Nałogowi hazardziści

Logika nie jest królową gier
Hazard zabija życiową pustkę. A hazardziści wierzą, że to nie ślepy traf, lecz magiczna siła rządzi wygraną.
Badacze hazardu zauważyli, że gracze przegrywający zaczynają podwyższać stawki
pigliapost/Flickr CC by SA

Badacze hazardu zauważyli, że gracze przegrywający zaczynają podwyższać stawki

Hazardziści wierzą w tajemniczą siłę rządzącą graniem
ys*/Flickr CC by SA

Hazardziści wierzą w tajemniczą siłę rządzącą graniem

Przegrywa raz, drugi, piąty, dziesiąty. Powinien wstać od stolika, uciec od maszyny, jedno- czy wielorękiej. Tak nakazywałaby logika. Lecz logika nie jest królową gier.

Przegrywając – jak zaobserwował badacz hazardu Mark Dickerson – gracze zwiększają stawki, licząc, że odrobią straty. Ci, którzy nie są jeszcze po uszy w nałogu, dochodzą w końcu do wniosku, że dość marnowania pieniędzy i rezygnują z gry. Nałogowcy nie są w stanie tego zrobić. Im częściej przegrywają, tym grają zawzięciej. Porażki w widoczny sposób napędzają ich bardziej niż sukcesy, zwłaszcza gdy zaczynali grę w złym nastroju. Zatracają się w grze – czymś, czego ani dotknąć, ani połknąć nie mogą, co dzieje się w powietrzu – między nimi i jakąś maszyną, nie tak jak alkoholicy i narkomani, którzy mają fizycznie swoje prochy, płyn w kieliszku i swoje straszne nagrody – odlot i pijacką euforię.

Hazardziści w istocie nagród nie mają. Hazard jest ciągłym czekaniem na wygraną, bo jeśli nawet ona się pojawia, nałogowi nie potrafią wynieść jej z gry. Szybko tracą ją w kolejnych przegranych. I znów czekają. Nagrodą jest więc w istocie samo czekanie, pełne napięcia, jak w transie, w bolesnym uniesieniu, w natężeniu tak wielkim, że mogą nie odczuwać głodu, senności, upływu czasu, rzeczywistości za drzwiami, bo realne staje się to, co łączy ich z maszyną do grania.

Na dobrą sprawę każdy, kto wchodzi w zasięg maszyny do gry, powinien dać nogę, bo – jak to widzi personel przybytków – rzadko który gracz wychodzi stąd bez pustych kieszeni. Ba, personel – jak twierdzą znawcy przedmiotu – należy do grupy ryzyka, wielu z obsługi kończy w nałogu. Choć wie. Osoby grające w totolotka też na ogół wiedzą, że wygrywa jeden kupon na ileś tam milionów. A grają. Hasło reklamowe totka brzmi: „Żeby wygrać, trzeba grać”. I drugie: „Stu graczy na stu zwycięzców spróbowało gry”. Grający myśli: było ich aż stu. I wszyscy grali, żeby wygrać. Wygrana nie jest więc aż tak niedostępna.

Po orle reszka

Zamuliło im mózg? Coś w tym sensie. Nasze oceny, że coś się stanie lub nie i jak często się stanie, w dużym stopniu zależą od tego, co nam podpowiada pamięć. Bez selekcji. Serwuje, co ma pod ręką. Im łatwiej sobie przypominamy zdarzenia, przedmioty, hasła, tym bardziej wierzymy, że są one możliwe i wcale nie tak rzadkie, jakby się wydawało. To nie głupota. Totek by zbankrutował, gdyby grali w niego sami głupcy.

Tak złudnie wnioskuje nasz mózg, a my się temu poddajemy: miło jest, gdy mózg pomyśli przede wszystkim o wygranej, nawet mając w pamięci, że to jeden kupon na ileś tam kuponów. Jeden z graczy powiedział kiedyś badaczowi hazardu Edmundowi Berglerowi: Mam nadzieję przekonać pana, że hazard to zajęcie racjonalne, choć ryzykowne. Już jako milioner zaproszę pana kiedyś do mojej rezydencji przy East River. Naukowiec nigdy zaproszenia nie otrzymał.

Badacze hazardu zauważyli, że gracze przegrywający – w miarę narastania swej czarnej serii – zaczynają podwyższać stawki. Bo przecież zła passa musi minąć. Może za następnym rozdaniem, w kolejnej próbie. Nie może być tak, że stale się przegrywa. Grający w ruletkę są na przykład zdania, że po serii jednakowych zdarzeń muszą nastąpić zdarzenia przeciwne. Jeśli więc koło zatrzyma się po wielekroć na kolorze czerwonym, trzeba obstawić czarny. Podobnie przy wyrzucaniu monety zakłada się, że odwraca się ona na jednakową liczbę orłów i reszek. Lecz sądzi się na tej podstawie, że po orle powinna nastąpić reszka, a nie po raz kolejny czy któryś tam – orzeł, bo z natury rzeczy orły i reszki mają być reprezentowane naprzemiennie.

Iluzja kontrolowania

Grający skłonni są więc sądzić, że ruletką czy inną maszyną nie kieruje ślepy traf, jak jest w istocie, lecz pamięta ona jakby kolejność kolorów na kole, że funkcjonuje systemowo. I otóż gracz powinien ten system podpatrzyć. Jeśli będzie wytrwały, w końcu mu się to uda i nareszcie powetuje sobie wszystkie przegrane.

Ellen Langer nazwała przypisywanie sobie siły sprawczej w zdarzeniu, które przebiega bez żadnych reguł i w sposób absolutnie losowy, iluzją kontrolowania. W hazardzie, ale także poza nim, pod wpływem tej iluzji zaczynamy szukać przewidywalności tam, gdzie jej wcale nie ma. Ktoś, kto w ciągu kilku kolejnych dni znalazł piękne bursztyny na plaży, sądzi, że jutro znajdzie je znowu.

Iluzja kontrolowania, jeśli człowiek się jej poddaje, może być niebezpieczna. Oto ktoś spłacił kredyt tylko dlatego, że spadło mu jak z nieba mieszkanie po cioci. Bierze więc następny, bo musi się stać coś równie dobrego. Nie ma żadnej obawy, że z tym drugim sobie nie poradzi.

Wielu ludzi – pisze Roy Baumester w „Utracie kontroli” – zachowuje się tak, jakby mogli kontrolować los. Jeśli gracz po kilku wygranych przegrywa, jest skłonny sądzić, że tak jak często w totolotku – niewiele brakowało, zaledwie kilku skreślonych cyfr. Więc porażką to nie jest, ale przeciwnie, zachętą do dalszego grania. Nadmierna wiara w słuszność własnego poglądu – pisze Baumester – sprawia, że ludzie trwają przy zachowaniach prowadzących do porażki. W hazardzie ta skłonność umysłu staje się szczególnie niebezpieczna.

Gracz przegrywa w końcu całą zawartość portfela. Zaczyna rozpaczliwie myśleć, skąd pożyczyć pieniądze, jak je załatwić, skombinować, jak wynieść cichcem do lombardu którąś z niewielu już wartościowych rzeczy w domu. Przegrał. Mimo całej serii wygranych, które powinny doprowadzić go na końcu do odkucia się po wsze czasy. Wiedział o tym, czuł to, że miał fart. Maszyna wyraźnie mu sprzyjała, a on przecież ją zna, rozgryzł ją, umie grać w totka, w ruletkę, podobnie jak umie w brydża lub black jacka, lub te nieliczne gry, w których decyduje nie tylko ślepy traf, ale i pewne umiejętności.

Dlaczego więc przegrał? Bartłomiej Dziki, jeden z nielicznych polskich badaczy hazardu, cytuje badania Willema Wagenaara („Psychologia ekonomiczna” pod red. Tadeusza Tyszki), który poprosił hazardzistów o odpowiedź, jaka część sukcesu lub porażki w black jacku może być przypisana przypadkowi, a jaka umiejętnościom. Gracze byli zdziwieni tak postawionym pytaniem, a gdzie szczęście? O szczęście badacz nie pytał, bo czegoś takiego, z punktu widzenia nauki, nie ma. Przypadek albo umiejętności – to steruje zdarzeniami.

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną