Białoruś dokręca śrubę

Wygnać do Polski
Aleksander Łukaszenko gra z Brukselą i z Moskwą. Polska mniejszość na Białorusi jest w tej grze żetonem.

W sprawie Domu Polskiego w Iwieńcu białoruskie władze są czyste jak łza: w cywilizowanych krajach spory o własność są rozwiązywane na drodze sądowej – podkreślają najwyżsi rangą urzędnicy. Sąd w Wołożynie po wnikliwym rozpatrzeniu sprawy przyznał placówkę związkowi proreżimowemu. Czyli że słusznie postąpiła białoruska milicja siłą go wcześniej zajmując, wyrzucając dotychczasowe kierownictwo i działaczy Związku Polaków na Białorusi. A że Białoruś jest krajem praworządnym, od wyroku można się odwołać do wyższej instancji.

Białoruska władza kocha farsę. Jadącą na wspomnianą rozprawę Andżelikę Borys, wezwaną do stawienia się w sądzie w charakterze świadka, zatrzymała milicja, sprawdzając, czy jej samochód nie jest kradziony, prawo jazdy fałszywe i żądając pisemnego oświadczenia o celu podróży. Polonijnego działacza Andrzeja Poczobuta zatrzymano za podobieństwo do bandyty, który dokonał tego dnia rabunku w Grodnie. Pierwszy program telewizji wyemitował właśnie program, w którym zarzuca Polsce kolonizację Białorusi. Informowano w nim, że przed II wojną światową jedną trzecią obywateli Rzeczpospolitej stanowiła ludność innych narodowości. Tymczasem dziś mniejszości zamieszkujące Polskę to zaledwie 1,5 proc. Niedawno jeszcze mieszkało tu 320 tys. Białorusinów, dziś zaledwie 48 tys. „Gdzie się podziali nasi rodacy? Zostali rozcieńczeni przez celową politykę asymilacji. Warszawa sama powinna uporządkować politykę narodowościową, zanim zacznie wystawiać rachunek sąsiedniemu krajowi” – grzmiał telewizyjny komentarz.

Związek z władzą

Represje wobec Polaków nasiliły się kilka miesięcy temu, kiedy Andżelika Borys ponownie została wybrana nielegalną szefową nielegalnego ZPB. Zjazd odbył się z udziałem gości z Polski, parlamentarzystów i prezesa Wspólnoty Polskiej Macieja Płażyńskiego. W liście do prezydenta Aleksandra Łukaszenki, napisanym przez uczestników po białorusku, proszono o zalegalizowanie związku. Zebrano 5 tys. podpisów. Ta akcja bardzo się władzy nie spodobała, bo pokazywała, że ZPB, choć szykanowany od 2005 r., pozbawiony 13 siedzib placówek oświatowych, trzyma się mocno, a nawet jeszcze mocniej.

Jesienią obradował też zjazd proreżimowej organizacji, wyznaczono nowego przewodniczącego, Stanisława Siemaszkę, wyjętego z rękawa, bo nigdy do żadnych polskich organizacji nie należał, po polsku nie rozmawia. Siemaszko też napisał list do ministra spraw zagranicznych w Warszawie z propozycją współpracy. Ale Warszawa nie chce współpracować z Siemaszką, tak jak nie współpracowała z jego poprzednikiem Józefem Łucznikiem, który też został wyznaczony przez białoruskie władze. Być może wymiana Łucznika na Siemaszkę była sygnałem, że Mińsk gotów byłby uregulować sytuację ZPB, rozbitego w 2005 r. Ale była też informacją, że Mińsk oczekuje odejścia z władz Andżeliki Borys. Tymczasem Warszawa nie zamierza ingerować w sprawę legalnie wybranej przewodniczącej organizacji, której członkowie okazali się jednomyślni w wyborze. No i zaczęło się.

W ZPB najbardziej aktywni są starsi, bo nie mają wiele do stracenia. Młodsi, zapracowani, są mniej widoczni, także dlatego, że obnoszenie się z polskością jest na Białorusi źle widziane. W ubiegłym roku przeprowadzono spis powszechny, ale jego pełnych wyników nie ujawniono, poza informacją, że obywateli Białorusi jest dziś 9 mln 660 tys. Oficjalnie mówi się, że Polaków jest tu 300 tys. Kościół podaje liczbę 800 tys. Do związku należy tylko niewielka część. Do oficjalnego związku – ci, którzy są przymuszani. Na zjeździe w Grodnie stawiły się zaledwie 52 osoby. Polski Dom, najsłynniejszy kiedyś na Białorusi, świeci pustką, zamknięta jest biblioteka, pracuje jedynie redakcja reżimowego „Głosu znad Niemna”. Budynek w Nowogródku zamienił się w ruinę. Co było, rozszabrowano, zbierają się tu lumpy, ściany są wypalone.

W Szczuczynie w Domu Polskim są biura, sklepy, wypożyczalnie wideo, działalność komercyjna. Oficjalny związek przejawia szczątkową aktywność, chyba że na wezwanie władz uczestniczy w oficjalnych imprezach. Tymczasem ZPB Andżeliki Borys prowadzi nauczanie polskiego, tańców, śpiewu, organizuje wycieczki, pokazy. W Grodnie, na sygnał wiceprezesa Mieczysława Jaśkiewicza, stawia się nawet 500 osób. 10 lutego, żeby uczcić 70 rocznicę wywózek Polaków na Syberię, przyszło około 300 osób. Pewnie przyszłoby więcej, ale Grodno tonie w śniegu i po mieście z ledwością można się poruszać. To z powodu tej manifestacji, uznanej za nielegalną, Andżelikę Borys osądzono i skazano na grzywnę – ponad milion rubli białoruskich, a trzech działaczy: Jaśkiewicza, Igora Bancera i Andrzeja Poczobuta – na pięć dni aresztu.

Z życia elit

Nawet jeśli ZPB nie zajmuje się polityką, to sam wybór konkretnego związku i przynależność są uważane za działalność polityczną. Bo jeśli się nie chce zapisać do związku reżimowego, to znaczy, że jest się przeciw władzy. Związek, który się broni przed prześladowaniami, też jest polityczny, bo każda obrona jest nieposłuszeństwem wobec władzy. Czy zmiana jest możliwa? Wiele sił jest zainteresowanych, żeby wyjścia nie było. Nielegalny związek to wspaniały hak na Polskę, jaki trzyma w ręku Łukaszenko. Dlaczego miałby z niego rezygnować?

Łukaszenko trzyma się mocno. To, że przykręca śrubę po krótkotrwałej, ledwie odczuwalnej odwilży, oznacza, że nie zamierza odejść. I pewnie w 2011 r. znów zostanie prezydentem Białorusi. Obywatele wydają się pogodzeni z tym faktem, nie ma w nich buntu, raczej strach, że może być tylko gorzej. Jak na Ukrainie, gdzie władza się kłóci, a oligarchowie bogacą. Tu wszyscy mają niewiele, ale mają. Najbardziej pasywni są pracownicy budżetówki. Przyjmują zasady gry. Państwo gwarantuje pracę, minimalne dochody. Ale wymaga lojalności. Oblicza się, że co dziesiąty obywatel jest pracownikiem służb mundurowych i specjalnych, jawnych i tajnych.

Jeśli pogada się z ludźmi, można usłyszeć, że są dwie Białorusie równoległe. Jedna rozmawia po białorusku, a druga po rosyjsku. Życie elit przeniosło się do Internetu. Tu jej przedstawiciele publikują po białorusku blogi, wiersze, prozę. W Internecie czują się wolni. Choć może ta wolność wnet się skończy. Zaczęło się od wypowiedzi prezydenta, że Internet nie może być śmietnikiem. Teraz Łukaszenko podpisał dekret w sprawie wzmocnienia walki z przestępczością i powołał specsłużbę Centrum Operacyjno-Analityczne przy Prezydencie Republiki, mającą uprawnienia do kontroli korespondencji elektronicznej oraz monitorowania ruchów białoruskich internautów. Może też blokować dostęp do stron z niewygodnymi informacjami. Nowe prawo nakłada na wszystkich użytkowników obowiązek rejestracji swoich stron w białoruskiej domenie i zobowiązuje operatorów do identyfikacji korzystających z Internetu, także z kawiarenek internetowych.

Nadzieja, że Łukaszenko traci kontrolę, jest grubo na wyrost. I akcja przeciw Polakom o tym przypomina. Podobnie na wyrost jest przekonanie, że wokół prezydenta powstały dwa obozy: promoskiewski i proreformatorski, liberalny. To Łukaszenko narzuca ton, także w przypadku dialogu z UE. Powiedział, że nie będzie ulegał naciskom Brukseli i że nie ma obowiązku uwzględniać jej oczekiwań. Unia tymczasem zamroziła sankcje wobec Białorusi (te nie były zresztą nazbyt dotkliwe, bo dotyczyły głównie polityki wizowej). Warszawa poszerzyła natomiast do kilkudziesięciu listę osób, które nie otrzymają prawa wjazdu na obszar Schengen. Teraz ruch należy do Brukseli. I do Mińska: może się z atakowania Polaków, opozycji wycofać lub brnąć dalej. Dokręcanie lub odkręcanie śruby to główny sposób uprawiania polityki wewnętrznej i zagranicznej Białorusi.

Pod okiem Lenina

Białoruski cud gospodarczy stworzony przez Łukaszenkę polega wciąż na grze z Rosją. Rosja jest głównym rynkiem zbytu białoruskich wyrobów, ale przede wszystkim monopolistą w dostawach taniego gazu i taniej, nieobciążonej cłem, ropy naftowej. Tylko niewielką część surowca zużywała sama Białoruś. Pozostałą przerabiały tutejsze rafinerie i po europejskich cenach sprzedawały na Zachód. Wylicza się, że 20 proc. białoruskiego PKB pochodzi z tych rosyjskich preferencji. W zamian za tani gaz Rosjanie przejęli kontrolę nad połową udziałów Biełtransgazu, infrastruktury do transportu paliwa. Z takim pakietem w kieszeni mogą nie przedłużać w nieskończoność preferencyjnych warunków dostaw. Podobnie z ropą naftową, bo umowa o dostawach wygasła z końcem 2009 r., a nowa jest drastycznie niekorzystna dla Białorusi.

Mińsk od dawna żyje dzięki kredytowi stabilizacyjnemu Międzynarodowego Funduszu Walutowego – 3,5 mld dol. wypłacanych w kolejnych transzach. MFW żąda wprawdzie reformowania białoruskiej gospodarki, ale na to raczej nie może liczyć. Gospodarka jest planowa, ręcznie sterowana i nikt nie ma pomysłu na to, co dalej i jak. Jeden z portali internetowych zamieścił zdjęcia satelitarne mińskiej fabryki traktorów: stoją tam tysiące wyprodukowanych i niesprzedanych maszyn, widoczne nawet z kosmosu.

Kryzys widzi się zwłaszcza na prowincji, w Mińsku może mniej. Stolica jest jedynym miastem, które jakoś się rozwija, dlatego wszyscy chcą tu mieszkać. Mińsk jest trochę odpacykowany, wieczorem kolorowo oświetlony, na wielkim lodowisku przed Pałacem Republiki ślizgają się łyżwiarze. Mińsk tym się różni od innych stolic, że nie ma wystaw sklepowych, szyby są zamalowane, jak za sowieckich czasów. Lenin spogląda z pomnika niewzruszony.

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną