Polacy żegnają słynną brytyjską sieć handlową

Marks żegna was
Sieć Marks&Spencer likwiduje polskie placówki. Co nam to mówi o naszym handlu i gospodarce?
Z Polski następcy Michała Marksa wychodzą z jednego prostego powodu. Odrzucił ich lokalny rynek.
Beata Zawrzel/Reporter

Z Polski następcy Michała Marksa wychodzą z jednego prostego powodu. Odrzucił ich lokalny rynek.

W 1995 r. wielkopowierzchniowe sklepy zajmowały 4 proc. powierzchni handlowej, w 2000 r. było to już 10,5 proc., pięć lat później 20,5 proc.
materiały prasowe

W 1995 r. wielkopowierzchniowe sklepy zajmowały 4 proc. powierzchni handlowej, w 2000 r. było to już 10,5 proc., pięć lat później 20,5 proc.

Gdyby zmarły w 1907 r. polski (białoruski?) Żyd Michał Marks zdołał przenieść się w przyszłość i zechciał wyruszyć z rodzinnego Słonimia do najbliższego sklepu z jego własnym nazwiskiem na szyldzie, to miałby do wyboru albo Wilno (200 km), albo Warszawę (350 km). Na Litwie szału nie ma. Działa tam jeden jedyny Marks&Spencer, choć ulokowany doskonale – przy reprezentacyjnym wileńskim Prospekcie Giedymina. Za to w Warszawie „swoich” sklepów mógłby Marks odwiedzić aż pięć. W tym okręt flagowy M&S w tej części Europy: trójpoziomowy salon w samym sercu tzw. Warszawskiej Ściany Wschodniej. A do tego jeszcze sześć innych polskich „Marksów”: we Wrocławiu (dwa), Gdyni, Koszalinie, Łodzi i Poznaniu.

Jedyny warunek. Pan Marks musiałby się pospieszyć. Jego biznesowi następcy w londyńskiej centrali zdecydowali bowiem o zamknięciu 53 zagranicznych placówek. Również tych u nas. Przyczyną są ich słabe wyniki finansowe. Generalnie firma radzi sobie dobrze. W rodzimej Wielkiej Brytanii (to tam Marks zakładał ze wspólnikiem pierwsze sklepy po emigracji ze Słonimia w latach 80. XIX w.) M&S wciąż jest niekwestionowaną legendą handlu detalicznego i utrzymuje ponad 900 placówek. Do tego dochodzi kolejnych 400 na całym świecie. Z Polski następcy Michała Marksa wychodzą z jednego prostego powodu. Odrzucił ich lokalny rynek.

Dlaczego odrzucił? – Marks&Spencer to dobry dowód, że polski rynek handlu detalicznego tylko z pozoru jest taki jak na Zachodzie. Różnice są jednak fundamentalne – uważa Agnieszka Górnicka, prezes agencji badania rynku Inquiry. Aby zrozumieć, na czym polega ta różnica, musimy wyobrazić sobie, jak wygląda typowy M&S w Wielkiej Brytanii. To zazwyczaj budynki liczące kilka kondygnacji w starych i dobrze skomunikowanych centrach miast. Centrum oferty stanowi moda: męska, damska, dziecięca, sportowa. Ale są również meble, sprzęty domowe, biżuteria, tekstylia. Plus supermarket z ciekawą i rozbudowana ofertą żywnościową oraz własną piekarnią. Ceny? Średnie. Ani dyskont, ani żaden ekskluzywny butik. Słowem: dom towarowy. Ten model biznesowy we współczesnej Polsce jest jednak prawie całkiem nieobecny.

– Tymczasem takie sklepy można znaleźć we wszystkich rozwiniętych gospodarkach. W Niemczech jest Kaufhof, a w Stanach Zjednoczonych choćby Macy’s. Łączy ich to, że kontynuują tradycję domu towarowego. Wszystkie zajmują mocne i ważne miejsce w handlowym pejzażu swoich krajów – dodaje Górnicka.

Błyskotliwa kariera 

Czy galeria handlowa nie jest naturalnym spadkobiercą domu towarowego? Jakby jego synem lub wnukiem. Nowoczesnym i lepiej dostosowanym do wymogów współczesnego rynku? Trop jest kuszący, ale fałszywy. Celniej byłoby powiedzieć, że oba modele rozwoju handlu detalicznego to raczej dalecy kuzyni. Owszem, spokrewnieni. Ale jednak bardzo różni, a nawet ze sobą ostro rywalizujący.

Dom towarowy jest faktycznie starszy. Powstał jako wykwit rewolucji przemysłowej XIX w. A więc wielkiego ekonomicznego przyspieszenia, gwałtownego pęcznienia miast oraz nowinek z dziedziny technologii budowlanej. Pierwowzorem domu towarowego stał się pawilon ze szkła i stali wzniesiony na londyńską wystawę światową w 1851 r. To był wzór, od którego odbijali się potem najlepsi architekci budujący podobne pawilony w centrach zachodnich miast. Celem było nie tylko kuszenie kupujących ciekawą ofertą, lecz także samym wyglądem świątyni handlu. To wówczas powstały takie przybytki, jak Harrods, Marshall Field’s czy KaDeWe. Do dziś żelazne punkty na liście miłośników architektury odwiedzających Londyn, Chicago albo Berlin.

Gdzieś na początku lat 20. XX w. domom towarowym zaczął jednak wyrastać groźny konkurent. Pierwsza była Country Club Plaza na przedmieściach Kansas City. Pomysł na mall nawiązywał do tradycji zadaszonych pasaży handlowych znanych ze śródmiejskich zaułków Paryża czy Mediolanu. Tyle że krzyżował je z wielkim lunaparkiem i (co najważniejsze) przenosił daleko na przedmieścia. Miało to oczywiście związek z upowszechnieniem samochodu. Bo auto umożliwiało dojazd do miejsc, gdzie grunty były po prostu tańsze.

Tak zaczęła się błyskotliwa kariera centrum handlowego. Które zaczęło się ostro rozpychać na rynku. Nie tylko gdy idzie o obszar (największe mają powierzchnię handlową liczoną w setkach tysięcy metrów kwadratowych), lecz również zakres świadczonych usług (kina, kręgielnie, a nawet kaplice modlitewne). Dochodząc w porywach do modelu niemal osobnego miasteczka. Przy okazji zmienił się też model biznesowy. O ile dom towarowy był zazwyczaj domeną jednego dużego sprzedawcy oferującego szeroki asortyment towarów, to centrum handlowe stanowiło raczej odwzorowanie starego targowiska. Gdzie niemal każdy sklepik czy punkt usługowy należy do innego operatora.

Dość szybko rozgorzał spór o to, który model handlu wielkopowierzchniowego jest lepszy. Zwolennicy centrów handlowych widzieli w nim wykwit prawdziwej konkurencji prowadzącej do niskich cen. A niskie ceny to przecież zadowolony konsument. Zadowolony konsument równa się z kolei zadowolonemu społeczeństwu.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną