Miej własną politykę.

Pierwszy miesiąc prenumeraty tylko 9,90 zł!

Subskrybuj
Rynek

Ile kosztuje zero złotych

Wybrakowane przepisy o chwilówkach

Mirosław Gryń / Polityka
Klientom firm pożyczkowych obiecywano ochronę przed oszustami i lichwą. Tymczasem chwilówki wciąż są drogie, a udzielających ich firm państwo kontrolować nie zamierza.
Mirosław Gryń/Polityka

Ten biznes to wielka zagadka. Nikt nie wie, ilu dokładnie Polaków korzysta z usług firm pożyczkowych ani ile pieniędzy pożyczyli. Konferencja Przedsiębiorstw Finansowych, reprezentująca część branży, szacuje, że ten rynek wart jest już ok. 5–6 mld zł rocznie. W ten sposób pieniądze może pożyczać nawet 3 mln Polaków i właśnie o nich niedawno stoczono prawdziwy bój. Prace nad nową ustawą o kredycie konsumenckim stały się polem walki między firmami pożyczkowymi, które starając się o korzystne zapisy, nie tylko zlecały kolejne raporty, ale też oskarżały się o manipulację, a nawet korupcję. To chyba najlepszy dowód na to, jak dobre interesy można w Polsce robić, pożyczając szybko i łatwo. I bardzo, bardzo drogo.

Po dwóch stronach barykady stanęły: lider rynku, czyli Provident, oraz grupa firm specjalizujących się w pożyczkach internetowych, z Vivusem na czele. Przez lata rynek chwilówek i innych pożyczek pozabankowych wyglądał dość tradycyjnie. Rządził Provident, specjalizujący się głównie w tzw. obsłudze domowej. Jego pracownicy odwiedzali klientów, najpierw przywożąc pieniądze, a potem regularnie odbierając kolejne raty. Ofertę Providenta uzupełniały małe firmy, działające regionalnie czy nawet lokalnie. Prowadziły niewielkie punkty, kusząc pożyczkami „bez BIK-u”, czyli bez sprawdzania wiarygodności kredytowej. Zazwyczaj były ostatnią szansą dla tych, którym już nawet Provident nie chciał pożyczać. Superdrogą deską ratunku.

Jednak kilka lat temu na naszym rynku zaczęła się internetowa rewolucja. Do Polski weszli zagraniczni gracze, którzy zamiast otwierać setki lokali czy jeździć po domach, zaczęli kusić szybkim pieniądzem w internecie. Dodatkowo nie bali się agresywnych kampanii reklamowych, a żeby zdobyć nowych klientów, zaoferowali im na początek atrakcyjne promocje. Kuszą tzw. pierwszą pożyczką za zero, czyli bez żadnych odsetek ani prowizji. Te internetowe oferty sprawiły, że rynek zaczął szybko rosnąć. Wcześniej z firm pożyczkowych korzystały głównie osoby starsze, bez konta w banku, mieszkające na prowincji. Teraz dołączyli do nich także młodzi, nierzadko z dużych miast, którzy chcą łatwo i szybko pożyczyć kilkaset złotych.

Lobbowanie

Gdy rząd zaczął przygotowywać ustawę mającą choć trochę ten pożyczkowy chaos ucywilizować, do akcji przystąpili lobbyści reprezentujący różnych graczy. Wiadomo było, że w nowej ustawie ma się znaleźć limit kosztów udzielenia pożyczek, który dotąd nie istniał. Na razie firmy mogą dowolnie dodawać do podstawowych odsetek prowizje za rozpatrzenie wniosku, obowiązkowe ubezpieczenia, opłaty przygotowawcze i różne inne obciążenia, windujące koszty pożyczek często do nieprzyzwoitego poziomu. W efekcie wiele osób, dostając na przykład tysiąc złotych na rok, oddaje potem dwa, a nawet trzy razy tyle.

Tylko, jak określić ten maksymalny pułap kosztów, skoro jedne pożyczki są udzielane na miesiąc czy dwa, a inne nawet na kilka lat? Ministerstwo Finansów po długich pracach ostatecznie przyjęło dość skomplikowany matematyczny wzór. W praktyce łączne odsetki i opłaty nie mogą przekroczyć 65 proc. kwoty pożyczki udzielonej na rok. Dla chwilówek na miesiąc ten limit wyniesie ok. 28 proc., a dla pożyczek półrocznych dokładnie 45 proc. Część firm już grozi, że niektóre chwilówki zejdą do podziemia, bo limit jest za niski. Inne mówią o sposobach obchodzenia prawa, jak fikcyjne lombardy, gdzie będą udzielane drogie pożyczki pod pozorem zastawienia dowolnego przedmiotu.

Ale co w ogóle wchodzi w ten nowy limit? Związek Firm Pożyczkowych, zrzeszający głównie specjalistów od internetowych chwilówek, takich jak Vivus, zaciekle atakował Providenta, twierdząc, że ten chce wyłączyć z limitu opłaty za obsługę domową. Nie są one formalnie obowiązkowe, bo klienci lidera rynku mogą spłacać pożyczki przelewem. Tyle tylko, że wielu z nich nie ma konta w banku i chętnie korzysta z obsługi domowej. W imieniu Vivusa, swojego członka, ostro lobbował Związek Pracodawców i Przedsiębiorców, składając nawet zawiadomienie do prokuratury. Jego zdaniem podczas prac nad ustawą miało dojść do korupcji, a całe prawo było pisane pod kierunkiem i na korzyść Providenta.

Interesów Providenta broniła za to Polska Konfederacja Pracodawców Prywatnych Lewiatan, także mocno angażująca się w prace nad ustawą. Ostatecznie limit kosztów został w Sejmie tak określony, że będzie obejmował wszystkie opłaty, również te nieobowiązkowe. To oczywiście ucieszyło konkurentów Providenta. – Nie może być tak, że lider rynku jest poza jego regulacją. Na szczęście udało się ten limit uszczelnić – mówi Jarosław Ryba, prezes Związku Firm Pożyczkowych. Na wieść o takich zmianach kurs właściciela Providenta na londyńskiej giełdzie runął o jedną czwartą. I to mimo, że firma już wcześniej zapowiedziała ograniczanie od sierpnia opłat za obsługę domową do kilku złotych za jedną wizytę swojego przedstawiciela. Zrobiła to jednak nie z własnej woli, a z powodu decyzji Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Zarzucił on Providentowi, że ten za obsługę domową żąda stanowczo za dużo, wyliczając tę opłatę w zależności od kwoty pożyczki. A to przecież bez sensu, skoro każda wizyta przedstawiciela firmy powinna kosztować tyle samo.

Rolowanie

Jednak i Provident odniósł pewien sukces. Walczył z praktyką często stosowaną przez firmy pożyczające internetowo. – Rzekome promocje w postaci pierwszej pożyczki za darmo mogą mieć tak naprawdę inny, ukryty cel. Wiele osób nie jest w stanie takich pieniędzy po miesiącu oddać i muszą opóźnić spłatę. Wówczas muszą tak naprawdę znowu pożyczyć, żeby spłacić poprzednią pożyczkę. Tyle że tym razem zapłacą już dużo więcej. Ta praktyka nazywana jest rolowaniem pożyczek – mówi Roman Jamiołkowski, rzecznik Providenta. Tej firmie zatem zależało, żeby wszystkie dodatkowe opłaty za zwłokę też mieściły się w limicie całkowitych kosztów. Również w tym przypadku doszło do podejrzeń o korupcję. Jeden z prawicowych posłów próbował przeforsować poprawkę wyłączającą opłaty za zwłokę z limitu. Dziwnym trafem owa poprawka miała tę samą treść jak postulaty prezentowane przez jednego z ekspertów Związku Firm Pożyczkowych. Zatem w rzucaniu oskarżeń o korupcję był remis 1:1.

Gdy Provident bił się z częścią firm pożyczających przez internet, niektórzy starali się stać z boku. Tak zrobiła właśnie Wonga, która nie jest członkiem Związku Firm Pożyczkowych. Ta firma, chociaż też działa wyłącznie w sieci, chce się odróżniać od konkurencji. Chwali się, że dokładnie bada wiarygodność klientów, nie pożycza na oślep, a większość pieniędzy dostaje z powrotem w terminie. – Jesteśmy przeciwko rolowaniu pożyczek i cieszymy się, że nowa ustawa to utrudni. Postulujemy jednak, by pójść o krok dalej i rozciągnąć przepisy na wszystkie spółki mające tego samego właściciela. Może się bowiem zdarzyć tak, że klienci będą dostawali nowe pożyczki na spłatę starych w innej firmie z tej samej grupy kapitałowej – ostrzega Marcin Borowiecki, dyrektor zarządzający Wonga.com w Polsce.

Gdy duzi ze sobą walczyli, mali mogli się tylko bezradnie przyglądać. A to oni na nowych przepisach stracą najwięcej. Do tej pory bowiem firmę pożyczkową mógł założyć w Polsce każdy i wystarczały do tego bardzo niewielkie pieniądze. Teraz na zarejestrowanie takiej działalności będzie potrzeba przynajmniej 200 tys. zł. Część wielkich graczy chciała nawet ustawić poprzeczkę dużo wyżej, bo na poziomie miliona złotych, ale rząd tak daleko nie poszedł. Jednak nowe wymogi mogą z rynku wyciąć część najmniejszych podmiotów, działających tylko w jednym powiecie, które mają mały kapitał i pożyczają wyłącznie niewielkie kwoty. Co one zrobią? Może przejdą do szarej strefy albo zaczną się zrzeszać w większe podmioty, żeby przetrwać. Nigdy się nie zorganizowały i nie założyły organizacji lobbystycznych. O ich interesy zatem nikt podczas batalii nad ustawą nie walczył.

Rozgrywanie

Nowe prawo miało, przynajmniej w teorii, pomóc przede wszystkim klientom. Jednak oni tak naprawdę zyskają niewiele. Udało się co prawda, mimo oporu całej branży, przeforsować limit całkowitych kosztów, a także ograniczyć kosmiczne prowizje za windykację niespłacanych pożyczek, którymi do tej pory obciążano klientów. To oczywiście firmom pożyczkowym też się nie podoba. – Według nas windykowanie niewielkich kwot stanie się nieopłacalne. Zamiast próbować odzyskać pieniądze polubownie od klientów, firmy będą od razu szły do e-sądu w Lublinie, a potem zlecały egzekucję komorniczą – twierdzi Jarosław Ryba z ZFP. Jednak trudno powiedzieć, by nowa ustawa była triumfem konsumenta. Chociażby dlatego, że nasze państwo postanowiło się nie przemęczać.

Nie będzie zatem żadnego oficjalnego rejestru firm pożyczkowych, w którym można by sprawdzić, czy pożyczkodawca działa legalnie. To szczególnie ważne w małych miastach, gdzie nie brakuje pożyczkowych oszustów, inkasujących opłaty za rozpatrzenie wniosku i znikających bez śladu. Tymczasem taki rejestr nie powstanie, bo… nikt nie chciał go prowadzić. Poszczególne publiczne instytucje, opłacane z naszych podatków, robiły, co mogły, aby tylko ustawa nie nakazała im tworzenia takiego rejestru. Walczyły skutecznie, bo gotowe przepisy o rejestrze wypadły z projektu w trakcie wielomiesięcznych prac. Tak samo nie został zrealizowany pomysł nadzoru KNF nad tym rynkiem. Komisja ma interweniować tylko gdy uzna, że firma pożyczkowa jednocześnie zbiera depozyty od klientów. To pokłosie afery Amber Gold, ale dla tego rynku nie ma praktycznie żadnego znaczenia. Oczywiście nadzorować tysięcy podmiotów też nikt w Polsce nie chciał, więc i z tego pomysłu zrezygnowano. KNF, zajęta bałaganem SKOK, może odetchnąć z ulgą.

Miało być dobrze, a wyszło jak zawsze. Konsultacje trwały tak długo, że potem trzeba było ekspresowo przeprowadzić nowe przepisy przez parlament, bo kadencja dobiega końca. Co prawda w Sejmie za przyjęciem ustawy byli prawie wszyscy posłowie, ale większość pewnie nie miała pojęcia, nad czym głosuje. Zamiast chronić klientów, nowe prawo stało się polem rozgrywki firm pożyczkowych, próbujących pomóc sobie, a zaszkodzić konkurencji. – Wiemy, że branża pożyczkowa ma marną opinię i chcielibyśmy to zmienić. Nasz cel to zbliżyć się pod względem reputacji do sektora bankowego – podkreśla Roman Jamiołkowski z Providenta. Nowa, wybrakowana ustawa i sposób jej przyjęcia na pewno w tym nie pomogą.

Polityka 32.2015 (3021) z dnia 04.08.2015; Rynek; s. 46
Oryginalny tytuł tekstu: "Ile kosztuje zero złotych"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kultura

W hamaku i na leżaku. Wybraliśmy 12 książek na lato

Latem można nadrobić zaległości z całego roku, dlatego proponujemy starannie wybrany zestaw 12 gorących powieści, kryminałów i książek non-fiction z ostatnich miesięcy. Wciągających, poruszających, odkrywczych.

Jakub Demiańczuk, Justyna Sobolewska, Aleksandra Żelazińska
01.07.2022
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną