Ile zniesie matka?

Czarne oczy, czarny świat
Rozmowa z Barbarą Rembelską, matką, o tym, jak istnieć dla dzieci i bez dzieci
Tadeusz Późniak/Polityka

Anna Musiałówna

Edyta Gietka: – Kiedy w 2006 r. napisałam reportaż o pani córce Eli, którą przykuła do łóżka nieznana choroba, dostałam list, że środowiska katolickie czują się dotknięte podważaniem sensu cierpienia. Ela mówiła mi wtedy, że irytuje się tymi gadkami, jak to Jezus ją wyróżnił cierpieniem.

Barbara Rembelska: – Zakonnice lubiły ją tak pocieszać, ona złościła się, że to życie ma sens, a nie cierpienie. Bo przecież z łóżka, na którym leżała 15 lat, organizowała sobie życie. Jednym palcem u lewej ręki, którym jeszcze ruszała, pisała e-maile do różnych fundacji, prosząc o pomoc w wykupieniu leków, do hurtowni, prosząc o zniżki na plastry przeciwodleżynowe, hospicja prosiła o wolontariusza, niechby ktoś przyszedł raz w tygodniu, posiedział przy niej, żebym ja choć z domu sobie wyszła.

Ela nie pławiła się w cierpieniu. Wszystkie imprezy u niej kończyły się pieśniami biesiadnymi. Nawet poprosiłam jej przyjaciół, żeby na pogrzebie zaśpiewali piosenkę „A wszystko te czarne oczy”. Na gitarze zagrał K., przyjaciel Eli. Poznali się na studiach, jak jeszcze Ela chodziła. Myślałam, że będą parą. Kiedy miał się zaręczyć z inną dziewczyną, a Elka już leżała, K. przyjechał do niej zapytać, czy mu na to pozwoli. Po mszy ślubnej też przyjechał. Długo rozmawiali. W jej ostatnie urodziny śpiewał o tych czarnych oczach trzy razy, patrząc w jej oczy.

Ela zmarła w środę 8 kwietnia 2009 r. w tygodniu wielkanocnym.

A na Wielki Czwartek Elżbieta Jaworowicz zaplanowała emisję programu o Eli. Miał być przesłaniem dla chorych w całej Polsce, żeby nie tracili nadziei.

Rano w czwartek zadzwoniłam do asystentki programu, że przepraszam, będą pewnie zawiedzeni, ale Ela właśnie umarła i że może lepiej tego programu nie puszczać. Po co chorzy w całej Polsce mają mnie potem posądzać, że chcę zbić jakiś kapitał na cierpieniu? Jednak wyemitowali. Z napisem na końcu, że umarła, jak chciała – na pościeli równiutko wyprasowanej przez mamę. Tak sobie myślę, że to ja byłam bardziej cierpiętnicą niż ona. Ja kupowałam na ciuchach same czarne rzeczy, gdyż wydawało mi się, że w czarnym mi życiowo najlepiej. A ona na odwrót – preferowała pstrokatą pościel z flaneli.

Elka obliczyła, że 28 lat spędziła pani w szpitalach, z przerwami oczywiście, na jej pobyty w domu. Miała 8 lat, kiedy zaczęła chorować. Umarła w wieku 36 lat. Okazywała wdzięczność?

Nie. Ale wiedziała, że kiedy umrze, wezmę jej notes z kontaktami, żeby obdzwonić znajomych. Z tego notesu wypadł wiersz zatytułowany „Do matki”. Nie wiem, kiedy to napisała. Myślę, że zostawiła go akurat tam, żebym przeczytała dopiero i zaraz po śmierci. Na przeprosiny. Bo przez te wszystkie lata kłóciłyśmy się strasznie. Najpierw, kiedy to się zaczęło. Czasami przystawała na prostej drodze do szkoły, że jest tak zmęczona, dalej już nie ujdzie. Od każdego lekarza słyszałam, że ona ucieka w choroby, bo chce skupić na sobie uwagę, więc mam wywierać presję – niech idzie na siłę. Coraz bardziej narzekała, a ja słyszałam, że to okres dojrzewania. Człowiek przyjmuje, że lekarze są mądrzejsi, więc krzyczałam: No, nie pieść się! Nawet szarpałam za rękę, żeby szła szybciej. Chodziła więc na siłę, aż pękła jej miednica.

4 października 1997 r., gdy zaczęła drugi rok studiów resocjalizacji, zadzwonili ze szpitala, że córka zasłabła na ulicy, musieli włożyć jej rurkę tracheotomijną, bo przestała oddychać. Jeszcze wtedy pracowałam w spożywczym, jeździłam do szpitala codziennie, przed zmianą i po. Dwa miesiące później, w moje imieniny, o godzinie 11.30 zeszłam ze stoiska, żeby coś zjeść, dzwoni ordynator, że to udar, mam przyjechać, zrobili wszystko. Przyjechałam, ale nie umarła. Tego dnia przestałam pracować. A jej psuło się wszystko: nogi, serce, nerki, płuca, tylko umysł nie.

Kłóciłyśmy się. Ile można słuchać przez 28 lat: Jezus Maria, chyba właśnie umieram, mamo!? Potem doszedł respirator, który włączałam na noc, bo jak zasypiała, organizm zapominał o oddychaniu. Aparat piszczy, a ja szukam okularów, żeby podłączyć ją pod ten respirator i nie mogę ich znaleźć. Ela charczy: Robisz to celowo! Czekasz na moją śmierć, żeby ci ulżyło! Już ci nie wierzę! Kiedy ostatni raz umyłaś mi włosy?! Potem rano szukała w Internecie domu opieki, niech ją wezmą, bo mama czyha, aż umrze. Kiedy straciła smak, złościła się, że kupuję w sklepach najtańsze badziewie, już nie gotuję dobrze nawet budyniu.

Jaka była pani matka?

Mieszkaliśmy na wsi, w Urlach. Ojciec zmarł, jak miałam rok i osiem miesięcy. Siostra urodziła się sześć tygodni po jego śmierci. Kiedy wiosną szłyśmy wszystkie w pole, mama śpiewała nam po drodze. To jest jedyny czas w moim życiu, który przechowuję w pamięci jako udany.

Kiedy byłam w piątej klasie, oddała mnie swojej rodzonej siostrze do Warszawy, która przepisała mnie na siebie. Potem spotykałyśmy się na imieninach i świętach. Mówiłam wtedy do niej tak jakoś bezosobowo, chyba żeby jej ulżyć, nie wpędzać w poczucie winy. Mama mówiłam do jej siostry; niech ta prawdziwa myśli, że jestem szczęśliwa. Zresztą to się należało mojej przybranej mamie, bo była dusza człowiek. Rodzona mama umarła już po moich przybranych rodzicach. Miałam wtedy 40 lat. Do ostatniego dnia jej życia nie zapytałam, dlaczego mnie oddała? Ona też nigdy nie zaczęła tego tematu. Zresztą miałam już swoje dzieci. Wcześnie uciekłam w małżeństwo.

Udała się ucieczka?

Mąż odszedł do innej kobiety, kiedy Kasia, nasza najmłodsza córka, miała trzy miesiące, Łukasz dwa lata, Ela siedem, a Jacek dziewięć. Nie pił, tego mu nie zarzucę. Może nie umiałam go zatrzymać? Potem zaczęły się choroby moich córek. Choć to Ela była już chora poważnie, miała już wszczepiony stymulator, pierwsza umarła Kasia. Najpierw przestała widzieć na jedno oko, potem zaczęła sztywnieć jej jedna strona twarzy. Strasznie się bała, że spotkało ją to samo co Elę, że zacznie się: łóżko i rurki. Miała 16 lat. Ela – już 23.

Wróciłam ze sklepu, a Kasi nie było w domu. Zawsze czekała, aż wrócę. Tego dnia wzięła Eli leki na serce. Musiała się przestraszyć, że umiera, bo poszła do koleżanki Eli, która jest lekarzem, żeby jednak to odwołać, no, śmierć. Wezwali pogotowie. Umarła o drugiej w nocy.

Więc pochowałam Kasię i znów musiałam być z Elą. Kiedyś mój przybrany brat, alkoholik, przysnął i spalił nasze mieszkanie. Przygarnęło mnie i dzieci, to znaczy Elę i Łukasza, Warszawskie Hospicjum Dziecięce. Kasia już nie żyła, a Jacek, najstarszy syn, usamodzielnił się. Trzy lata mieszkaliśmy w hospicjum, a ja dosłownie targowałam się o życie Eli.

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną