Edukator Ekonomiczny

Gra o budżet

Jak politycy wpływają na gospodarkę

Każdy dług trzeba kiedyś spłacić, więc po okresie przedwyborczej pozornej poprawy po jakimś czasie musi nastąpić działanie odwrotne. Każdy dług trzeba kiedyś spłacić, więc po okresie przedwyborczej pozornej poprawy po jakimś czasie musi nastąpić działanie odwrotne.
Jak przedwyborcze obietnice i decyzje polityków wpływają na gospodarkę? Wszak wyborcom najbardziej podoba się to, co na dłuższą metę im szkodzi.
Niemal przed każdymi wyborami zdesperowani posłowie gotowi są głosować za najbardziej nawet nierealnymi planami wzrostu wydatków rządowych, byle tylko zachować szanse na reelekcję.Marek Sobczak/Polityka Niemal przed każdymi wyborami zdesperowani posłowie gotowi są głosować za najbardziej nawet nierealnymi planami wzrostu wydatków rządowych, byle tylko zachować szanse na reelekcję.

***

Sprawdź swą wiedzę z ekonomii - zapraszamy do rozwiązania naszego quizu. W tej edycji sprawdzamy m.in. o to, jak bez stresu płacić kartami bezstykowymi, jak politycy wpływają na gospodarkę oraz o instytucje, które strzegą bezpieczeństwa naszych pieniędzy  >>

***

W gospodarce rynkowej rzadko co przebiega w sposób płynny, równo rozłożony w czasie. Cykl koniunkturalny powoduje, że po okresie szybszego wzrostu produkcji następuje jej spowolnienie, a nawet spadek. Takimi samymi zrywami i ostrym hamowaniem charakteryzuje się giełda i rynek nieruchomości. Również inflacja, na przemian, to jest dużym problemem, to znów przestaje nas martwić (zazwyczaj ustępując miejsca zmartwieniu o poziom bezrobocia). To wszystko zwykliśmy określać mianem cykli ekonomicznych i poszukiwać źródeł tych zjawisk czy to w pojawiających się nowych technikach produkcyjnych, czy w niedoskonałości planowania ludzi i firm, czy w owczym pędzie, który każe wszystkim podejmować podobne działania i popełniać te same błędy w tym samym czasie.

Poza takimi cyklami w ekonomii zwykło się również mówić o cyklu politycznym – a więc o silnych wahaniach finansowych i gospodarczych wywołanych działaniami podejmowanymi przez polityków. Działania te w tajemniczy sposób dostosowują się do terminów różnorodnych wyborów. To wtedy właśnie gwałtownie zwiększa się skłonność rządów i parlamentów do podejmowania takich decyzji, które mogą spodobać się wyborcom.

Fiskalna i pieniężna

Mechanizm cyklu politycznego i jego wpływ na gospodarkę jest badany od lat. W uproszczeniu – przede wszystkim chodzi o dostosowanie działań z zakresu polityki ekonomicznej do kalendarza politycznego, tak by przed samymi wyborami stworzyć wrażenie znaczącej poprawy koniunktury. Tradycyjnie politycy mają w ręce dwa wielkie narzędzia krótkookresowego wpływu na gospodarkę.

Pierwszym z nich jest polityka fiskalna, czyli decyzje dotyczące wydatków i dochodów rządowych. Jeśli na krótko przed wyborami rząd zwiększa wydatki lub obniża podatki, ludzie natychmiast odczuwają to w swoich kieszeniach i traktują jako symptom poprawy sytuacji finansowej kraju. Może to ich skłonić do lepszej oceny działań dotychczasowego rządu, a zatem zwiększa szanse na oddanie głosu na rządzących. Wszystko to jednak ma swoją cenę, którą płaci się w okresie dłuższym. Nieuzasadniony ekonomicznie wzrost wydatków lub obniżka podatków zwiększa poziom deficytu budżetowego. Zwiększony deficyt na krótką metę można zazwyczaj pokryć pożyczając na rynku pieniądze, ale oznacza to wzrost zadłużenia państwa.

Każdy dług trzeba kiedyś spłacić, więc po okresie przedwyborczej pozornej poprawy po jakimś czasie musi nastąpić działanie odwrotne – wzrost podatków, by na nowo ustabilizować finanse. Kiedy więc mijają wybory, ludzie, którzy oddali swój głos na rządzących w przekonaniu, że doprowadzili oni do poprawy sytuacji, odczuwają efekt dokładnie odwrotny, czyli pogorszenie sytuacji finansowej. Tyle że głos został już oddany, a na następne wybory trzeba czekać kilka lat.

Drugim wielkim narzędziem wpływu polityków na kształtowanie się koniunktury gospodarczej jest polityka pieniężna. Jeśli na krótko przed wyborami bank centralny obniża stopy procentowe, oznacza to, że na rynku pojawia się więcej pieniędzy. Dzięki temu łatwiej o kredyt, łatwiej znaleźć popyt na produkty, łatwiej znaleźć pracę. Problem tylko w tym, że zbyt duża ilość pieniędzy na rynku prędzej czy później prowadzi do wzrostu cen. A to oznacza konieczność ponownego podwyższenia stóp procentowych i walki z inflacją. Tyle że dzieje się to już po wyborach.

Choć teoretycznie banki centralne są dziś niezależne i nie powinny kierować się w swoich decyzjach motywacjami politycznymi, istnieje wiele dowodów na to, że często dzieje się inaczej. I uwaga ta nie dotyczy jedynie krajów, w których tradycyjnie pieniądz jest słaby i podatny na manipulacje, ale również historii takich potęg finansowych jak USA czy Niemcy.

Ludzie to kupią...

Przedstawiony mechanizm wydaje się tak prymitywny i łatwy do zdemaskowania, iż wierzyć się nie chce, by politycy mogli sądzić, że ludzi da się w ten sposób oszukać. Stosowanie takich narzędzi bazuje wszak na założeniu, że wyborcy mają krótką pamięć, nie są w stanie dojrzeć niczego, co wykracza poza kilkumiesięczną perspektywę ich własnego portfela, że „ciemny lud” można zawsze ogłupić jak stado owiec – a po czterech latach ponownie wygrać wybory, stosując dokładnie tę samą metodę co poprzednio. Nie chce się wierzyć, by równie prymitywne działanie mogło być skuteczne współcześnie w krajach zachodnich. W końcu mówimy o nieźle wykształconym społeczeństwie, dysponującym szerokim dostępem do licznych źródeł niezależnej informacji i bieżących analiz. Społeczeństwie, które nie powinno zachowywać się jak „ciemny lud”, który wszystko kupi.

A jednak jest to możliwe – i o dziwo nawet skuteczne! Popatrzmy na (drogi wielu polskim sercom) przykład Węgier z ostatnich 20 lat. W 1994 r. szykująca się do wyborów parlamentarnych prawicowa koalicja zwiększyła deficyt budżetowy do 10 proc. PKB, pragnąc za wszelką cenę rozruszać gospodarkę i zapewnić sobie reelekcję. Wyborów wygrać nie zdołała, a kraj stanął na skraju katastrofy finansowej, z którą musieli sobie radzić socjalistyczni zwycięzcy na nowo ograniczając deficyt i inflację. Nie powstrzymało ich to cztery lata później przed próbą powtórzenia dokładnie tego samego manewru (wzrostu deficytu w roku wyborczym do 8 proc. PKB). Ponownie nic to nie dało, wygrała prawica. Ówczesny zwycięzca Viktor Orbán najpierw ustabilizował budżet, a następnie – przed kolejnymi wyborami w 2002 r. – rozpoczął szaleńczy wzrost wydatków rządowych, który na nowo zwiększył deficyt do 9 proc. PKB. Przegrał, ale samej metody walki o władzę nie skompromitował.

W 2006 r. socjalistyczny premier Ferenc Gyurcsány ponownie rozbuchał więc deficyt do niemal 10 proc. PKB. Tym razem zatriumfował – mimo licznych komentarzy ekonomistów mówiących o tym, że Węgry idą w stronę kolejnej katastrofy, zachwycone szerokim gestem władz społeczeństwo dało rządzącym drugą szansę. Po to zresztą, by kilka miesięcy później usłyszeć z ust podsłuchanego przez media premiera, że w czasie kampanii wyborczej socjaliści „kłamali rano, w południe i wieczorem”. Władzę ponownie zdobył Viktor Orbán – tym razem nie mając już swobody manewru w kwestii wzrostu deficytu (bo Węgry stały na progu bankructwa) i zamiast tego koncentrując się na również popularnych hasłach walki z bankami, zagranicznymi koncernami i funduszami emerytalnymi. Co zrobi przed wyborami w 2014 r., dopiero zobaczymy – ale właściwie już możemy zgadywać.

Polski cykl wyborczy

Trzeba przyznać, że w Polsce sprawy wyglądają lepiej niż nad Dunajem. Po narzędzia polityki pieniężnej nie pozwala sięgać rządom niezależny NBP, a gwałtowny wzrost deficytu budżetowego przed wyborami raczej zmniejsza szanse zwycięstwa, niż je poprawia (o czym szczególnie boleśnie przekonał się AWS, kończący rządy w atmosferze paniki wywołanej pojawieniem się „dziury Bauca”). Mimo to przed niemal każdymi wyborami zdesperowani posłowie gotowi bywają głosować za najbardziej nawet nierealnymi planami wzrostu wydatków rządowych, byle tylko zachować szanse na reelekcję.

W 2001 r., właśnie wtedy, gdy minister Bauc poinformował, że wali się budżet państwa, Sejm przegłosował wzrost rocznych wydatków budżetowych o 30 mld zł (wszystkie te absurdy zawetował prezydent). W 2005 r. większość posłów entuzjastycznie przyjęła warte kilkadziesiąt miliardów złotych żądania przywilejów emerytalnych ze strony górników. Również w czasie obecnej kampanii wyborczej pojawiły się nowe propozycje budżetowe, sięgające od skromnych kilku miliardów złotych proponowanych przez PO, poprzez kilkadziesiąt miliardów obietnic PiS i PJN, aż do stu kilkudziesięciu, na które licytowały się PSL i SLD.

Jednak formułowanych w czasie kampanii propozycji nikt w Polsce nie wydaje się traktować serio – ani sami politycy, ani wyborcy. Jest to więc raczej stały element propagandowego przedwyborczego teatru (podobnie jak tradycyjna obietnica budowy milionów mieszkań).

Polski problem cyklu politycznego leży gdzie indziej. Ekonomiści nie mają wątpliwości, że w celu zachowania zdolności do szybkiego rozwoju nasz kraj musi głęboko zreformować swoje wydatki publiczne i funkcjonowanie instytucji państwa. Po pierwsze, uprościć podatki i poprawić warunki działania przedsiębiorstw. Po drugie, dokonać głębokich zmian w systemie zabezpieczenia społecznego po to, by w warunkach niekorzystnych zmian demograficznych zachował on finansową stabilność (chodzi np. o niezbędne podwyższenie wieku emerytalnego), a jednocześnie zachęcał do legalnej pracy, a nie premiował brak aktywności i pracę na czarno. Po trzecie, trzeba gruntownie zreformować źle funkcjonującą ochronę zdrowia i edukację, bez czego nie da się rozwinąć w Polsce odpowiedniej jakości kapitału ludzkiego. Po czwarte wreszcie, trwale ustabilizować finanse publiczne i zakończyć proces systematycznego zadłużania się państwa.

Wszystkie te reformy wymagają podjęcia działań, którym znaczne grupy społeczeństwa są niechętne. Dlatego właśnie, choć mówi się o nich od lat, żadna znacząca siła polityczna nie chce przed wyborami ryzykować zantagonizowania dużych grup wyborców, naruszając ich interesy. Polski cykl wyborczy nie powoduje więc wprawdzie finansowej ruiny państwa, ale skutecznie zniechęca do podejmowania niezbędnych poważnych reform. Politycy mają bowiem stale w pamięci smutną historię rządu AWS i Unii Wolności: najpierw wygrane wybory, potem przygotowane i wprowadzone w połowie kadencji odważne reformy, załamanie popularności, wreszcie wyborczą katastrofę obu partii. Nic dziwnego, że również Donald Tusk dostrzegł polityczną wyższość taktyki unikania w okresie przedwyborczym szczególnie niepopularnych reform i koncentrowania się na „ciepłej wodzie w kranie” zamiast „reformowania dla reform”.

Jednak ostatnie wybory są znakiem, że coś się zmieniło. Społeczeństwo polskie najpierw spędziło ostatnie dwa lata na krytykowaniu rządu, a następnie poszło do urn i zagłosowało niemal identycznie jak 4 lata wcześniej. Oznacza to, że bez entuzjazmu i fanfar, ale dało jednak rządzącym jasny mandat na przeprowadzenie niezbędnych zmian. Tych zmian wymaga zresztą sytuacja – w październiku dwie agencje ratingowe dały jasno do zrozumienia, że Polska musi dokonać wyboru. Albo zmniejszy deficyt i trwale ustabilizuje finanse, a wówczas nasz rating zostanie podniesiony, albo tego nie zrobi, a wówczas nastąpi degradacja.

Kontynuacja ostrożnej polityki „ciepłej wody w kranie” nie wchodzi w grę. Trzeba zdecydować się na bardziej radykalne reformy, nawet jeśli ani rządzącym, ani rządzonym to się nie podoba. Zwłaszcza że do najbliższych wyborów jest jeszcze kilka lat.

***

Sprawdź swą wiedzę z ekonomii - zapraszamy do rozwiązania naszego quizu. W tej edycji sprawdzamy m.in. o to, jak bez stresu płacić kartami bezstykowymi, jak politycy wpływają na gospodarkę oraz o instytucje, które strzegą bezpieczeństwa naszych pieniędzy  >>

***

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Pomocnik Historyczny

Związek Marii Kazimiery z Janem

Maria Kazimiera d’Arquien, partnerka Sobieskiego w sypialni i dyplomacji.

Jerzy Besala
16.07.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną