Targi pod wirnikiem
Targi pod wirnikiem. LPR pilnie potrzebuje większych śmigłowców. Ratownicy czekają, politycy się kłócą
W gabinecie dyrektora Lotniczego Pogotowia Ratunkowego (LPR) wisi mapa, jak w sali lekcyjnej, gdzie dzieci uczą się geografii. Z charakterystycznymi okręgami na obszarze Polski, nakładającymi się na siebie jak kręgi na wodzie. To mapa zasięgu operacyjnego LPR. Sześć baz całodobowych – Gdańsk, Warszawa, Lublin, Kraków, Wrocław, Poznań – i wokół każdej z nich idealny, geometryczny promień 60 km. Reszta kraju wypełniona jest 15 bazami dziennymi. Marcin Podgórski spogląda na nią codziennie. Po 20 latach w firmie – najpierw jako dyrektor regionalny w Szczecinie, później na samym szczycie – ma do mapy stosunek niemal intymny. I co sobie myśli?
– Że byłoby dobrze, gdyby w tych sześciu bazach stały większe maszyny. Nie tylko te obecne, lekkie H135, które latają od półtorej dekady i których flota liczy dziś 27 sztuk, ale też z większą kabiną, większym zasięgiem i możliwością zabrania dwóch pacjentów naraz – precyzuje. Wprowadzenie do służby większych śmigłowców miałoby kolosalne znaczenie przy zdarzeniach z dużą liczbą poszkodowanych. A czasy są takie, że ryzyko takich zdarzeń rośnie.
Okręgi na mapie nie są kaprysem. W brutalnej matematyce medycyny ratunkowej te 60 km to nienaruszalny fundament tzw. złotej godziny – krytycznego czasu od nagłego zagrożenia życia (np. wypadku) do rozpoczęcia specjalistycznego leczenia poszkodowanych w szpitalu. Helikopter potrzebuje zaledwie trzech minut na start od momentu wezwania, a pokonanie owych 60 km pochłania 15–18 minut lotu. Ekipa medyczna spędza kolejne 20 minut w błocie, na asfalcie lub w zgliszczach, by po następnych kilkunastu minutach dotrzeć z pacjentem do lądowiska przy szpitalnym SOR.
Tyle że świat rzadko składa się z idealnych okręgów. – Mamy np.