Oferta na pierwszy rok:

4 zł/tydzień

SUBSKRYBUJ
Osoby czytające wydania polityki

Wiarygodność w czasach niepewności

Wypróbuj za 24,99 zł!

Subskrybuj
Społeczeństwo

Słońce moje, wytrwaj

Monar: historia pewnego blaszaka

Wychowawca Marek Kowalski Wychowawca Marek Kowalski Tadeusz Późniak / Polityka
Blaszak nazywa się tak: Niepubliczny Zakład Opieki Zdrowotnej Monar Ośrodek Wczesnej Rehabilitacji. Kotański, jak to on, załatwił go od miasta na jakiś czas. Blaszak stoi do dziś.
Wychowawczyni Małgorzata DołkowskaTadeusz Późniak/Polityka Wychowawczyni Małgorzata Dołkowska

Przytulisko dla narkomanów, którzy nie chcieli się leczyć, żeby nie spali na klatkach schodowych i nie rozrzucali wszędzie zakażonych HIV igieł i strzykawek. Stoi na skwerku, dookoła ruchliwe warszawskie ulice – samotne bocianie gniazdo w mrowiu pędzących w różne strony samochodów.

18 lat temu, gdy byłam tu po raz pierwszy, rosły wysokie krzaki. Pod jednym z nich od tygodnia leżała w psychozie Anka. W oblepionych grzybicą nogach zalęgły się robaki. Za nic nie chciała wejść do środka. Sanitariusze z pogotowia powiedzieli, że nie wniosą. HIV budził jeszcze straszny lęk. Nie mogła już żebrać ani kraść, więc tylko błagała o centymetr kompotu. Anka dawno nie żyje. Nie ma też wysokich krzaków, skrócono je, żeby nie czaili się w nich handlarze. Handlarzy też nie ma. Dla nich to żaden rynek, te dwadzieścia parę osób. W mieście ponadto łatwiej się ukryć niż tu, na łysym pagórku, na widoku.

I kompotu już nie ma. W małych miejscowościach coś sobie może gotują, ale kompot wyparła brunatna heroina podgrzewana na folii. Starcza jej na krótko, bo dużo idzie w powietrze z dymem. Więc się ją rozpuszcza w wodzie, wystarczy zakwasić choćby cytryną. I w żyłę.

Asia, która nie miała już żył, nie żyje. Wbiła przy mnie igłę w szyję, trysnęła krew, oblewała mi sukienkę. Na nikim nie zrobiło to wrażenia.

Narkotyki preparują ludzi. Stają się niepełni, jałowi, jakby im coś odjęto. Wychowawca Marek Kowalski, który pracował tu również 18 lat temu, pamięta z lat późniejszych chłopaka, niegdyś sportowca. Od dawna stracił kontakt z ojcem. Ale więzi zaczęły się odnawiać. Ledwo ojciec wyszedł z odwiedzin w blaszaku, chłopakowi chlusnął z ust strumień krwi. Miał żółtaczkę wszczepienną typu C. Pękły mu żylaki w przełyku. Na to się często przy C ginie. Mieszkańcy chcieli do łazienki, zagradzał im drogę.

Polityka 50.2009 (2735) z dnia 12.12.2009; Ludzie i obyczaje; s. 94
Oryginalny tytuł tekstu: "Słońce moje, wytrwaj"
Reklama