Edukator Ekonomiczny

Skazani na euro

Zmartwienia eurolandu

Ekspansję kryzysu mogłyby powstrzymać euroobligacje Ekspansję kryzysu mogłyby powstrzymać euroobligacje Marek Sobczak / Polityka
Strefa euro jest już za bardzo zrośnięta, by się rozpaść, ale nie dość jednolita, by trwać w obecnym kształcie. Jedynym wyjściem z kryzysu jest kontrolowane bankructwo najsłabszych państw i rozpoczęcie prac nad unią fiskalną.
Euroobligacje mogą być pierwszym krokiem do unii budżetowejMarek Sobczak/Polityka Euroobligacje mogą być pierwszym krokiem do unii budżetowej

Artykuł w wersji audio

Jeszcze dwa lata temu wstąpienie do strefy euro było powodem do dumy. Polacy i Węgrzy z zazdrością patrzyli na Słowaków, gdy ci na progu kryzysu finansowego przystępowali do unii walutowej. Podczas gdy złoty i forint jesienią 2008 r. leciały na łeb na szyję, korona trzymała się mocno, wsparta wiarygodnością euro, które miało ją wkrótce zastąpić. Gdy na początku 2011 r. Estonia weszła do strefy euro, nawet w Tallinie wspólną walutę witano z mieszanymi uczuciami. Niemal połowa Estończyków uważa, że ich kraj popełnił błąd, a czołowy przeciwnik przyjęcia euro twierdzi, że Estonia „zdobyła ostatni bilet na »Titanica«”. Ledwie premier Andrus Ansip uroczyście wypłacił pierwsze estońskie euro z bankomatu, jego kraj został poproszony do kasy: Estonia musiała wyłożyć 800 mln euro na ratowanie Grecji i Irlandii. A na tym się nie skończy.

Ubiegły rok upłynął pod znakiem deficytów, czyli obaw o zdolność państw do domknięcia swoich budżetów. Pod presją rynków rządy strefy euro musiały je równoważyć, czyli ciąć wydatki i podnosić podatki, by zmniejszyć przepaść między rozchodami a przychodami. Teraz uwaga rynków przenosi się na długi publiczne: nabywcy obligacji zaczynają mieć wątpliwości, czy słabsi członkowie unii walutowej będą w stanie kiedykolwiek je spłacić. Nie dlatego, że spekulanci uwzięli się na euro, ale dlatego, że kluczem do spłaty długów jest wzrost gospodarczy. A prognozy na rok 2011 nie są różowe: Eurostat przewiduje dla eurolandu średni wzrost PKB o marne 1,5 proc., przy czym ze znaczących gospodarek strefy tylko niemiecka urośnie powyżej 2 proc. Grecka skurczy się o 3 proc., a portugalska o 1 proc. PKB.

Recesja oznacza mniejsze wpływy do budżetu, czyli dalsze oszczędności, które tylko utrwalą stagnację gospodarczą. W wielu, zwłaszcza południowych, krajach konsumpcja publiczna była istotnym czynnikiem wzrostu. Z jednej strony to dobrze, że Grecy i Portugalczycy się od niej odzwyczajają, z drugiej strony ten odwyk odsłania największą słabość ich gospodarek: niską konkurencyjność w handlu światowym. O ile Irlandczycy są w stanie „wyeksportować” się z kryzysu, o tyle południowcy nie mają wysokich technologii ani wykwalifikowanej siły roboczej, które czyniłyby ich kraje atrakcyjnym miejscem produkcji. Nie mają też najprostszego narzędzia przywracania konkurencyjności, czyli własnej polityki monetarnej, która pozwala obniżyć wartość pieniądza. Inaczej mówiąc, są skazani na dalszy spadek PKB, czyli wzrost długów.

Optymalny obszar walutowy

Istotą unii walutowej nie są jednakowe pieniądze w portfelu, tylko wspólna polityka monetarna. Wchodząc do strefy euro, państwa tracą wpływ na wysokość stóp procentowych, drugie obok budżetu narzędzie sterowania gospodarką. Zamiast rodzimego banku centralnego koszt pieniądza ustala odtąd Europejski Bank Centralny, biorąc pod uwagę dobro całego obszaru walutowego. A to nie zawsze jest zbieżne z interesem każdego kraju. Aby tak było, kraje przyjmujące wspólny pieniądz powinny stanowić tzw. optymalny obszar walutowy: mieć podobną strukturę gospodarczą i poziom rozwoju (by jednakowa polityka monetarna nikomu nie szkodziła), posiadać elastyczne rynki pracy (by w razie kryzysu móc odbudować konkurencyjność poprzez redukcję płac), a najlepiej mieć także wspólny budżet (by niwelować nierówności).

Według Simona Tilforda, głównego ekonomisty Centrum na rzecz Reformy Europejskiej w Londynie, strefa euro od początku nie spełniała żadnego z tych warunków. W rezultacie nawet w okresie prosperity rozwijała się nierównomiernie, a wspólne stopy procentowe przyczyniły się do zaostrzenia strukturalnej nierównowagi: dla Greków były za niskie, sprzyjały życiu na kredyt i nadmiernej konsumpcji, dla Niemców z kolei okazały się za wysokie, powodując przesadne oszczędzanie i przerost eksportu. Przez dekadę oszczędna Północ i rozrzutne Południe dobrze się uzupełniały. Mówiąc w wielkim uproszczeniu: niemieckie banki kupowały greckie obligacje, a greccy konsumenci niemieckie samochody. Aż nadszedł kryzys, który położył kres temu toksycznemu układowi i obnażył wszystkie słabości strefy euro.

Największa z nich to brak unii budżetowej. 17 krajów eurolandu prowadzi jedną politykę monetarną, ale 17 różnych polityk fiskalnych, a to one decydują o wysokości deficytów i długów. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby rządy przestrzegały tej samej dyscypliny budżetowej i potrafiły koordynować swoje działania. Niestety, Pakt Stabilności i Wzrostu okazał się nieskuteczny, a miniony rok, choć obfitował w brukselskie szczyty, pokazał, że rządom bardzo trudno uzgodnić wspólne działania. Rozrzutne Południe zabiegało o pomoc, podczas gdy oszczędna Północ robiła wszystko, by jej nie udzielić. W rezultacie rządy działały dopiero wtedy, gdy inwestorzy przyparli je do muru – doraźnie, niekompleksowo i w reakcji na posunięcia inwestorów, a nie wyprzedzając ich działania. 16 państw przegrało w starciu z jednym rynkiem.

Kontrolowane bankructwo

Strefa euro stoi zatem przed podwójnym kryzysem: wypłacalności niektórych członków i zarządzania całym blokiem. Pozornie najprostszym wyjściem z sytuacji byłoby rozwiązanie unii walutowej. Przywracając drachmę, escudo i funta, Grecja, Portugalia i Irlandia mogłyby je zdewaluować względem euro, odzyskując w ten sposób konkurencyjność w eksporcie. Niemcy, Austria i Holandia uwolniłyby się z kolei od obowiązku łożenia na maruderów. Zwolennicy tego rozwiązania zapominają tylko o kosztach: długi Grecji i Portugalii byłyby nadal denominowane w euro, więc po dewaluacji tylko by urosły. Z kolei zmartwychwstała marka, szyling i gulden gwałtownie przybrałyby na wartości, czyniąc eksport z Niemiec, Austrii i Holandii nieopłacalnym. Skorzystaliby tylko właściciele wyemitowanych wcześniej obligacji w euro, którym nie groziłaby perspektywa darowania części długu państw zagrożonych bankructwem. Dlatego rynki grają pod takie właśnie rozwiązanie.

Pomijając konsekwencje ekonomiczne, demontaż strefy euro jest technicznie niewykonalny. Zamiana kilkunastu walut na jedną w okresie koniunktury to nie to samo, co zastąpienie wspólnej waluty kilkoma odrębnymi w środku kryzysu. Przywrócenie którejkolwiek z walut wymagałoby fizycznego zamknięcia granic i zatrzymania przepływów finansowych między krajami. W przeciwnym razie kapitał momentalnie odpłynąłby z peryferii do rdzenia strefy euro. Wystarczy wyobrazić sobie Greków przeprawiających się przez wyspy z walizkami gotówki. By uniknąć wyprzedzającej paniki, blokada musiałaby nastąpić z zaskoczenia, a więc pozostać w tajemnicy do ostatniej chwili, co czyni całą operację do reszty niewykonalną. Ostatni rok dobitnie pokazał, że to rynki zaskakują państwa, a nie na odwrót.

Zaskoczenie, którego właściciele obligacji wyraźnie sobie nie życzą, to bankructwo jednego z członków strefy euro. Państwa nie bankrutują jak firmy czy osoby fizyczne – nie da się zająć majątku danego kraju ani uwięzić jego premiera za długi. Dlatego państwo może odmówić wykupu swoich obligacji. W Europie Zachodniej nie zdarzyło się to od II wojny światowej, ale dziś wydaje się nieuniknione. Według rosnącej części ekonomistów Grecja jest już de facto niewypłacalna, a rząd w Atenach rozważa złożenie wierzycielom propozycji nie do odrzucenia: odroczenie wykupu obligacji i niższe odsetki w zamian za ocalenie kapitału. Takie kontrolowane bankructwo, zwane ładnie restrukturyzacją długu, miałoby nastąpić w 2013 r., gdy skończą się pożyczki od UE i MFW. Grecja zostałaby ukarana wyższymi odsetkami, ale ciężar długu by zelżał.

Euroobligacje do przełknięcia

Pilniejszym zmartwieniem eurolandu jest zaraźliwość kryzysu. Pakiet ratunkowy dla Irlandii nie uspokoił inwestorów, przeniósł jedynie obawy na kolejne kraje. Portugalia niebawem poprosi o pomoc, Hiszpania płaci już najwyższe odsetki od swoich obligacji, odkąd wstąpiła do strefy euro. Jeśli koszt obsługi długu wzrośnie jeszcze bardziej, to rząd w Madrycie także będzie zmuszony sięgnąć po pożyczki UE i MFW. Hiszpania to przypadek graniczny: największa gospodarka na obrzeżach strefy euro i wrota do jej serca. Następne pod względem kruchości finansów publicznych są Włochy, których obecny fundusz ratunkowy Unii już nie udźwignie. W grudniu przywódcy strefy euro odmówili podwyższenia jego kwoty, co oznacza, że nie dopuszczają możliwości, by kryzys zawędrował tak daleko w głąb strefy euro. W tym celu muszą jednak obronić Hiszpanię.

Ekspansję kryzysu mogłyby powstrzymać euroobligacje. Na początku grudnia premier Luksemburga i włoski minister finansów wyszli z propozycją, by państwa strefy euro zaczęły emitować wspólne papiery dłużne. Grekom przyniosłyby one oczywistą korzyść, bo mogliby pożyczać na niższy procent, Niemcom z kolei oczywistą stratę, bo musieliby płacić więcej niż obecnie. Dlatego Angela Merkel odrzuciła ten pomysł na grudniowym szczycie Unii. Ale odsetki od niemieckich obligacji, choć wciąż najniższe w strefie euro, zaczynają rosnąć – inwestorzy liczą się z ewentualnością, że Niemcy będą zmuszone do wyłożenia ogromnych sum na ratowanie już nie tylko Portugalii, ale i Hiszpanii. Jeśli ta groźba stanie się realna, oprocentowanie bundów wzrośnie na tyle, że euroobligacje mogą być do przełknięcia nawet dla Niemiec.

Wspólne obligacje zmusiłyby rynki do traktowania strefy euro jako jednego organizmu gospodarczego. Znikłby obecny arbitraż między państwami gospodarnymi, które cieszą się niskimi odsetkami, a niegospodarnymi, które muszą pożyczać coraz drożej i są w ten sposób wpędzane w kłopoty z obsługą długu. W zamian za zgodę na euroobligacje Niemcy mogłyby wymusić stworzenie podwalin wspólnej polityki fiskalnej – jeśli nie jednego budżetu dla 17 państw, to skutecznego mechanizmu egzekwowania dyscypliny budżetowej i reform strukturalnych. Dziś nie ma zgody politycznej na tak głęboki federalizm, ale jeśli kryzys będzie postępował w dotychczasowym tempie, rządy mogą nie mieć innego wyjścia. Rok temu ratowanie Grecji za niemieckie pieniądze też było nie do pomyślenia.

Ekonomiczne złudzenia

Euroobligacje mogą być pierwszym krokiem do unii budżetowej. Strefa euro jest za bardzo zrośnięta, by mogła się rozpaść, ale nie dość jednolita, by trwać w obecnym kształcie. Sama unia monetarna nie zapewnia konwergencji, czyli integracji i upodobniania się gospodarek do siebie, a bez tego każdy poważniejszy kryzys będzie skutkował destabilizacją całego bloku.

Najdalej idącym rozwiązaniem byłyby transfery fiskalne z krajów bogatych do biednych na podobnej zasadzie, na jakiej zamożne regiony danego kraju dotują te ubogie. Już teraz niektórzy ekonomiści wnioskują, by bogatsi członkowie strefy euro jednorazowo spłacili długi biedniejszych. Niemcy kategorycznie odrzucają jednak unię transferową, w której byliby głównym płatnikiem. Pozostaje więc dostrojenie gospodarek strefy euro w taki sposób, by mogły one samodzielnie funkcjonować z jedną walutą.

To będzie wymagać wyrzeczeń po obu stronach. Jeśli kraje na obrzeżach strefy euro mają stanąć na nogi, muszą zrównoważyć spadek konsumpcji wzrostem eksportu. W tym celu kraje w sercu eurolandu, główni odbiorcy towarów z Południa, powinny zwiększyć ich import. Odnosi się to zwłaszcza do Niemiec, które cały swój rozwój gospodarczy oparły na eksporcie, dławiąc przy tym konsumpcję. Niemcy nie widzą jednak potrzeby, by równoważyć swoją gospodarkę, a dobre wyniki skłaniają ich raczej do przekonania, że kłopoty południowców mają marginalne znaczenie dla ich dobrobytu. To złudzenie, bo skala ekspozycji niemieckich banków na długi Grecji i Portugalii, zarówno publiczne, jak i prywatne, czyni je niezwykle podatnymi na wstrząsy i długotrwałą stagnację w tych krajach. Niemcy są tak samo skazani na euro jak Grecy.

 

„Gospodarka – głupcze!” – ten slogan prezydenta Clintona zrobił zawrotną karierę. Kryzys gospodarczy ujawnił, że głupcami byli nawet wybitni eksperci. Tym większe kłopoty możemy mieć my, zwykli obywatele, którzyśmy gospodarki rynkowej uczyli się nie w szkołach, ale w życiu. Dlatego POLITYKA postanowiła bardziej systematycznie pomagać czytelnikom w zrozumieniu zachodzących w świecie gospodarczych zmian i zjawisk. To się naprawdę może przydać. Oddajemy państwu do rąk kolejny numer cyklicznego „Edukatora Ekonomicznego”, powstałego przy współpracy z NBP.

Polityka 04.2011 (2791) z dnia 21.01.2011; Edukator ekonomiczny; s. 56
Oryginalny tytuł tekstu: "Skazani na euro"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ja My Oni

Jak komunikować swoje potrzeby

Jak wyrazić swoje potrzeby, aby inni je uwzględniali.

Anna Dąbrowska, Anna Dobrowolska
06.02.2018
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną