Rynek

Atlas lewicowych potworów

Prawybory w USA. Sanders wygrywa z Clinton

Bernie Sanders zamierza zostać prezydentem i zrobić z Ameryki drugą Szwecję. Bernie Sanders zamierza zostać prezydentem i zrobić z Ameryki drugą Szwecję. Ruth Fremson / The New York Times
Bernie Sanders, 74-letni syn emigranta z Polski, najlepszy wśród kandydatów Demokratów w prawyborach w stanie New Hampshire.
Na czele Partii Pracy nieoczekiwanie stanął Jeremy Corbyn – wygląda jak ubogi krewny i chce mocno podwyższyć podatki.Jeff J. Mitchell/Getty Images Na czele Partii Pracy nieoczekiwanie stanął Jeremy Corbyn – wygląda jak ubogi krewny i chce mocno podwyższyć podatki.
Politycy greckiej Syrizy: Janis Warufakis i Alexis Tsipras uśmiechają się miło, negocjują twardo.Alkis Konstantinidis/Reuters/Forum Politycy greckiej Syrizy: Janis Warufakis i Alexis Tsipras uśmiechają się miło, negocjują twardo.

Artykuł w wersji audio

[Tekst ukazał się w POLITYCE 15 grudnia 2015 roku]

Bernie Sanders wygląda, jakby wnuki zrzuciły mu się pod choinkę na przejażdżkę rollercoasterem. A on niestety dał się im namówić”. Albo „Bernie Sanders wygląda jak wiecznie spóźniony i słabo opłacany obrońca z urzędu, o którym od razu wiesz, że cię nie wybroni”. Takich dykteryjek jest więcej. Wystarczy zajrzeć na stronę o wdzięcznej nazwie „21 rzeczy, z którymi kojarzy ci się Bernie Sanders”. A dodajmy, że mowa tu o amerykańskim kongresmanie i senatorze. Facecie, który mimo 75 lat na karku walczy o nominację Partii Demokratycznej w wyborach prezydenckich 2016 r.

Jakby tego było mało, są jeszcze jego osobliwe wypowiedzi. Choćby samobójcza deklaracja, że nie przyjmie donacji na swoją kampanię od żadnej z wielkich korporacji. A z Wall Street to już w szczególności. Na dodatek Sanders konsekwentnie odwołuje się wprost do „socjalizmu”, co w połączeniu z zapowiedzią, że zrobi z Ameryki coś na kształt… Skandynawii, tworzy obrazek, jakiego Ameryka dawno nie widziała.

Jeszcze dekadę temu polityk, który wygląda jak Sanders i mówi takie rzeczy jak on, mógłby sobie co najwyżej wystąpić w charakterze dziwadła w jednym z wieczornych talk-shows. A nie walczyć o amerykańską prezydenturę. Tymczasem od momentu ogłoszenia decyzji o starcie w wyścigu poparcie skoczyło mu z 5 do 31 proc. To wprawdzie ciągle mniej, niż ma demokratyczna faworytka do schedy po Baracku Obamie Hillary Clinton, ale pamiętajmy, że amerykańskie prawybory to specyficzny wyścig, w trakcie którego wiele może się zmienić.

Negocjować bez krawata

Po drugiej stronie Atlantyku podobnym jak Sanders oryginałem jest dziś Jeremy Corbyn. To on od kilku miesięcy stoi na czele opozycyjnej Partii Pracy. Postawmy go w jednym szeregu z politycznym establishmentem dominującym na Wyspach w ostatnich 20 latach. Obok „słonecznego chłopca” Tony’ego Blaira, wymuskanych braci Milibandów albo starannie wykształconego arystokraty Davida Camerona. Przecież na ich tle Corbyn faktycznie wygląda jak ubogi krewny z prowincji. I nie bez powodu!

Gdy w 2009 r. wybuchł na Wyspach skandal związany z wydatkami członków parlamentu, okazało się, że poselskie wydatki Jeremy’ego Corbyna (wtedy jeszcze szeregowego deputowanego) ograniczają się tylko do wynajęcia biura (wynajmuje je zresztą od postępowej fundacji zajmującej się „sprawiedliwym najmem”) i opłacenia asystentów. Nawet na tonery do drukarek wydał najmniej ze wszystkich posłów w Westminsterze. Do dziś w internecie krąży zdjęcie szefa laburzystów wciśniętego w tłum pasażerów jednego z londyńskich autobusów nocnych. I nie była to bynajmniej wykonana na potrzeby mediów ustawka.

Skromność skromnością, ale ten balansujący na granicy abnegacji image jednak trochę Brytyjczyków zatrwożył. Do tego stopnia, że gdy Corbyn został we wrześniu wybrany na lidera Partii Pracy, trzy czwarte badanych przez dziennik „Independent” obywateli orzekło: ten facet nie wygląda jak przyszły premier Zjednoczonego Królestwa! Dodajmy do tego jeszcze wiązankę poglądów dawno nieobecnych na szczytach brytyjskiej polityki: wyższe podatki (w tym dla biznesu), renacjonalizacja sprywatyzowanych w czasach Thatcher usług publicznych albo „ludzkie luzowanie ilościowe”. Czyli pomysł, by zamiast pompować miliardy z banku centralnego do prywatnych instytucji finansowych (co od kilku lat robi wiele zachodnich krajów), te same pieniądze przeznaczyć na finansowanie rządowych inwestycji w realną gospodarkę i infrastrukturę.

I znów ta sama konstatacja. Jeszcze 10–15 lat temu opinia publiczna uznałaby polityka takiego jak Corbyn za niebezpiecznego populistę albo ekonomicznego analfabetę. Dziś stoi na czele laburzystowskiego gabinetu cieni. A doradza mu grupa szczególnie modnych współczesnych ekonomistów, z Thomasem Pikettym, Marianą Mazzucato i Josephem Stiglitzem na czele.

W Europie nie jest to sytuacja tak zupełnie nowa. Prawie rok temu na radarze opinii publicznej pojawili się dwaj inni dziwacy. Premier Grecji Alexis Tsipras i towarzyszący mu przez pewien czas minister finansów Janis Warufakis (latem zrezygnował ze stanowiska w ramach protestu przeciwko przyjęciu oszczędnościowego ultimatum UE i MFW). Oni też wyglądali i zachowywali się zupełnie inaczej niż poprzednicy. Tsiprasa nikt nigdy nie widział w krawacie. A Warufakis ze swojej pogardy dla politycznego dress code’u uczynił wręcz znak rozpoznawczy. Jeszcze bardziej zadziwiał ich sposób negocjowania z kredytodawcami. „Nie dążymy do katastrofy, lecz nie da się negocjować, z góry wykluczając katastrofę”. To na pewno nie był ton, w którym porozumiewają się unijni decydenci. Oni na początku każdego spotkania od razu przecież obwieszczają, że porozumienie zostanie osiągnięte, choćby na sali trzeba było siedzieć do rana.

Na ostatniej prostej październikowej kampanii wyborczej ten nowy styl pojawił się niespodziewanie również w polskiej polityce. Bo elokwencja elokwencją, ale spora część sukcesu Adriana Zandberga w ostatniej przedwyborczej debacie brała się stąd, że on po prostu wyglądał inaczej niż reszta. I zupełnie nie wpisywał się w obecne na polskiej scenie politycznej narracje.

Nie złapać się na Davos

Mniej więcej równoczesny rozkwit karier tych wszystkich dziwacznych istot nie jest przypadkiem. Każdy pochodzi oczywiście trochę z innej części bestiarium, ale łączy ich bardzo wiele. Wszyscy są przedstawicielami tego samego, nieco już zapomnianego gatunku istot politycznych: klasycznych lewaków, którzy swoją lewicowość definiują w nieco staromodnych i zapomnianych kategoriach ekonomicznych.

Chronologicznie pierwszym dziwadłem była grecka Syriza. Reprezentowany przez nią typ lewicowości potrzebuje do zaistnienia specyficznych warunków i dlatego nie mógł zrodzić się gdzie indziej niż na peryferiach rozwiniętego świata kapitalistycznego. W czasie swoich krótkich (od stycznia 2015) rządów Syriza właściwie nie miała ani chwili, by zająć się tym, czym rząd zajmować się powinien, czyli rządzeniem własnym krajem. Cała energia szła bowiem w długie i pełne zwrotów akcji negocjacje z tzw. Trojką (Międzynarodowy Fundusz Walutowy, EBC i Komisja Europejska) w sprawie harmonogramu spłacania gigantycznego zadłużenia publicznego, z którym Grecja wyszła z kryzysu.

Jako jeden z pierwszych „inność” Syrizy dostrzegł Paul Krugman, laureat Nagrody Nobla z ekonomii i wzięty publicysta (ma kolumnę w „New York Timesie”). Należał do tych komentatorów, którzy przyznawali, że rząd Tsiprasa w sporze o poluzowanie warunków spłaty greckiego zadłużenia ma wiele racji. I to nie tylko merytorycznej (dalsze zaostrzanie filozofii austerity sprawi, że Ateny nigdy nie wyjdą z pułapki długu i w rezultacie nic nie spłacą). Zdaniem Krugmana Tsipras i spółka przyjęli najsłuszniejszą metodę negocjowania z wierzycielami. Zdecydowali się bowiem na coś w rodzaju uderzenia wyprzedzającego. Nie jest tajemnicą – dowodził Krugman – że w organizacjach takich jak Unia Europejska negocjuje się nie tylko na argumenty.

W praktyce liderzy mniejszych krajów często są poddawani subtelnym, choć niewypowiedzianym naciskom. Chcesz być jednym z nas? Chcesz być zapraszany do Davos? Dostać cykl wykładów na Harvardzie albo Princeton? Zająć synekurę na szczytach sektora finansowego lub w ramach unijnych struktur? Chcesz? To postępuj jak cywilizowany polityk rozumiejący rzeczywistość, a nie jak barbarzyńca. W efekcie liderzy mniejszych unijnych krajów z zastanawiającą nierzadko lekkością robią rzeczy, które wywołują gniew ich elektoratu. Do legendy przeszły już na przykład kulisy negocjacji między rządem Rumunii a przedstawicielami MFW w 2009 r. Zaskoczeni przybysze z Waszyngtonu musieli wtedy hamować rumuńskich decydentów politycznych przed zbyt ochoczym zastosowaniem filozofii austerity: cięciem rent, emerytur i wydatków publicznych. Za tym wszystkim kryła się charakterystyczna dla krajów peryferyjnych nadzieja, że takie poświęcenie na pewno zostanie docenione przez rynki finansowe. Więc per saldo się opłaca. A wyborcy? Przecież i tak nie dadzą nam drugiej szansy. Po co więc o nią zabiegać?

Tymczasem Syriza zdecydowała się działać odwrotnie. I dlatego jej przywódcy już na dzień dobry swoim wyglądem i zachowaniem zakomunikowali europejskiemu establishmentowi: my się ani do Davos, ani na fotel szefa Komisji Europejskiej nie wybieramy. Więc darujcie sobie próby roztaczania wokół nas swojego subtelnego uroku. Stawka w tej grze była wysoka i dotyczyła całej Europy. Bo Syriza tylko z pozoru walczyła wyłącznie o nowe warunki kredytowania greckiej gospodarki. Zresztą, gdyby ograniczać się tylko do tego pola, to pewnie trzeba by powiedzieć, że „barbarzyńcy” Tsipras i Warufakis przegrali, a ich kraj przyjął ostatecznie warunki stawiane przez Trojkę. Patrząc jednak szerzej, udało im się osiągnąć jakiś sukces. Podali bowiem w wątpliwość obowiązującą dotąd w Europie opowieść o kryzysie, która dopuszcza luzowanie pętli długu tylko pod warunkiem dalszego reformowania (liberalizowania) gospodarki.

Zamiast niej greccy lewacy zaproponowali odrzucenie deterministycznej tezy, że unijni maruderzy z Południa sami są sobie winni, a zły stan ich gospodarki to wyłącznie efekt nieudolności tamtejszych rządów, może nawet wrodzonego lenistwa obywateli. W to miejsce mamy diagnozę, że główna przyczyna napiętych relacji ekonomicznych w Europie to, niestety, wadliwa konstrukcja strefy euro. Wyjściem z tej pułapki nie jest więc logika jeszcze większych fiskalnych oszczędności, lecz reforma strefy euro i więcej europejskiej solidarności. Oczywiście w obecnej europejskiej sytuacji, gdy kryzys goni kryzys (strefa euro, migranci, terroryzm), trudno zgadywać, co przyniosą najbliższe miesiące. Jeśli jednak ktoś w dłuższym okresie na poważnie myśli o odbudowie reputacji europejskiej integracji ekonomicznej i zachęceniu do niej nowych członków (choćby Polski), to drogą do tego celu jest raczej droga greckich „barbarzyńców”, a nie ta reprezentowana przez Trojkę.

Jeremy Corbyn i Bernie Sanders to z kolei osobniki żerujące w zupełnie innym, spokojniejszym środowisku. Jako politycy z krajów usadowionych w sercu kapitalistycznego świata nie muszą się zmagać z problemem peryferyjności. Mają ten przywilej, że mogą się skupić na problemach wewnętrznych, których przez lata nie dostrzegano. – A jest na czym – przekonuje Wolfgang Streeck, niemiecki ekonomista, autor głośnej książki „Gekaufte Zeit” (Kupiony czas), która jest jedną z bardziej przenikliwych analiz tego, co wydarzyło się w bogatych gospodarkach zachodnich w ciągu minionych 30 lat. I wylicza: rozrost sektora finansowego i wysysanie przezeń kapitału z tzw. realnej gospodarki czy cofnięcie się szeregu usług publicznych, co poskutkowało zwiększeniem zadłużenia prywatnego (gdy państwo nie pomaga w znalezieniu mieszkania albo zapewnieniu edukacji, to trzeba na ten cel wyłożyć prywatne pieniądze). Mówi też o postępach w globalizacji, które pozwalały biznesowi coraz łatwiej uciekać przed opodatkowaniem, czego skutkiem były dalsze podatkowe obniżki (wedle zasady, że lepszy wróbel w garści), co kończyło się rosnącym zadłużeniem publicznym i coraz większą presją na pensje, stabilność i warunki pracy („jak wam się nie podoba, to przenosimy zakład do Chin”).

Czy za taki obrót spraw należy winić wolnorynkowców spod znaku Margaret Thatcher? Oczywiście, że nie. Oni dostali dokładnie to, czego chcieli. Głównym winowajcą triumfalnego pochodu neoliberalizmu w minionych 30 latach jest… lewica. To ona nie wywiązała się ze swojego zadania i nie pokazała, że możliwa jest alternatywa. Mało tego. Partia Demokratyczna w USA czy brytyjscy laburzyści sami stali się gorliwymi piewcami neoliberalnego dogmatu (w Europie odbywało się to w ramach popularnego na przełomie wieków hasła „trzeciej drogi”). Bo jak inaczej opisać parcie przez administrację Billa Clintona do liberalizacji handlu międzynarodowego, deregulację City w dobie blairyzmu czy uelastycznienie rynku pracy i krojenie państwa dobrobytu przez niemieckiego socjaldemokratę Gerharda Schrödera?

Nauczyć się mówić

To właśnie od tych politycznych dinozaurów muszą się dziś odróżnić Sanders czy Corbyn. – To dla nich kwestia życia i śmierci. Na tradycyjnym lewicowym terytorium już dawno pojawił się bowiem śmiertelnie groźny rywal – przekonuje brytyjski socjolog i autor pojęcia „prekariat” Guy Standing, ochoczo wchodząc w świat zoologicznych metafor. Tym rywalem jest oczywiście nowa socjalna prawica, która przedstawia się jako coraz bardziej wiarygodna alternatywa dla spauperyzowanej klasy robotniczej, ofiar zataczającego coraz szersze kręgi outsourcingu czy prekariuszy z sektora usług. W Wielkiej Brytanii czy USA (głównie z powodu systemu wyborczego) może aż tak mocno tego nie widać, ale w innych krajach, jak najbardziej. Od Francji, gdzie mocny jest Front Narodowy, po… polskie Prawo i Sprawiedliwość (PiS). Trudno powiedzieć, czy Corbyn i Sanders to ostatni produkt ewolucji, której podlega zachodnia lewica. Możliwe, że po tej stronie politycznego spektrum pojawi się jeszcze ktoś bardziej przekonujący i wiarygodny. – Na razie jednak nikogo lepszego nie ma – ocenia Standing.

Jeszcze inna sytuacja panuje dziś w Polsce. U nas przedstawiciele gatunku zwanego lewicą socjalną lub ekonomiczną są ciągle na etapie niemowlęctwa. Stoją na skraju dżungli, w której od lat rządzą inne bestie. Na lewaków nie czeka żadna nisza, którą będzie łatwo zająć. To oczywiście wina tych, co już tam byli. Byli, ale zawiedli. Autentyczni trybuni ludowi w stylu Lecha Wałęsy nie potrafili przeskoczyć swoich ograniczeń i nie stworzyli ruchów na miarę choćby masowych partii lewicowych w Ameryce Łacińskiej. Środowisko SLD było na tyle bezideowe, że bez większego zastanowienia poszło podpatrzoną na Zachodzie „trzecią drogą”, kończąc na pozycjach neoliberalnych. Ruch Palikota nigdy nie poczuł tematu, ograniczając się do spraw obyczajowych. A środowisko „Krytyki Politycznej” nie miało ochoty brudzić sobie rąk robieniem realnej polityki. Ostatecznie więc w Polsce elektorat lewicy socjalnej w naturalny sposób wpadł w ręce PiS.

Brodaty Adrian Zandberg oraz jego towarzysze z Partii Razem są więc w dużo trudniejszym położeniu niż Tsipras, Warufakis, Sanders czy Corbyn. Bo zanim w ogóle zawalczą o zdobycie jakiegoś terytorium, to muszą najpierw nauczyć się mówić. A co najważniejsze – oswoić z tym językiem opinię publiczną. Nawykłą do rozmawiania o gospodarce w kategoriach neoliberalnych („praca” to głównie koszt, „wzrost” jest najważniejszy, a dobry fiskus to martwy fiskus). To konieczne, bo media są niestety jak inżynier Mamoń z „Rejsu” – lubią słuchać głównie tych piosenek, które już znają. Dlatego w polskich realiach dziwaczność może być dla lewicy dobra tylko na początek. A oparte na niej zainteresowanie szybko się wypali.

Mamy więc taki moment, w którym atlas lewicowych potworów jest z konieczności gabinetem osobliwości. Nie bez powodu. Radykalizm i pewnego rodzaju nieokrzesanie są dziś prawdopodobnie ostatnią bronią, która została klasycznej lewicy do dyspozycji. Absolutnie nie jest przecież tak, że ona musi tylko poczekać, a korona króla dżungli sama wpadnie jej za jakiś czas w ręce. Odwrotnie. Być może klasyczna lewica, łącząca w sobie kolektywizm z otwartością i wiarą w postęp, okaże się jednak ślepą uliczką rozwoju. I zupełnie spokojnie można sobie wyobrazić dżunglę, w której o władzę walczą ze sobą dwa rodzaje bestii: indywidualistyczni, postępowi liberałowie oraz kolektywistyczna konserwatywna prawica. Tertium non datur. A jeśli tak, to może jednak warto przyjrzeć się lewicowym „potworom” jeszcze dokładniej. Zanim będzie za późno.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Pomocnik Historyczny

Mistrz efektów specjalnych. Leonardo da Vinci na dworze mediolańskich władców

Na mediolańskim dworze Sforzów odpowiadał za rozrywki: widowiska, turnieje, bankiety.

Anna Brzezińska
21.05.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną