REPORTAŻ: Podlaska tkanina
Wszystko zostało już kiedyś utkane, zapisane w starych wzorach. Dzięki nim życie się jakoś toczy i będzie trwać, tam, na Podlasiu.
Michał Książek/Polityka

Każda tkanina ma osnowę, czyli pas długich nici poprzetykanych nitką zwaną wątkiem. We wsiach na Białostocczyźnie do tkania używano dwóch osnów: dolnej i górnej. Tkaczki uzyskiwały wzór wydobywając nici osnowy dolnej powyżej górnej (jednocześnie górną przesuwając na dół) i splatając obydwie przędzą wątku. Przez to dwie warstwy przenikały się po krawędziach wzorów jak pozytyw i negatyw. Czyli jak przeszłość i teraźniejszość w opowieściach mieszkańców tutejszych wiosek.

Wzór na tkaninie. – Pustyj, połnyj, połnyj, pustyj – mamroce babcia Sania, spędzając dzień za dniem w wiosce Ostrów pod Puszczą Knyszyńską. Syn pracuje w Białymstoku, mąż umarł dawno, więc często jest sama. Jej dziwna litania to nic innego jak wzory tkackie. Kolejne wersety słów pustyj, połnyj mogą oznaczać kwiaty, drzewa, koguta na płocie czy woźnicę w polu. Motyw wzoru uzyskuje się przeplatając wątek z osnową (połnyj) bądź prowadząc go mimo (pustyj).

Kiedy tkaczka tka pochylona nad krosnami, pochłonięta przybijaniem wątku do wstęgi dywanu, nie jest w stanie jednocześnie zerkać w kajet, gdzie zapisane ma wzory. Potrzebuje suflera, który podpowiada ornament. Babcia Sania zapamiętała więc niektóre już na zawsze. Tka, mamrocąc litanie, w których być może zaklęty jest widziany kiedyś świat.

Człowiek, który umie.

Pan Franciszek to wzór łagodny, opleciony dymem papierosa, z którym się nigdy chyba nie rozstaje. Kto wie, czy to nie on powozi koniem we wzorach tkackich z tamtych stron? W końcu był jednym z gospodarzy, którzy najdłużej trzymali konie w okolicach Talkowszczyzny, Trzcianego i Ostrowa. Koń zdechł parę lat temu, żal mu jednak nie kobyły, ale sań. Marnieją pod stodołą, a przecież nie byle jakie. Żeby zrobić takie, potrzebny jest człowiek, który umie. Ostatni dobry kowal żył w Lipowym Moście, a to nie tylko kuć trzeba umieć, bo i drzewo na płozy znaleźć. Dobrej brzozy szukało się nawet kilka miesięcy. Odziomek musiał być łukowato wygięty, z korzeniem, tak, by przypominał płozę.

Dużo tu po wsiach takich sprzętów, których nikt już nie używa: ogromne łuki do noszenia siana, krosna, wyplatane kosze. Leżą pod okapami opuszczonych sosnowych chat, zdobionych nie skromniej niż dywany, podszewki i kapy.

Głowa przy głowie.

Do wioski babci Ani prowadzi z Ostrowa śnieżnobiała krajka drogi, a potem wątek ścieżki, właściwie ledwo widoczny ścieg zszywający dwa garbate pola z laskiem, rzeką i horyzontem. Czujesz się tu jak motyw we wzorze, który tam, gdzie widać dachy Słójki, Kozłowego Ługu i Nowinek, urywa się przed drewnianą chatką. Dom babci Ani poznać można po kapach i dywanach wietrzących się na płocie. Wewnątrz też nie ma wątpliwości, że mieszka tu tkaczka: nawet na podłodze leży dzieło zasługujące na wystawę, nie mówiąc już o łóżkach i ścianach. Ich wzorów z głowy babcia Ania nie przypomni, ale jest jeden ornament, który zapamiętała na całe życie: tysiące ludzi wracających spod Królewca do Polski w 1944 r. Głowa przy głowie, jak kwiaty na polu albo kłosy żyta. Takie, jak te na tkanych przez nią kapach.

Drewno.

Jednym z motywów tkaniny, jak i krajobrazu za puszczą, jest drewniany dom. Bywa tak zdobny, że trudno od niego oderwać oczy: mami rżniętymi w drewnie pod- i nadokiennikami, wabi ażurowymi wiatrownicami i zdumiewa liczbą motywów na narożnikach. Znaleźć tam można kwiaty, marchewkę, buraki, zajęcze uszy, serca, wschodzące słońce.

Ten ostatni zdobnik wykorzystywano głównie na wielkim trójkątnym polu szczytu domu. Od czasów królowej Bony budowano na Podlasiu prostopadle do drogi, więc to szczyt, a nie lico chałupy był wizytówką gospodarza. Toteż zdobiono go niemalże jak ikonostas w pobliskiej Ławrze Supraskiej.

Przewodniki kierują turystów na Szlak Krainy Otwartych Okiennic, do Soców, Trześcianki, ale i za Puszczę Knyszyńską warto zawędrować.

Spuścizna spuszczela.

Zamiast mijać zwyczajnie, czas wije się tu niczym chodniki spuszczela domowego w drewnie ściany. Larwa tego czarnego chrząszcza (wielkości fasoli) drąży bierwiono 9 lat, zanim przepoczwarzy się w imago. Kolejne pokolenia rozwijają się zazwyczaj w tym samym miejscu, więc bywa, że spuszczele żyją w domach dłużej niż ludzie. Jak na przykład w tym, co już 135 lat stoi za wioską Nietupy albo w Kozłowym Ługu, co taki przeraźliwie pusty, a najładniejszy we wsi. Jego ściany są tak stoczone larwami, że lada rok upadną i zamienią się w pył.

W chacie cisza po ludziach. Ogień nie huczy w wielkim piecu, nie skrzypnie deska w podłodze. Nikt nie szura kapciami, nie chrząka z pokoju obok i nie trzaśnie okiennicami, bo wielki klon wyrósł między nimi, zanim zdążyli je przed laty zamknąć. Wyraźnie nie słychać też tykania zegara, ale czasu jest tu bardzo dużo. Ktoś go tu kiedyś mierzył i oszczędzał, komuś go brakowało. Świadczy o tym cyferblat zegarka pod ławką, w pudełku z guzikami. Być może też stara moneta pod łóżkiem. Lepiej za długo w takim domu nie siedzieć: zaplączesz się w niciach dolnej osnowy i zamienisz we wzór na kapie. Babcia Ania cię wyszyje, a Sania wpisze w kajet. Nie zdążysz na autobus do Białegostoku i po tobie.

12 dróg.

Pan Kazimierz, gościnny sołtys, nigdy nie tkał, ale nici wyciąga z przeszłości jak pierwsza w parafii tkaczka. Ba, nie to, że pamięta, widzi do dziś, jak w centrum pobliskich Krynek stoją jeszcze wielkie hale targowe, zburzone przecież przez Niemców. Jest czwartek, więc jarmark, w halach zgiełk i harmider. Czego tam nie ma! Tatarzy z Kruszynian sprzedają brzozowe chomąta i uprząż, Żydzi skóry i przyprawy, chłopi prosiaki, kury, gęsi i jabłka. Są i gliniane kogutki, zabawki dla dzieci, koszyki, wypchane ptaki. Zza Krynek, aż z drugiego brzegu Świsłoczy, dotarli już bogaci szlachcice z zaścianków Poczobuty i Brzostowce, z furami pełnymi zboża i końmi na sprzedaż; dziś to wsie po drugiej stronie białoruskiej granicy. Jeśli spojrzeć na mapę, to widać 12 promieniście odchodzących od targu w Krynkach dróg (którymi w opowieści ludzie wciąż ciągną na jarmark). Warto się nimi przejść, a jeśli Matka Boska Śnieżna z kościoła w pobliskiej Klimówce sypnie śniegiem, to możesz trafić hen, za Świsłocz albo gdzieś w rok 1941.

Oto Żyd Smolak, co miał kilka hektarów pod Nomikami, ucieka jednym z gościńców przed żandarmami. Uda mu się, ucieknie i przetrwa jakoś do przyjścia Ruskich. Do dziś ludzie nie wiedzą, kto i gdzie go przechował. Po wojnie Smolak wyemigruje do Ameryki. Nie uda się sklepikarzowi Pinchesowi z Talkowszczyzny ani karczmarzowi Berke. Handlarz i karczmarz zostaną wywiezieni drogą na Supraśl, pewnie do białostockiego getta. Przepadną jak cały Odelsk, Krynki i wiele innych żydowskich miasteczek. A skrzypce zastąpi sowiecka harmoszka. Tak, tak, te miejscowości leżą dziś na Białorusi, inaczej się nazywają, nie ma do nich dojazdu, ale jakie to ma znaczenie dla opowieści sołtysa?

 

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną