Korporacje silniejsze od rządów

Rządzą nami zera
Prof. Ladislau Dowbor o tym, jak korporacje stworzyły superorganizm i stały się potężniejsze od mocarstw, i dlaczego z taką hydrą tak trudno walczyć.
Prof. Ladislau Dowbor
Tadeusz Późniak/Polityka

Prof. Ladislau Dowbor

„Kiedy prezydent Dilma Russeff w 2013 r. postanowiła obniżyć stopy procentowe rujnujące miliony ludzi, gospodarkę i budżet Brazylii, po kilku miesiącach nie była już na urzędzie”.
Rede Brasil Atual/Wikipedia

„Kiedy prezydent Dilma Russeff w 2013 r. postanowiła obniżyć stopy procentowe rujnujące miliony ludzi, gospodarkę i budżet Brazylii, po kilku miesiącach nie była już na urzędzie”.

„Michael Hudson w „Killing the Host” pokazał, jak pasożytujący na gospodarce i państwach system finansowy zatruwa i stopniowo zabija nosiciela”.
Ian Buswell/Wikipedia

„Michael Hudson w „Killing the Host” pokazał, jak pasożytujący na gospodarce i państwach system finansowy zatruwa i stopniowo zabija nosiciela”.

Jacek Żakowski: – Pisze pan: „reguły gry są lipne”. W jakim sensie?
Ladislau Dowbor: – Reguły to jedno, a rzeczywistość to drugie. Świat działa inaczej, niż większość ludzi sądzi.

Co działa inaczej?
Gospodarka, rynek, polityka, demokracja, własność. Wszystkie fundamenty systemu są inne niż w teorii i dominującym społecznie obrazie rzeczywistości.

Konkretnie?
Teoretycznie wszystkim rządzi rynek, a jeśli jakiś rynek zawodzi, to wkracza demokratyczna polityka i władza dokonuje korekty poprzez regulacje. W praktyce rynek prawie nie działa, a polityka i gospodarka są kontrolowane przez grupkę globalnych właścicieli.

Uwierzył pan w teorię 1 proc.?
Jeden procent dotyczy rozwarstwienia i dystrybucji dochodów. Gdy się analizuje realną dystrybucję władzy, jedynka jest parę zer po przecinku.

Demokracja to pozór?
Demokracja istnieje i działa. Ale rządzi tylko, póki nie wchodzi w konflikt z prawdziwą własnością.

Ci, którzy realnie rządzą, mają konkretne wcielenie?
Oczywiście. Ekonomiści stopniowo je identyfikują. Przełomowe było ogłoszenie w 2012 r. przez Jamesa Glattfeldera z ETH, szwajcarskiej politechniki uważanej za najlepszą w Europie, mapy tworzących gospodarczy superorganizm globalnych powiązań i współzależności. Ze światowej bazy 37 mln przedsiębiorstw wyłowili 43 tys. globalnych korporacji i, badając ich powiązania, odkryli, że 737 z nich kontroluje 80 proc. korporacyjnego systemu światowej gospodarki. Analiza tego superorganizmu pokazała, że prawie połowę jego ogromnego bogactwa kontroluje 147 przedsiębiorstw – głównie finansowych, w tym około 100 banków.

Czyli banki rządzą światem.
Mała grupka banków, firm ubezpieczeniowych, największych funduszy. Te 147 firm faktycznie rządzi wszystkim. Zarządza nimi kilkuset superbogaczy i supermenedżerów. Nie politycy, nie rynki, nie eksperci, tylko ta niewielka grupka kontroluje praktycznie cały świat. Od nich zależą ceny, kursy, inwestycje. Żaden rząd z nimi nie wygra. W praktyce są poza czyimkolwiek zasięgiem.

Chyba że im się noga powinie na rynku.
Rynek ich nie dotyczy. Sklepiki faktycznie walczą na rynku. Dla finansowych superkorporacji żadnego rynku nie ma. Są za duże, by upaść, zbyt nieliczne, żeby realnie konkurować, zbyt powiązane i zżyte, by nawzajem robić sobie krzywdę.

Globalny spisek przeciw naiwnym?
To nie jest spisek. Tu nie ma sekretów. Otwarcie się spotykają, grają ze sobą w golfa, organizują się, nie robiąc tajemnicy. Ale przez lata nikt nie zwrócił na to uwagi. Kiedy w 2012 r. ETH ogłosił swój raport, szef Banku Anglii powiedział: „to zmienia obraz całego systemu światowego”. Zrozumieliśmy, że w sprawach zasadniczych system jest regulowany przez uzgodnienia między finansowymi superkorporacjami, a nie przez rządy, parlamenty i rynek. Konkurencję o to, kto lepiej trafi w potrzeby klientów, zastąpił mechanizm negocjacji między korporacjami. To sprawiło, że gospodarka przestała być efektywna.

Bo konkurencja działa, kiedy rynek jest gęsty, czyli kiedy istnieje wiele konkurujących podmiotów. Im rzadszy rynek, im mniej konkurujących podmiotów, tym rynek działa słabiej.
A globalny rynek stał się tak dramatycznie rzadki, że faktycznie wyłączył mechanizm konkurencji. System gospodarki rynkowej został zastąpiony przez system kapitalistycznej gospodarki centralnie kierowanej.

Tylko bez formalnego centrum, jakim za komuny był Komitet Centralny.
Tak się wydawało, kiedy ETH ogłosił swój raport. Ale w 2015 r. był drugi szok, bo francuski ekonomista i wieloletni członek rady Banku Francji François Morin wydał „Globalną Hydrę” („L’hydre mondiale: l’oligopole bancaire”), w której opisał tzw. SIFI, czyli systemowo ważne instytucje finansowe. Jest ich 28 na świecie. Ich kapitał jest niewiele mniejszy niż całe PKB świata. Średni kapitał każdego z nich to prawie dwa biliony dolarów. PKB Brazylii – siódmej potęgi ekonomicznej świata! – to nieco ponad bilion.

Cała Brazylia jest warta pół jednego SIFI?
To pokazuje relacje między rzeczywistością społeczeństw, demokracji, państw – reprezentowaną przez rządy – a rzeczywistością pieniądza, banków, giełd, spekulacji kontrolowaną przez SIFI. Ich siła polega też na tym, że w przeciwieństwie do państw są dobrze zorganizowane. Rządy nawet w Europie nie mogą się poukładać. A SIFI stworzyły Instytut Finansów Międzynarodowych, czyli IIF (Institute of International Finance), wszystkie do niego należą i zgodnie dbają o swoje interesy. Morin pisze, że Timothy Adams, szef IIF, traktowany jest jak szef państwa. Przewodniczącym rady jest teraz Axel Weber, prezes UBS, a jego zastępcami są Walter Kielholz, prezes Swiss Re, i Brian Porter, prezes Scotiabank. Formalnie IIF ma 500 członków z 70 krajów, ale radę sprawującą władzę w całym świecie finansów, a faktycznie w całej gospodarce świata, tworzą szefowie SIFI.

To jest źle?
Dla nich dobrze. Dla zwykłych ludzi źle. Kiedy prezydent Dilma Russeff w 2013 r. postanowiła obniżyć stopy procentowe rujnujące miliony ludzi, gospodarkę i budżet Brazylii, po kilku miesiącach nie była już na urzędzie.

Bo się wydało, że kradła.
Jedyny zarzut, jaki udowodniono, to chwilowe przesuwanie pieniędzy między państwowymi bankami a budżetem państwa. W Brazylii każdy rząd to robił. Teraz też to robią. To był pretekst. Chodziło tylko o stopy. Bo finansowe superkorporacje się w Brazylii fantastycznie żywiły, a Dilma chciała to ograniczyć. Musiała to zrobić, bobyśmy się udusili. PKB Brazylii to 6,5 mld reali, a dług rodzin i przedsiębiorstw – 3,1 mld. W normalnych warunkach to nie jest bardzo dużo. Ale przy średnim oprocentowaniu 32,8 proc.

Ile???
Prawie 33 proc. rocznie. Jedną szóstą PKB oddawaliśmy bankom jako oprocentowanie sektora prywatnego. I prawie 12 proc. PKB za obsługę długu publicznego, bo obligacje były wystawiane średnio na 14,5 proc. rocznie. SIFI pożyczały w Japonii albo Ameryce na 1 czy 2 proc., a potem pożyczały Brazylii na 14,5 proc. Prawie 22 proc. PKB Brazylii przejmowały jako oprocentowanie. Tego żadna gospodarka nie wytrzyma. A kredyt konsumencki był udzielany średnio na 73 proc. rocznie. Przy inflacji wynoszącej 6 proc.!

Jak doszliście do tego absurdu?
Rynek kontrolowały SIFI. Lula nie chciał z nimi zadzierać. Dopiero Dilma zaczęła z nimi walczyć. Zbiła cenę obligacji do 7,5 proc. i kazała obniżać stopy w dużych bankach państwowych. Klienci masowo porzucali zagraniczne banki. SIFI się wkurzyły. Zaczęły nakręcać ludzi. Media kontrolowane przez banki wymyślały najbardziej niestworzone historie o Dilmie. Wybuchły rozruchy. Politycy się tym przerazili. I ją zajechali.

Nie doceniła przeciwnika?
Nie miała wyjścia. Ze 130 mln dorosłych Brazylijczyków 58 mln nie mogło już obsłużyć swojego zadłużenia. Społeczeństwo praktycznie straciło zdolność do utrzymania się z pracy.

Chociaż za Luli kilkadziesiąt milionów ludzi pierwszy raz w życiu dostało do ręki realną gotówkę.
I pierwszy raz mogli dzięki temu pożyczać. Weszli na rynek, zaczęli kupować, odkryli konsumpcyjne pragnienia. Wchodzili do sklepu, w którym nigdy nie byli, widzieli lodówkę, nie było ich na nią stać, sprzedawca proponował im pięcioletni kredyt. Tanio. Na 5–10 proc. Ale to było 5–10 proc. miesięcznie. A jeszcze oferował kartę kredytową. Oni to wszystko brali. Nie mieli jak spłacać, rozkładali na raty – znów na kilka lat i kilkadziesiąt lub sto kilkadziesiąt procent rocznie. A potem brali następną kartę lub pożyczkę. Szybko nie starczało im na płacenie procentów. Niedawno Bank Brazylii ogłosił, że za przeterminowane zadłużenie na kartach płaci się średnio 485 proc. rocznie. Kilkadziesiąt milionów ludzi zaczęło żyć z ssącymi do dna pompami, które banki im zainstalowały w kieszeniach. Przestali kupować. Wrócili do gospodarki naturalnej, w której żyli przed Lulą. Więc przedsiębiorstwa przestały produkować, zaczęły zwalniać i sytuacja stała się jeszcze gorsza. Dilma musiała działać. Kiedy zbiła odsetki, ludzie znów zaczęli żyć, przedsiębiorstwa zaczęły sprzedawać, ale dla banków to było niewybaczalne. Musiały to zatrzymać. I mamy 14 mln bezrobotnych. A za Luli było 5 mln.

Dlaczego Lula wcześniej tego nie zahamował?
Nie przypuszczał, że ludzie dostający pieniądze, których wcześniej nie mieli, zaczną się tak błyskawicznie zadłużać. I nie doceniliśmy pazerności banków, które się na biedaków rzuciły, bo wyczuły, że na ich nowych pragnieniach łatwo zbiją fortunę. A poza tym Lula, obejmując urząd, obiecał, że będzie respektował system stworzony przez poprzednika. Chciał dać szansę na śniadanie, obiad i kolację 60 mln Brazylijczyków, którzy wcześniej byli poza rynkiem. Bał się, że jeśli naruszy zbyt wiele interesów, to zmiana zostanie zatrzymana, bo stanie się z nim to, co stało się z Dilmą. Ale to nie jest tylko problem Brazylii. Dopóki superorganizm kontroluje system, nigdzie nie utrzyma się władza, która istotnie naruszy jego interesy. W „Rewriting the Rules” Joseph Stiglitz pokazał, że ten system jest z istoty niesprawny, bo pieniądze są przechwytywane przez sektor finansowy i zamiast obracać się w gospodarce, służą spekulacji, która blokuje konsumpcję i inwestycje. Ten mechanizm służy tylko zwiększaniu potęgi SIFI. Brazylia jest wyjątkowo radykalnym przykładem, ale to dzieje się wszędzie. W „Kapitale XXI wieku” Piketty dokładnie wyliczył, że teraz zarabia ten, kto sprawnie kupuje i sprzedaje papiery wartościowe – nie ten, kto inwestuje.

Kupowanie papierów to też inwestycje.
Po polsku to się nazywa tak samo. Francuzi odróżniają inwestycje od „lokowania pieniędzy”. Portugalczycy też. Bo to ma inny sens ekonomiczny. A po angielsku investment to investment. A angielski jest globalnym językiem ekonomistów. Pomieszanie „inwestowania” z „lokowaniem” sprawia, że ludzie akceptują drenowanie swojego bogactwa przez sektor finansowy, a ekonomiści to usprawiedliwiają. W każdym kraju wygląda to trochę inaczej, ale skutek jest taki sam. Dewastacja realnego świata przez system, którym rządzą bezduszne, abstrakcyjne zera.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną