przypomniał, ponieważ stworzył rzeszom ludzi możliwości awansu majątkowego, zapewnienia dzieciom edukacji, a sobie dostępu do dóbr niezbędnych i luksusowych, do odpoczynku i spokojnej starości. Jednocześnie zawsze dostrzegałem w nim, pisał „Adam Smith”, dwie ułomności i obie dały o sobie ostatnio znać. Pierwsza to wybujały optymizm, który nieuchronnie prowadzi do kraksy. A druga to nadmierne nierówności rodzące się wtedy, gdy niepohamowana pogoń za bogactwem zostawia daleko w tyle tych, którzy zwykle nie z własnej winy nie są w stanie nadążyć.

 

Na rosnące nierówności nakłada się monstrualna hipokryzja. W 2010 r., gdy pracowano nad pierwszym pakietem pomocy dla Grecji, kraje Unii wciąż sprzedawały greckiemu wojsku czołgi i łodzie podwodne. Francja zawarła kontrakt na dostawę Grekom samolotów wojskowych wartości blisko 800 mln euro. Kanclerz Angela Merkel wzywała, aby kraje peryferii strefy euro brały przykład z niemieckiej Hausfrau, czyli kupowały tylko to, na co je stać. A jednocześnie w październiku 2011 r., gdy negocjowano drugi pakiet ratunkowy, stanowczo się domagała, podobnie jak ówczesny prezydent Francji Sarkozy, aby Ateny respektowały umowy na zakup łodzi podwodnych, czołgów.

Innymi słowy Grecja była zmuszona kupować broń, której nie potrzebowała, za pieniądze, których nie miała. Niemieckie media rozpisywały się na temat korupcji panoszącej się w Grecji, co jest zrozumiałe, zważywszy jej skalę. Ale każda afera korupcyjna ma dwie strony: tego, który bierze łapówkę, i tego, który ją daje.

Kondycja moralna kapitalizmu w Ameryce, w Europie, w Chinach, w Rosji czy w Afryce sięgnęła żałosnego poziomu. A dziś, w dobie Internetu, coraz trudniej ukryć brudy przed milionami obywateli. Gdy bezrobocie wśród młodych w Grecji i Hiszpanii przekracza 50 proc., a Włochy zbawienia szukają w 88-letnim prezydencie, coś jest nie tak.

Zachód wciąż nie wygrzebał się z głębokiego dołka, a eleganccy do niedawna dżentelmeni skaczą sobie do gardeł w sporach o to, co robić. Wiosną 2013 r. Międzynarodowy Fundusz Walutowy zorganizował konferencję tęgich głów, aby podumać nad tym, co się dzieje. Jedyne, co wiadomo, a do czego przyznają się wszyscy z wyjątkiem największych arogantów, to że niewiele wiadomo. George Akerlof, noblista z Berkeley, porównał obecny kryzys do kota, który ukrył się gdzieś na drzewie i nie wiadomo, jak go stamtąd ściągnąć.

Szok w systemie finansowym to bardziej reguła niż odstępstwo. W ostatnim 30-leciu mieliśmy do czynienia z wieloma. Każdy był inny, każdy był groźny, każdy pozostawił po sobie spustoszenie, choć żaden nie był tak bolesny w skutkach jak ten ostatni. I wciąż brakuje pomysłu, jak im zapobiegać albo chociaż łagodzić destrukcję.

Powrót w stare koleiny

W 2012 r. gubernator Banku Anglii w przemówieniu radiowym do narodu za pośrednictwem BBC przypomniał, że bez pomocy rządu Jej Królewskiej Mości upadłyby niemal wszystkie banki brytyjskie. Ratunek powinien przyjść wcześniej, a nie przyszedł. Wygłaszaliśmy kazania, ale nie dość energicznie i nie dość głośno. Powinniśmy krzyczeć z dachów. Ostrzegać. Zabrakło nam wyobraźni. Nie stawiamy elektrowni atomowych w gęsto zaludnionym terenie, powiedział. I z tego samego powodu nie może być tak, aby tradycyjny bank chroniony przez podatnika żył ze spekulacji.

Paul Volcker, były szef Fed, uparcie powtarza, że instytucje, które chcą handlować papierami wartościowymi czy walutami na własny rachunek, a nie na rachunek klienta, należy pozbawić statusu banku i odebrać im przywileje, jakie z tego statusu wynikają. Ale i to niewiele załatwi, jeśli banki inwestycyjne czy firmy ubezpieczeniowe będzie się ratować w przypadku katastrofy. W takim wypadku powinna je czekać, jak powiedział, „eutanazja, a nie podtrzymywanie funkcji życiowych”.

Dwa lata po bankructwie Lehman Brothers Kongres USA uchwalił reformę amerykańskich finansów. Nikomu nie przypadła do gustu. Lewa flanka miała za złe, że nie uczyniono dość, aby zahamować ekscesy Wall Street i że zbyt wiele decyzji pozostało w rękach tych, którzy przespali oznaki nadchodzącego sztormu. Prawa uznała nowe zapisy za nadmierną ingerencję rządu. Same banki podniosły krzyk, początkowo odrobinę przytłumiony poczuciem winy, że nowe regulacje wiążą im ręce. Prezydent Obama powiedział wtedy: „Nigdy więcej amerykański podatnik nie będzie zakładnikiem banku zbyt dużego, aby mógł upaść”. Receptą miał być lepszy wgląd w to, kto, co, kiedy i jak wyczynia na tym rynku. Gdy jesienią 2010 r. Obama stracił kontrolę nad Izbą Reprezentantów, wiatr w żagle chwycili przeciwnicy zmian. Reforma jest dziś krok po kroku rozmontowywana. W Europie nie jest lepiej.

Spór o to, kto ma najwięcej na sumieniu, będzie trwał wiecznie. Nie jesteśmy dziś bardziej bezpieczni niż latem 2008 r. Instytucje, które wtedy zawiodły, są dziś jeszcze większe i gdyby kolejny raz powinęła im się noga, z tych samych co wcześniej powodów będzie się je ratować.

 

Autor przez 20 lat sprawował kierownicze stanowiska w wielkich organizacjach finansowych Ameryki. W końcu września nakładem wydawnictwa ZNAK ukaże się jego nowa książka „Świat 2040. Czy Zachód musi przegrać?”.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ja My Oni

Czym są uczucia między robotami a ludźmi?

Jak autorka niemieckiego „Die Zeit” próbowała zaprzyjaźnić się ze „sztucznym inteligentem”, Botrisem.

Ana Mayr, [tł.] Adam Krzemiński
14.05.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną