Skazani na umowy śmieciowe

Ostatni etat
Na umowy zwane śmieciowymi skazani są młodzi i starzy. Od nich karierę zawodową się zaczyna i na nich kończy. Ostatnio na przykład radiowa Trójka pozbawiła etatu legendarnego prezentera Piotra Kaczkowskiego. Sprawa była głośna i pouczająca.
W Polsce około 5 mln osób pracuje na umowach śmieciowych.
Stanislav Komogorov/PantherMedia

W Polsce około 5 mln osób pracuje na umowach śmieciowych.

Im więcej Polaków będzie pracować na umowach śmieciowych, tym szybciej będzie się powiększać dziura w systemie emerytalnym.
Mirosław Gryń/Polityka

Im więcej Polaków będzie pracować na umowach śmieciowych, tym szybciej będzie się powiększać dziura w systemie emerytalnym.

Ludzie upominają się o sprawiedliwość nie wtedy, gdy zamiast etatu zatrudnia się ich na zlecenie, ale dopiero gdy i tę formę zatrudnienia stracą.
Mirosław Gryń/Polityka

Ludzie upominają się o sprawiedliwość nie wtedy, gdy zamiast etatu zatrudnia się ich na zlecenie, ale dopiero gdy i tę formę zatrudnienia stracą.

[Tekst został opublikowany w POLITYCE 28 stycznia 2014 roku].

Zwykle nikt „śmieciówkami” się nie chwali, ale popularny od 51 lat Piotr Kaczkowski sam dokonał swoistego coming outu. W trakcie prowadzonej przez siebie audycji poskarżył się słuchaczom, że Polskie Radio nie przedłużyło z nim umowy o pracę, gdyż od dwóch lat jest już w wieku emerytalnym (ma 68 lat). Ponieważ fani Trójki na facebookowym fanpage’u decyzję pracodawcy Kaczkowskiego skrytykowali, domagając się jej uzasadnienia, zarząd PR poczuł się wezwany do odpowiedzi.

Tak oto dowiedzieliśmy się, że we wrześniu 2011 r. Piotr Kaczkowski z własnej i nieprzymuszonej woli przeszedł na emeryturę. Mimo to w kolejnych latach Polskie Radio nadal zawierało z nim umowy o pracę, tyle że nieco gorsze, bo terminowe. Na kolejną, w 2014 r., zarząd już się nie zgodził. W domyśle – skoro publiczne radio z powodów finansowych zmuszone jest do redukowania zatrudnienia, to utrzymywanie na etacie emeryta może się wielu jego młodszym, pozbawionym zatrudnienia kolegom wydać niesprawiedliwe. Front obrony Kaczkowskiego wyraźnie osłabł.

Twórca tynkarz

Nie należy jednak wyciągać z tego wniosku, że odblokowany przez Kaczkowskiego etat zajmie ktoś inny. Teraz na etaty już się po prostu nie przyjmuje. Piotr Kaczkowski nadal będzie więc prowadził swoje audycje, biorąc za nie jednak tylko honorarium, czyli pracując na umowę o dzieło. Stanie się pracownikiem tańszym.

Z punktu widzenia najmłodszych słuchaczy Trójki pretensje Kaczkowskiego mogą się wydać wręcz niezrozumiałe. Ulubiony prezenter dostaje przecież emeryturę, na którą oni już nawet nie liczą. I dorobi honorariami, od których odprowadzać musi już tylko podatek i składkę na zdrowie. Umowy o dzieło nie są bowiem ozusowane. Dla firmy są bardzo wygodne – nie pociągają za sobą żadnych zobowiązań. Kontrahentowi (bo druga strona nie jest przecież pracownikiem) w każdej chwili można podziękować. Nie należy mu się żadna odprawa, okres wypowiedzenia – nic. To dla pracodawcy wielki atut, dla Kaczkowskiego również, już przecież emeryturę dostaje. Wielu by się z nim zamieniło (choć niekoniecznie na metrykę).

Z kontroli Państwowej Inspekcji Pracy wynika, że właśnie dzięki atutowi bezzusowości coraz więcej firm traktuje jako twórców nawet murarzy i tynkarzy. Inspektorka Okręgowego Inspektoratu Pracy w Opolu stwierdziła, że na budowie przedszkola w jednej z gmin na umowę o dzieło zatrudniony jest tynkarz. Jego zajęcie spełniało wszelkie warunki pracy etatowej: wykonywane było pod nadzorem pracodawcy oraz w miejscu i czasie przez niego wyznaczonym. Zamiast więc umowy cywilnoprawnej, z wykonawcą powinna być zawarta umowa o pracę. Właściciel firmy zgodził się z argumentacją. Przyjął mandat (1 tys. zł) i zawarł z tynkarzem umowę o pracę. Na czas określony. Do końca 2013 r.

Inni pracodawcy są jeszcze bardziej oszczędni. Zwłaszcza ci, którzy – dzięki najniższej cenie – wygrali przetarg na zamówienie publiczne, np. budowę kawałka autostrady albo mostu. Ci z reguły zawierają umowy na podwykonawstwo z firmami, które swoich pracowników zatrudniają w ogóle bez umów. W zaproponowanej przez nich cenie – i zaakceptowanej przez państwowego zleceniodawcę – nie jest się w stanie zmieścić nawet płaca minimalna. Firmy, które wygrywają te zamówienia, najczęściej nie mają własnych załóg. Wtedy jest najtaniej, a prawo łamie podwykonawca. Kiedy taki nielegalny pracownik spada z rusztowania, to okazuje się, że jest nieubezpieczony. Nie płacił składek ani podatku. Nie należy mu się renta ani nawet odszkodowanie. W dodatku żaden z wykonawców się do niego nie przyznaje. Nikt go nie zna. Nie bardzo wiadomo, jak dostał się na budowę.

Ból księgowych

Jednak pracodawców określenie „umowy śmieciowe” doprowadza do furii. Ich zdaniem jest dowodem braku poszanowania dla pracy, która – bez względu na formę zatrudnienia – powinna być przyjmowana z pocałowaniem ręki. Nawet na umowę-zlecenie, co w Polsce zyskuje coraz większą popularność. Wobec zleceniobiorcy (nie jest on pracownikiem i nie chroni go Kodeks pracy) firma także nie ma żadnych zobowiązań. Następnego zamówienia w każdej chwili może po prostu nie zlecić, co oznacza koniec roboty – bez wypowiedzenia, odprawy itp. W razie choroby nie ma zasiłku. Z analiz zeznań podatkowych wynika, że zlecenia stały się jedynym źródłem utrzymania już dla prawie miliona osób. Kolejne 400 tys. żyje wyłącznie z umów o dzieło. To niewiele, gdy porówna się z liczbą wszystkich pracujących – 15,6 mln. Ale tempa zastępowania zleceniami innych form zatrudnienia zbagatelizować się już nie da.

Z danych GUS wynika, że jeszcze w 2010 r. na zlecenia lub umowę o dzieło pracowało zaledwie 547 tys. osób. Rok później już prawie dwa razy więcej, czyli ponad milion. Obecne dane to tylko szacunki, dokładnych statystyk brak.

 

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj