Przewodnik po polskiej poezji współczesnej

Federacja niepodległych nisz
Polska to kraj, w którym poezję pisze się masowo, a czyta od wielkiego dzwonu. Gigantyczna poetycka fala uderza w czytelników z siłą nieznaną pod innymi szerokościami geograficznymi. Poezja obłazi trotuary, mury kamienic, słychać ją w pubach i w kawiarniach.
this lyre lark/Flickr CC by SA

W 2000 r. wydano w Polsce 800 tomików wierszy. A ile liryków krąży w Internecie, ile tomów wydały osiedlowe kluby lub domy kultury, ile wierszy wykrzyczeli młodzi poeci na Slam-Poetry? Tego nikt nie jest w stanie zliczyć. Ale to nie znaczy, że należy w popłochu uciekać przed zalewem papieru naznaczonego charakterystycznym pionowym kształtem. Od czasu do czasu bowiem morze wyrzuca na brzeg skarby. Sam fakt, że w tegorocznych nominacjach do nagrody Nike, która w założeniu miała promować prozę, znalazło się osiem tomików wierszy, skłania, by odbyć spacer brzegiem księgarskich półek i próbować wyłowić tomiki, które kryją blask.

Wrocławski krytyk Karol Maliszewski w cyklu artykułów poświęconych młodej poezji ironicznie pisał, że liczba tomików młodych poetów przypadająca na jednego Polaka powinna być umieszczona w Księdze rekordów Guinnessa. Kiedyś poproszono go o podanie liczby osób rymujących w Polsce. Maliszewski podsumował to, co czyta, co widzi w Internecie, co nadchodzi do niego z różnych stron. Wziął pod uwagę teksty nadsyłane na konkursy, w których jest jurorem, dziesiątki znanych mu prowincjonalnych klubów poetyckich. Dodał dzieci i młodzież garnące się do rymowania i udziału w warsztatach poetyckich. Z tego wszystkiego wyszło mu, że w Polsce ok. 2 mln ludzi bawi się słowami. Wrocławski krytyk uważa, że spośród tej ogromnej liczby wierszy jakieś 10 proc.  można uznać za poprawne, a z tego 1 proc. za literacko wartościowe.

Skąd w rodakach taki pęd do zapełniania papieru mową wiązaną?

Marian Stala, krytyk literacki związany z „Tygodnikiem Powszechnym”: – Żyjemy w okresie niepokoju, który pojawia się na wszystkich poziomach życia. Świat jest niepewny. Trzeba się w nim odnaleźć, odpowiedzieć sobie na pytania o własną tożsamość. Pisanie wierszy jest taką próbą. Pod względem ilości jesteśmy wyjątkowi na skalę europejską. Wiadomość, że rocznie ukazuje się 800 tomików wierszy, autor „Drugiej strony” uznał za załamującą.

 

Karol Maliszewski: – Piszą mi ludzie w listach, że to jedyny ich sens, że oni już w nic nie wierzą, tylko w to pisanie. I nie jest ważne, co im odpowiem, oni i tak dalej będą pisać. A tak poważnie, to myślę, że to pisanie bierze się z natury człowieka, z chęci opowiedzenia tego świata własnymi słowami. Jest to także rodzaj terapii. Syte społeczeństwa piszą mniej. Tam poezja więdnie. W dużym uproszczeniu: im więcej komplikacji, problemów, borykania się z losem, tym więcej poezji. Do tego dochodzą indywidualne skłonności, specyficzna czułość serca i uwrażliwienie na wieloznaczność języka. Ważna jest też zastana tradycja kulturowa, tak zwane narodowe skłonności. Rymowanie to prawdopodobnie jedyny nasz narodowy talent. Bez oporów chwytamy za pióra, bo – jak zauważył Ryszard Krynicki – forma poetycka wielu osobom wydaje się łatwa.

 

 

Kalendarz poetyckich fal

Krystyna Krynicka, właścicielka wydawnictwa a5, wydającego niemal wyłącznie poezję: – Fala poetów z największą siłą uderza na wydawców dwa razy do roku. Przed Bożym Narodzeniem szturmują osiemnastolatki. Na przełomie stycznia i lutego, w okresie walentynkowym, koniecznie chcą publikować piętnastolatki. Młodzi twórcy nie pytają, czy mogą przysłać swoje wiersze, tylko czy wydawnictwo chciałoby zainwestować w ich karierę. Jeśli już decydują się wysłać swoje wiersze, to w postaci załącznika do maila. Krystyna Krynicka: – Kiedy mówię, że może najpierw spróbowaliby coś opublikować w pismach literackich, pytają mnie o tytuły i gdzie je można kupić. To pokolenie jest odporne na odmowę. Są wyjątkowo pewni swojej wartości. Kryniccy drukują poetów, o których sami zabiegają. Szukają wierszy dotykających problemów egzystencjalnych i metafizycznych. Drukowali Zagajewskiego i Barańczaka, Ekiera, Barana, Sendeckiego, Świetlickiego. Jak dotąd w potoku rymowanych słów, które spływają do nich od nieznanych twórców, nie trafili na olśnienia. Ostatnio ich uwagę zwrócił tom przysłany przez węgierskiego bezdomnego poetę. Podejrzewają jednak, że autorem tomiku jest znany krakowski twórca, który postanowił się w ten sposób zabawić.

 

 

Debiutanci są pewni swojej wartości, bo nie ma dziś krytyka, środowiska, pisma, z którego opinią liczyliby się wszyscy piszący. Za twórczością poetycką rodaków nie nadążają krytycy, którzy przytłoczeni jej ilością i bogactwem ograniczają się do sekundowania kilku ulubionym autorom. Wyjątek stanowią poznański krytyk Piotr Śliwiński i Karol Maliszewski. O obu mówi się, że czytają wszystko. Ale nawet ich spojrzenia nie mają mocy scalającej poezję w jedno wspólne gospodarstwo. Polska poezja współczesna to federacja nisz, które nie interesują się sobą nawzajem. Twórca uznawany za wielkiego w jednej niszy, w sąsiedniej może zostać wyszydzony i bez żalu wyrzucony na śmietnik. Ukształtowanie terenu współczesnej poezji inaczej wygląda z Krakowa, Wrocławia, Warszawy, Poznania.

Nie ma kryteriów, które uznawaliby wszyscy. Zdarzają się jedynie „chwile pewności”, jak pisał Marian Stala wskazując na „To” Miłosza, „Chwilę” Szymborskiej i ostatni tom Ryszarda Krynickiego „Kamień, szron”. W tej sytuacji, jeśli debiutujący poeta znalazł choćby kilku czytelników, czuje się usatysfakcjonowany. Tak przecież funkcjonują także i ci, o których wiadomo, że mogliby wyskoczyć z niszy i zabłysnąć na szerokim poetyckim firmamencie.

Piotr Śliwiński: – Niszowość poezji współczesnej nie jest czymś wyjątkowym, może z tym tylko zastrzeżeniem, iż nie wydaje się, abyśmy mieli szansę na takich idoli rozsadzających nisze, jakimi kiedyś byli np. Tuwim, Lechoń czy Gałczyński. Może jeden ksiądz Twardowski... Trudno również przypuszczać, aby pojawił się znowu tak szczególny głód słowa poetyckiego, albo raczej słowa poety, który w latach 80. zaspokajał przede wszystkim Zbigniew Herbert. Ważne jednak, by nisze nie zmieniły się w getta. Problem w tym, że nisze stają się gettami, bo nie ma nikogo, kto mógłby poetów z nich wyrwać. Krytycy unikają jednoznacznych ocen, nie chcą tworzyć hierarchii, bo wiedzą, że i tak nie ma szans, by wszyscy ją zaakceptowali.

 

 

Siła starych mistrzów

Marian Stala: – Przed 1989 r. był konsens krytycznoliteracki. Piszący przyjmowali do wiadomości, że istnieją ważni krytycy, z których zdaniem wszyscy się liczą. W latach 50. przyglądali się poezji, z różnych zresztą biegunów, Wyka i Sandauer. Potem pisali o niej Jan Błoński, Tadeusz Kwiatkowski, Tomasz Burek. Wiadomo było, że opublikowanie wierszy w pismach „Odra” lub „Twórczość” albo w Wydawnictwie Literackim nobilituje. Po 1989 r. wszystko się rozsypało. Pojawiło się gwałtowne oczekiwanie, że coś się zmieni, że zburzony zostanie stary kanon, a w jego miejsce powstanie nowy albo zapanuje bezkanoniczność. Zapanowała, i to na tak długo, że Marian Stala nazwał ten czas okresem przejściowym.

Piotr Śliwiński: – Rok 1989 niesłychanie skomplikował i zarazem wzbogacił komunikację literacką. Chodzi nie tylko o wydawnictwa i czasopisma i wielką w tym zakresie rewolucję ani nawet o ostre wejście młodszych autorów, nazywanych czasami formacją „bruLionu”, lecz przede wszystkim o nowe powody czytania i pisania (przyjemność, rozrywkę, perwersję estetyczną, grę znaczeniami, grę z językiem, język gry, wyrażenie intymności czy też „pojedynczości” autora itd.). Chodzi też o rozpad poczucia odpowiedzialności za całość świata, zamilknięcie ducha romantycznego, obezwładniające poczucie niewyrażalności pewnych kluczowych doświadczeń, np. metafizycznych, odkrycie, że język nie jest podległy naszym życzeniom, że największym wrogiem wiersza bywa jego przewidywalność. Wchodzącym na początku lat 90. do oficjalnego obiegu poetom „bruLionu” (pokolenie lat 60.) kibicowali krytycy i czytelnicy. Szybko jednak poczuli się rozczarowani „paradą pozorów”, gestem socjologicznym raczej niż estetycznym. Później już żadna poetycka grupa ani pojedynczy autor z młodego pokolenia nie byli tak wyczekiwani przez media i czytelników. W porcie pod nazwą „poezja czytana” pojawili się na nowo wytrawni żeglarze: Miłosz, Szymborska, Herbert, Różewicz, Julia Hartwig, Krystyna Miłobędzka.

 

Piotr Śliwiński: – Starzy Mistrzowie dlatego bywają tak nazywani, że umieli nadspodziewanie dobrze odnaleźć się w zmienionej sytuacji. W odróżnieniu od większości starych prozaików potrafili sprostać nowej wrażliwości, wykazując się bądź to konsekwencją (Różewicz), bądź umiejętnością nadstawienia ucha na to, co się dzieje (Julia Hartwig). Okazało się, że poeci przeżywają swoje apogeum niekoniecznie za młodu – świetność późnych wierszy Różewicza, Miłobędzkiej, Pollakówny, Marjańskiej, Szymborskiej, Rymkiewicza świadczy o tym najlepiej. Ich poezja jest językiem spraw ostatecznych: przemijania, cierpienia, tęsknoty, buntu przeciw złu świata i wyrokom natury, niezgody na pustkę znaczeń i dzikość śmierci, rozpaczy wywołanej milczeniem Boga. Autor książki „Przygody z wolnością” zaznacza, że ów pierwiastek humanistyczny nie jest zarezerwowany tylko dla twórczości starych czy starszych. Wystarczy się o tym przekonać czytając o śmierci – nie wprost nazywanej – w wierszach Świetlickiego, Dyckiego, Suski, Jolanty Stefki, o miłości w wierszach Podsiadły czy Marzanny Bogumiły Kielar, o ekstazie i udręce wiary u Wojciecha Wencla, o problemach z językiem, autentycznością, porozumieniem. Powracająca czasami teza o artystycznym i etycznym nihilizmie poezji po 1989 r. to zdaniem Śliwińskiego śpiewka ignorantów i frustratów.

 

 

Od zaprzeczenia do kanonu

Śliwiński: – Poezja nie scyniczniała, nie stała się gadżetem w rękach modnisiów lub groszowych prowokatorów. W tym sensie nawet wtedy, gdy deklaruje obojętność wobec tradycji, stanowi fragment tradycji czegoś wielkiego w sztuce. Jacek Gutorow, krytyk z Opola: – Kanon będzie istniał zawsze. Przygoda polskiej poezji w ostatnich piętnastu latach to przede wszystkim przygoda otwarcia na to wszystko, co wcześniej marginalizowane, lekceważone, spychane poza obręb historii literatury albo po prostu w niej nieobecne. Piotr Śliwiński: – Za zmianami po 1989 r. szło przewartościowanie kanonu – od zaprzeczenia wszelkim racjom istnienia hierarchii i kryteriów, przez próby podważenia tak wielkich nazwisk jak Herbert czy Miłosz, do ulokowania w kanonie obok starych mistrzów kilku młodszych poetów, np. Świetlickiego, Sosnowskiego, Tkaczyszyna-Dyckiego. Układ literacki stał się trudniej czytelny, bo policentryczny, a poza tym szalenie nieufny wobec wszelkich prób porządkowania. Przeważa taki mniej więcej pogląd: jeśli już jesteśmy enklawą czy wyspą, to niech panuje na niej wolność, a nie dyktat takiej czy innej normy lub instytucji. Słusznie – dzięki temu poezja ta ma Marcina Świetlickiego i Wojciecha Wencla, Tadeusza Piórę i Jarosława Klejnockiego, Dariusza Suskę i Adama Wiedemanna. Zdaniem Mariana Stali rozpad poezji na archipelagi wysp i wysepek z jednej strony ma swoje pozytywne skutki, bo poeci mogą mówić i pisać, nie oglądając się na innych. Jednak wynikający z tej rozsypki brak kanonu staje się niewygodny. Dawniej istniał zestaw tekstów poetyckich, które czytali wszyscy (czytaj inteligenci). Dziś nie ma wierszy powszechnie znanych. Z tego powodu trudniej rozmawia się na tematy istotnie, dotyczące choćby tożsamości współczesnego człowieka. Nie ma pola porozumienia między niszami, a co więcej, jak zauważa Marian Stala, nie ma woli kompromisu koniecznej do stworzenia wspólnych kryteriów czy hierarchii.

 

 

 

Brak akceptowanego przez wszystkich porządku nie oznacza jednak, że młodzi poeci to barbarzyńcy, którzy chcą puścić z dymem wszystko, co było przed nimi, albo którym wydaje się, że znaleźli się na ziemi niczyjej. Nowa polska poezja nie jest zjawiskiem osobnym.

Jacek Gutorow: – Bardzo często odwołuje się ona do postaci, które dzisiaj nabierają nowego znaczenia i są chyba lepiej rozumiane. W latach 90. mieliśmy do czynienia ze wzmożonym zainteresowaniem poezją Białoszewskiego i Wojaczka. Decydującą rolę w tworzeniu nowej poetyki mieli Bohdan Zadura (zwłaszcza jako autor tomu „Prześwietlone zdjęcia”) i Piotr Sommer. Teraz powracają Tymoteusz Karpowicz, Jerzy Ficowski czy Witold Wirpsza – istniejący gdzieś na zapleczu historii literatury, a objawiający się jako twórcy, którzy w dużej mierze antycypowali nowoczesne idiomy poetyckie. Równie znaczący okazał się wpływ przekładów, nie tylko zresztą z języka angielskiego. Im więcej tego rodzaju fascynacji, zapożyczeń i paralel, tym lepiej – żywiołem poezji jest wielojęzyczność. Nie ma to nic wspólnego z relatywizacją życia literackiego. Wręcz przeciwnie.

Cztery obiegi

Rozdrobniona poezja ulokowała się, a właściwie została zepchnięta na peryferie głównego nurtu kultury. Nie ma jednego poetyckiego obiegu. Wiersze krążą w najprzeróżniejszych tętnicach, które na dodatek nie tłoczą ich w kierunku serca z tej prostej przyczyny, że jak na razie ono nie istnieje.

Karol Maliszewski: – Zastanawiam się, czy przypadkiem nie ma kilka obiegów poetyckich, a na powierzchnię wydostaje się tylko coś w rodzaju czubka góry lodowej. Jest obieg głęboko lokalny, ten najbardziej utajony, z którego od czasu do czasu wypływają zjawiska tworzące obieg regionalny. Z tego regionalnego coś czasem przenika do szerszej świadomości społecznej, przez co rozumiem świadomość przynajmniej kilku nisz, w których nazwisko poety jakoś się utrwala. Z obiegu ponadniszowego raz na jakiś czas udaje się komuś wybić jeszcze wyżej, np. jest do czegoś nominowany, więc wzrasta zainteresowanie jego dorobkiem i jego osobą. Namaszczeniem wyższej rangi jest zauważenie przez któregoś z krytyków nominujących do Paszportu „Polityki”, już samo wymienienie autora sporo znaczy. Uwieńczeniem starań młodego adepta pióra jest Nagroda Kościelskich, która w pewnym sensie kończy dlań etap terminowania „tułaczki niszowej”. Igor Stokfiszewski, krytyk literacki, współautor „Tekstyliów”, przewodnika po literaturze roczników 70. wydanego przez krakowską korporację Ha!art., dziełko pionierskie, a więc nie bez wad (sam Stokfiszewski mówi, że wydane trzy lata temu „Tekstylia” zdezaktualizowały się, brakuje w nich np. Wojciecha Wencla i Tomasza Różyckiego, a niektórzy tam umieszczeni przestali być poetami albo piszą gorzej) wymienia cztery główne obiegi współczesnej poezji.

 

Pierwszy to obieg akademicki. Krytycy z tego obiegu (ikoną jest Marian Stala, ale również Piotr Śliwiński, Jacek Gutorow) zwracają uwagę na poezję, która szuka odpowiedzi na podstawowe pytania o sens istnienia. Być zauważonym przez któregoś z tych krytyków to dla młodego twórcy szansa na chwilowe przynajmniej wystawienie głowy z getta.

Drugi obieg to pisma literackie. Liczą się: krakowski Ha!art., „Studium” redagowane przez Romana Honeta, oba otwarte na ryzyko, debiut, publikujące poezję dwudziestolatków, toruński Undergrund, teraz już tylko w wersji internetowej. Wyróżnia się elitarne wrocławskie Biuro Literackie, skupiające wokół siebie tak wpływowych poetów jak Andrzej Sosnowski (Stokfiszewski jest przekonany, że za 50 lat będzie się o nim mówiło, że odnowił polski język poetycki. Zdaniem Stali natomiast, będzie on poetą ważnym wewnątrz poezji, który może nie wyjść poza wąski krąg czytelników) czy Piotr Sommer.

Piotr Śliwiński dodaje „Lampę i Iskrę” Dunina-Wąsowicza, pismo, które stara się przesunąć margines do centrum, oraz warszawskie „Literacje” skupiające poetów lingwistów z Joanną Mueller na czele. W poszczególnych niszach czyta się także „Kresy”, „Fa-art.”, „Pogranicza”, „Nową Okolicę Poetów”.

Trzeci obieg to Internet, niczym nielimitowany gigantyczny zbiór poetycki, w którym nie obowiązują żadne reguły. Piszący – urodzeni w latach 50. i 90., a niedługo pewnie i w 2000 r. – nie czytają niczego poza publikacjami w sieci. Piszą o miłości, bólu, samotności. Ekran przyjmie wszystko. Na tym tle wyróżnia się portal nieszuflada.pl, który, co rzadkie, łączy się z obiegiem pozainternetowym i dopuszcza do głosu np. Marcina Świetlickiego. Karol Maliszewski uważa, że traktowanie Internetu jako wylęgarni grafomanii to uproszczenie. Sieć, zastępująca dawny Korespondencyjny Klub Młodych Pisarzy, jest szansą dla ludzi z małych miejscowości. Maliszewski dorzuca portal poezja-polska.pl.

Obieg czwarty, medialny. O poezji w wysokonakładowych pismach piszą dziennikarze od wszystkiego. Z rzadka pisują Śliwiński czy krytyk i poeta Jarosław Klejnocki. W tym obiegu ważne są nagrody: Nike (Maliszewski uważa, że w ostatnich latach kapituła pominęła wiele fascynujących tomików i że należałoby stworzyć nagrodę tylko dla poetów) oraz Nagroda Kościelskich, które wydobywają laureatów z anonimowości. Dzięki niej w tym roku rozbłysnął Tomasz Różycki, autor poematu „Dwanaście stacji”.

 

Konkursy, turnieje, wydawcy

Oprócz tego w całej Polsce odbywają się niezliczone konkursy poetyckie, w tym – religijne. Jak twierdzi poeta Piotr Macierzyński, który przez jakiś czas utrzymywał się z nagród za wiersze, najczęściej oszukują organizatorzy właśnie turniejów o tematyce religijnej, którzy zamiast zapowiadanych wcześniej nagród wręczają przypadkowe fanty albo nic. W środowisku liczą się tylko niektóre: konkurs im. Jacka Berezina (debiutowali tam Krzysztof Siwczyk i Marta Podgórnik), na który jesienią do Łodzi zjeżdżają się wszyscy święci poetyckiej federacji nisz i odbywający się także w Łodzi konkurs im. Kamila Baczyńskiego, (debiutowali Tomasz Różycki i Roman Honet). Liczy się konkurs im. Rafała Wojaczka w Mikołowie oraz częstochowski im. Haliny Poświatowskiej. Wypada być na imprezie we Wrocławiu, gdzie wiosną kilkaset osób słucha poetów czytających wiersze. Warto zobaczyć poznańskie Miasto Poetów (podczas którego policjanci zamiast mandatów rozdawali wiersze).

Obok tych mniej lub bardziej niszowych obiegów funkcjonuje jeszcze obieg wydawniczy. Ryszard Krynicki, poeta i wydawca, za niemieckim poetą Hansem Magnusem Enzensbergerem powtarza żartobliwie, że liczba czytelników poezji w każdym kraju – bez względu na to, czy liczy on 250 tys. mieszkańców jak np. Islandia, czy 250 mln jak Stany Zjednoczone – jest plus minus stała i wynosi 1354 osoby. W Polsce ta stała jest jeszcze niższa i oscyluje w granicach plus minus 1001 osób.

Po 1989 r. duże oficyny zrezygnowały z wydawania poezji. Jeśli drukują, to bez ryzyka, tylko wielkie nazwiska, o które bezwzględnie walczą z mniejszymi wydawcami. Na polu bitwy pozostali specjalizujący się w poezji Kryniccy ze swoim słynącym z wysokiego poziomu merytorycznego i graficznego wydawnictwem a5 i niestroniące od wydawania poezji: krakowskie Wydawnictwo Literackie, Wydawnictwo Dolnośląskie, Prószyński i Sic!

Kryniccy – którzy założyli a5 pod koniec lat 80. – fakt, że przetrwali do dziś wydając głównie poezję i to bez dotacji i ukłonów w kierunku komercji, uważają za cud.

Nakłady poezji to 600–3000 egzemplarzy w przypadku takich autorów jak Herbert. Nobel dla autorki tomu „Koniec i początek” sprawił, że jej tomiki w ciągu kilku miesięcy osiągnęły 150 tys. „Chirurgiczna precyzja” Stanisława Barańczaka, nagrodzona Nike, osiągnęła 15 tys. nakładu. „Kamień, szron” Ryszarda Krynickiego ma już trzeci dodruk.

Wydrukowanie książki poetyckiej to dopiero początek drogi cierniowej wydawcy. Następna stacja to dystrybucja. Przez lata plagą byli nieuczciwi hurtownicy, którzy zabierali partię książek i znikali bez wieści razem z zyskiem wydawcy. Potem trzeba poinformować czytelnika, że książka się ukazała. W przypadku poezji nie jest to proste. Pisma literackie trafiają tylko do wybranych, którzy i tak wiedzą, co mają czytać. Wysokonakładowe gazety i magazyny niechętnie zamieszczają recenzje z tomików wierszy, szczególnie autorów, których nazwiska nic nie mówią ich czytelnikom. Media elektroniczne wystrzegają się poezji, bo trudno ją streścić w kilku słowach, a poeci rzadko kiedy potrafią opowiedzieć o swoim tomiku w 60-sekundowym wejściu.

Co to więc znaczy dziś głośny tom? Piotr Śliwiński uważa, że w porównaniu z prozą, właściwie nic. Garść recenzji, wyczerpanie nakładu w wysokości paruset egzemplarzy. Sytuacja zmienia się w wypadku otrzymania przez autora ważnej nagrody lub kiedy książka nawiązuje do współczesności, posługując się przy tym językiem zrozumiałym dzięki przeszłości. Taką książką było „12 stacji” Tomasza Różyckiego – dziełko błyskotliwe, wdzięczne w lekturze, rezonujące z „Panem Tadeuszem”, zabawne, trochę realistyczne, trochę fantastyczne.

Piotr Śliwiński: – Stawanie przez poezję w szranki z bestsellerami to czyste szaleństwo przeciwne jej naturze – i w tej perspektywie głośnym tomem jest tom cicho, lecz intensywnie czytany. Głośne więc są tomy Sosnowskiego. Bez rynku jest czyściej.

 

Poruszenie w niszach

Czytelnicy przywiązani do uznanych wielkości uważają, że jeśli w jednym niemal czasie miało się Miłosza, Herberta, Różewicza, Szymborską, Białoszewskiego, to następne pokolenia piszących muszą niknąć w ich cieniu.

Marian Stala co prawda nie chce być odbierany jako zwolennik ustalonych raz na zawsze hierarchii, ale dodaje, że XX w. był poetycko tak bogaty, że trudno się od niego wyzwolić: – Nad współczesną poezją polską rozpościera się twórczość Czesława Miłosza, charakteryzująca się wyjątkowym bogactwem języka, konwencji, wewnętrznego doświadczenia twórcy. Jak na razie nie pojawiła się indywidualność równie totalna. Ale przypominam, że następny wielki po Mickiewiczu, czyli Bolesław Leśmian, zadebiutował mniej więcej pół wieku po autorze „Dziadów”. Pomiędzy nimi panował okres przejściowy, który być może i nas czeka. Innego zdania jest Karol Maliszewski: – W podręcznikach już nastąpiła zmiana warty i z całą powagą pisze się tam o poezji np. Marcina Świetlickiego, Eugeniusza Tkaczyszyna-Dyckiego, Jacka Podsiadły, Andrzeja Sosnowskiego i Marzanny Bogumiły Kielar. Ja mam na myśli jeszcze młodszych autorów już godnych promocji i medialnego dowartościowania: Mariusza Grzebalskiego, Darka Foksa, Edwarda Pasewicza, Andrzeja Niewiadomskiego, Marka Emanuela Baczewskiego, Dariusza Sośnickiego, Bartka Majzla, Tomasza Różyckiego, Martę Podgórnik, Romana Honeta. Tu przerywam, zaznaczając, że nie wymieniłem nawet połowy bardzo interesujących. Ci poeci określą przyszłość, będą gigantami, jeżeli już teraz nimi nie są. Maliszewski uważa, że np. Andrzej Sosnowski jest fenomenem na dużą historyczno-literacką skalę, ale raczej nie będzie się to przekładać na jego poczytność, bo w poezji mamy do czynienia z komplikacją formalną i nieprzejrzystością przesłania występującymi w większym stopniu niż kiedyś. Aby nowa poezja przestała być mową tylko dla wybranych, by można było zacząć kreślić jej mapę i wyznaczać na niej punkty orientacyjne, konieczne jest porozumienie między niszami. Maliszewski mówi, że można wyczuć w niszach lekkie ożywienie i krystalizowanie się jakiegoś porządku.

 

 

 

Karol Maliszewski: – To jest jeszcze nader mgliste, a zresztą może jestem pod wpływem tego, co przeżyłem na festiwalu Poznań Poetów. Zasłuchane tłumy wskazywały, że jest w narodzie głód poezji i że w jakiejś, zupełnie własnej, formie odpowiadają nań młodsi autorzy. Ale trzeba było być na przykład na ekstatycznym spektaklu czytającego swe wiersze Eugeniusza Tkaczyszyna-Dyckiego, żeby zrozumieć, co się dzieje. Marian Stala, który w latach 90. opublikował artykuł „Coś się skończyło, nic się nie chce zacząć” (cytat z Różewicza) i na poezję spogląda poprzez wielkie indywidualności, uważa, że najnowszy tom Ryszarda Krynickiego „Kamień, szron” jest uchyleniem drzwi w poetycki XXI w. Pojawienie się kolejnych tomów tej miary mogłoby, zdaniem krytyka, oznaczać, że coś się zaczyna.

 

 

Czytelnik w popłochu

Jak z tym wszystkim ma sobie poradzić czytelnik? Zwykły zjadacz poezji, zapytany na ulicy o ulubionych poetów współczesnych, wymieni noblistów i tych, o których uczył się w szkole. Snob, który lubi być na czasie, zapamięta, przynajmniej na chwilę, nazwisko Tomasza Różyckiego, laureata Nagrody Kościelskich. I na tym koniec. O Honecie, Sosnowskim, Tkaczyszynie-Dyckim, poetach cenionych w niszach, nie będzie miał pojęcia. Tymczasem współczesny poetycki świat domaga się nowego czytelnika, który przestanie być biernym trybikiem w machinie napędzanej przez media. Musi sam szukać swoich poetyckich archipelagów.

Jacek Gutorow: – Nowa poezja pragnie mieć czytelnika zaangażowanego i aktywnego – takiego, który byłby gotów współtworzyć wiersz. Sens tej poezji nie jest dany raz na zawsze. Wręcz przeciwnie: tworzy się on w akcie pojedynczej lektury. W wierszu „Paradoksy i oksymorony” John Ashbery, jeden z ważniejszych patronów młodej polskiej poezji, pisze (tłum. Bohdan Zadura): „Ten wiersz zajmuje się językiem na bardzo prostym poziomie/Spójrz, jak mówi do ciebie//Ten wiersz to ty”. 

 


Krzysztof Siwczyk
(z tomu „Emil i my”, Wydawnictwo Czarne 1999 r.)

Dmuchanie na zimnych


Prawda, że ładnie wyglądała? Racja.
Masz słuszność, kiedy inni świadczą o niej podobne bzdury.
Jak mandarynka. Pomarańczowa i wysuszona.


Traktować wszystko tak, jakby było po wszystkim?
Nieśmiertelni są ci wiecznie niezadowoleni.
Ci, którzy zachowują pogodę ducha,


mogą się nim cieszyć tylko za życia.
Być może dlatego muzyk, kiedy potyka się
w marszu żałobnym, robi złą minę do złej gry.  
 
 
Roman Honet (z tomu „Pójdziesz synu do piekła”, Zielona Sowa 1999 r.)

Wnętrza


Palimy pudła po listach, gorzkie depesze
spadające jak robaki, martwą naturę sierpnia
na brudnych grzbietach pocztówek. Od
ostatniego okrążenia słońca
zmieniło się niewiele; tak samo pilnujemy ognia,
wypluwamy bluźnierstwa, podłe opowieści
Drewermanna. O duchach wszystko wiadomo;
przychodzą w nocy i mówimy im –
a kysz!


Nie, jesteśmy niemuzykalni w tym królestwie
obojga jesieni, w kościołach niezrozumiałej mowy
omszałych pokrzyw i traw (patrz –
str. 3). Listopad wysyła
oniemiałych posłańców, instrumenty
czułe jak zegar, zetlałe maszynopisy
w słupach ognia. Czy słyszysz


bębny?  
 
 
Joanna Mueller
(z tomu „Somnambóle fantomowe”, Zielona Sowa 2002 r.)

wygnańcy bogów umierają młodo
a jednak tamci stoją niewzruszeni. przyrzekają
miłość do śmierci. śmierć przyrzeka miłość do nich.
R. Kobierski mendelssohn funebre –


miłość


dotyktaktyków poznasz po łamaniu
słowa gramatyką wyjątków sensualnym
sensem somantyką blasfemii poprawności
błędem codziennie od nowa notują jej głodowy
język rzeczy własnych niewiele nazwą je
po linieniu chwilowe lokum samotne
rozkojarzeniówka spisany z rozwiązłych
powiązań apokryf przejścieradeł mała siła
przebycia w liniach papilarnych tylko trochę
ufności: każdy świat ma dwa końce i dwie
są pęknięte monady w otwartym solipsis
ciała zderzone symultanecznie wykroczą
poza wyrocznie wyrzutki rachowane
sumiennie dzieci co żadnej wiary nie
wyspowiadały a już je w uważnieniu
nieletnim pokalały sobą niepokoją
by koić ranią by w sobie się
goić gra w nic aż do granic
nieba ustępowanie upadanie
w ciało od kiedy zamiast
modlitwy odmawiają miłość
w kościółki z kostek różańca
za świadka wprasza się


śmierć  
 
 
Edward Pasewicz
(z tomu „Dolna Wilda”, Biuro Literackie 2002 r.)


Senne saneczki

Czy mnie potępisz, śpiący między szynami
liściu łopianu,
kiedy się głucho odbijają od ciebie
pomruki pierwszych przechodniów?

Gdybyś się nagle uniósł, mógłbyś całkiem
zakryć tę wiatę na Kórnickiej,
gdzie czekam na szóstkę i wymyślam, co
powiem szefowi, gdy zapyta dlaczego
tak późno przychodzę.

Mógłbyś mnie otulić i zwinąć się jak cygaro,
tak, żebym mógł przeczekać atak mgły
i ten chłód, który się wzmaga i rodzi
podejrzenie, że nie zatrzyma się wcale.

Mógłbyś też (wcale nie żartuję) stać
się tym tajemnym zielem, które daje
przez chwile wrażenie, że jest się bez ciała.
Ale ty jesteś postrzępiony i żółkniesz
w kilku miejscach naraz.

Jeszcze kilka
dni i nie zobaczę cię tu wcale; senne saneczki
będą ześlizgiwać się z pagórka,
dzieci ugniotą śnieg wdrapując się pod górę,
będę wsiadał na innym przystanku.  
 
 
Marta Podgórnik (z tomu „Opium i Lament”, Biuro Literackie 2005 r.)


ulica łużycka


krok po kroku równowaga najpierw parapety
regał biurko potem łóżko i dopiero kuchnia
wzrusza mnie ten porządek nastawania sprzętów
lampka lustro stolik do kawy i trochę zieleni


przyszło później ale nie przez nie dom ma sens
serce domu to druga szczoteczka w łazience
ręczniki zawartość lodówki plamy na pościeli
i zdjęcie w ramce oby stać się znów sentymentalnym


nic z tego nie utracić zrobić nieco miejsca
w szafie i szafkach przecież dom czeka na przyjście
swojego wierzyciela z którym związał puls
i teraz kiedy pada teraz kiedy mży a w środku


wszystko pęcznieje gorączką umysł mam jasny
jak tamci piloci luftwaffe jak zasady promocji
instrukcja żelazka piszę gotuję kocham się
na swoim łóżku nie dziękuj za kartkę z mazur


nie dziękuj za kartkę z nad morza.  

 
 
Tomasz Różycki
(z tomu „Anima”, Zielona Sowa 1999 r.)

Repetycje


W powtarzaniu potęga, w powtarzaniu stałość.
Kawa z mlekiem i wino, do wina migdały;
powtarzane po stokroć słowo będzie ciałem
w niebieskawej pościeli, pod skundloną trawą.


Jedzenie od Chińczyków, pieniądze od Żydów,
tysiąckrotna pielgrzymka nad żeliwną Odrę –
żyję i mam wątpliwość, czy za czarnym oknem
jutro powtórzy się dokładnie to, co było.


Zima ma swe nałogi – śnieg właśnie zasypał
dom i wszystkich harcerzy. Tak, jak mnie uczyłaś,
sam powtarzam sposoby, w których była miłość,
i wtedy seksowniejsza niż hiszpańska grypa,


ta czarnobrewa nocka, jawna kusicielka
wpisuje do dowodu swe obywatelstwo.

 

 

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj