Wszystko o opcjach walutowych

Anatomia opcji
Opcje walutowe to dziś ulubiony temat polityków, stawiających się w roli obrońców Polski przed skutkami kryzysu. Ale na czym dokładnie polega ten finansowy instrument, które wywołał w naszym kraju objawy paniki?

Twarz kryzysu w każdym państwie jest dziś nieco inna. Dla Amerykanów i Brytyjczyków to niespłacane kredyty hipoteczne, dla Hiszpanów - zapaść w tak dynamicznie do tej pory rozwijającym się budownictwie, a dla Niemców - załamanie eksportu będącego siłą napędową ich gospodarki. W Polsce symbolem kłopotów stały się złowieszcze opcje walutowe. Z ich powodu płaczą przedsiębiorcy, niektórzy politycy chcą je unieważniać, a rząd wynajmuje służby specjalne do znalezienia winnych. Ale jaki jest schemat działania opcji walutowych?

Popularność tego instrumentu finansowego rosła proporcjonalnie do umacniania się naszej waluty. Gdy Polska wchodziła do Unii Europejskiej w maju 2004 r., euro kosztowało prawie 5 zł. Od tego momentu jednak zaczęło się systematycznie osłabiać, a punkt kulminacyjny tego zjawiska miał miejsce latem 2008 r. Wówczas za euro płaciło się ok. 3,20 zł, co było znakomitą wiadomością dla importerów, a także dla wszystkich wyjeżdżających na wakacje za granicę.

Równocześnie taki kurs stawał się coraz bardziej niekorzystny dla eksporterów, których dochody drastycznie malały. Powody umacniania się złotego były dość jasne dla wszystkich - napływ pieniędzy od emigrantów, pośrednie i bezpośrednie inwestycje zagraniczne, środki z Unii Europejskiej, wysokie stopy procentowe w Polsce i znacznie szybsze tempo rozwoju gospodarczego niż w Europie Zachodniej. Nic zatem dziwnego, że praktycznie wszyscy analitycy, nie wiedząc jeszcze o nadciągającym światowym załamaniu, prognozowali dalsze umacnianie się złotego. Wówczas wielu przedsiębiorców postanowiło działać. A dokładniej zostało zachęconych do działania przez banki. Mało kto wtedy przewidywał, że już wkrótce giełda się załamie, zagraniczny kapitał zacznie wypływać szerokim strumieniem, a dodatkowo potężne banki zachodnie postanowią grać na osłabienie złotego.

PUT i CALL 

Opcja walutowa to rodzaj umowy między firmą a bankiem. Firma ustala kurs, po którym w określonym terminie będzie mogła dokonać z bankiem transakcji wymiany pewnej waluty. W Polsce tą walutą było najczęściej euro, w którym większość naszych przedsiębiorstw rozlicza się z zagranicznymi partnerami. Latem wiele firm, przewidując wkrótce kurs euro po 3 zł, ustalało z bankami, że za kilka miesięcy będą mogły sprzedać określoną kwotę euro po kursie przykładowo 3,50 zł. Ale była to tylko opcja - gdyby rzeczywiście złoty miał się dalej umacniać, firmy skorzystałaby na tym rozwiązaniu. Gdyby jednak nasza waluta osłabła na przykład do 4 czy 5 zł na euro, firma mogła nie korzystać z opcji i sprzedać swoje euro na wolnym rynku. Wówczas jej jedyną stratą byłaby opłata za zawarcie opcji walutowej. Ale banki, aby zachęcić firmy do opcji, nazywały te instrumenty „zerokosztowymi" i oferowały je bez żadnych dodatkowych opłat! Jak to możliwe?

Banki znalazły inne rozwiązanie - bardziej ryzykowne dla siebie, ale też mogące przynieść znacznie większe zyski niż zwykła opłata od firmy za zawarcie umowy na opcję. Otóż banki oferowały firmom równocześnie nie jedną, a dwie opcje - zupełnie różne od siebie. Pierwszą była ta przez nas opisana (zwana z języka angielskiego opcją PUT), zabezpieczająca przedsiębiorcę, z której mógł bez problemu zrezygnować. Ale druga opcja (nazywana opcją CALL) dotyczyła sytuacji odwrotnej - to firma zobowiązywała się, że dostarczy bankowi określoną kwotę euro po z góry ustalonym kursie, przykładowo również po 3,50 zł. Tym razem to jednak nie firma, ale bank miał zdecydować, czy opcja w pewnym momencie zostanie zrealizowana. Oczywiście, gdyby dziś złoty był bardzo mocny, banki od tych umów odstąpiłyby, kupując euro po korzystniejszym dla siebie kursie na wolnym rynku. Ale gdy euro kosztuje prawie 5 zł, to właśnie opcja CALL staje się żyłą złota dla banku, który kupuje tanio euro od firmy, a następnie sprzedaje je na rynku z ogromnym zyskiem.

To jednak wciąż nie wyjaśnia do końca całego problemu. Gdyby bowiem obie opcje zawarte zostały na tę samą kwotę, sytuacja firm nie byłaby wcale bardzo zła. Uzyskane z eksportu przykładowo 100.000 euro sprzedałyby bankowi po ustalonym z góry kursie, wywiązując się w ten sposób z opcji CALL (opcji PUT w ogóle nie realizują, do czego mają pełne prawo). Na całej operacji związanej z opcjami straciłyby tylko różnicę kursową - za każde swoje euro otrzymałyby po ok. 3,50 zł, a nie 4,70-4,80 zł. Jednak umowy zawierane z bankami były niesymetryczne, i to dziś skłania wielu polityków do żądania ich unieważnienia.

Jednak banki to nie instytucje charytatywne - za zawarcie opcji firmy nie ponosiły żadnych opłat dodatkowych, ale za to musiały zgodzić się na nierówne traktowanie. Opcja korzystna dla firm w przypadku umocnienia złotego (czyli PUT) opiewała na kwotę najczęściej dwukrotnie mniejszą niż opcja korzystna dla banków w przypadku osłabienia złotego (czyli CALL). Jeśli pierwsza dotyczyła 100.000 euro, to druga była zawarta przykładowo na 200.000 euro. Często kwoty te znacznie przekraczają przychody z eksportu, a wówczas firmy muszą na rynku międzybankowym kupować dodatkowo euro ze swoich środków po bardzo wysokim kursie, aby wywiązać się z zobowiązań wobec banku (to zresztą dodatkowo jeszcze osłabia kurs naszej waluty). A potem sprzedają euro bankowi przykładowo po 3,50 zł i ponoszą na tej operacji olbrzymie straty.

Szaleństwo nad Wisłą 

Czy umowy dotyczące opcji można dziś unieważnić? Z pewnością tak, jeśli firma wykaże, że padła ofiarą oszustwa ze strony banku, czyli że nie wiedziała, na jak niekorzystne warunki się godzi. To jednak zapewne rzadkie przypadki. Wielu menedżerów podjęło po prostu z bankami ryzykowną grę, godząc się na niesymetryczność opcji, a za takie błędy trzeba ponieść konsekwencje. Co więcej, niektóre przedsiębiorstwa zawierały opcje nie tylko po to, by zabezpieczyć przychody z eksportu, ale także, by po prostu zarobić na spekulacji walutowej. I gdyby euro kosztowało 3 zł, ta taktyka opłaciłaby się. Płakałyby banki, zmuszone do realizacji opcji PUT, korzystnych wówczas dla firm. Czy wtedy również wicepremier Waldemar Pawlak tak głośno mówiłby o konieczności unieważnienia umów dotyczących tego ryzykownego instrumentu finansowego?

Jedyną nadzieją dla ponoszących olbrzymie straty firm jest nie tyle liczenie na interwencję rządu, co negocjacje z bankami. Zrozumieli to na przykład znany inwestor Zbigniew Jakubas czy producent sprzętu AGD, firma Zelmer. W interesie samych banków leży takie rozwiązanie problemu, które pozwoli oczywiście zarobić jak najwięcej, ale równocześnie nie doprowadzi firm do bankructwa. Część zobowiązań można zatem umorzyć, a spłatę reszty rozłożyć na raty. Tak jak w przypadku normalnego kredytu, gdy przedsiębiorstwo popadło w kłopoty i nie jest w stanie na bieżąco go obsługiwać.

Nie zmienia to faktu, że straty poniesione na opcjach walutowych będą i tak dla wielu firm ogromnym ciężarem. A najwięcej zarobią wcale nie polskie banki, tylko zagraniczne instytucje finansowe, które opcje walutowe stworzyły i sprzedały naszym bankom. To ci wielcy gracze najbardziej cieszą się dziś, że kolejne polskie rządy nie spieszyły się z wejściem do strefy euro. Gdybyśmy bowiem używali wspólnej europejskiej waluty, o szaleństwie opcji nikt by nad Wisłą nie słyszał.

 

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną