Adopcja ze wskazaniem = handel dziećmi?

Adopcja z przeciwwskazaniem?
W Polsce biologiczna matka ma prawo sama znaleźć rodziców dla dziecka, którego nie może i nie chce wychowywać. To adopcja ze wskazaniem. Niektórzy twierdzą, że to zwykły handel dziećmi.
Laura B./PantherMedia

Maria z Trójmiasta, urzędniczka, dziś na rencie: – Urodziłam siedmioro dzieci, jestem mamą szóstki. Że będzie siódme, dziewczynka, okazało się przypadkiem – w czasie badań, gdy u Marii wykryto nowotwór. Mąż też był wtedy mocno chory. Zlękli się, że nie udźwigną. Uradzili, że oddadzą małą dobrym ludziom. W ośrodku adopcyjno-opiekuńczym, do którego zgłosili się jeszcze w czasie ciąży, usłyszeli, że nie ma możliwości, by poznać nowych rodziców córki. Sprawę załatwia się anonimowo – zrzekają się praw rodzicielskich na specjalnym formularzu (dlatego tę formułę adopcji nazywa się blankietową), ośrodek znajduje rodziców adopcyjnych, sąd orzeka przysposobienie. A jeśli Maria i jej mąż, powiedziały panie w ośrodku, będą się w tej sprawie naprzykrzać, sąd może powziąć podejrzenie, że chcą sprzedać córkę.

Już po porodzie ktoś znajomy – wolą nie zdradzać szczegółów – skontaktował jednak z nimi pewną parę czekającą na adopcję dziecka. Sprawdzili, okazało się, że można legalnie oddać córkę konkretnej rodzinie. Nazywa się to adopcja ze wskazaniem. Przegadali z tamtą parą przez telefon dwie noce, opowiedzieli sobie życie. Poszli razem do sądu, który od razu przyznał opiekę nowym rodzicom. Po kilku miesiącach orzekł przysposobienie. Maria przysięga, że nie wzięła ani grosza.

Ewie z Tomaszowa, sekretarce, pewnego dnia, gdy w telewizji mówili o porzuconych dzieciach, aż przeszły ciarki po plecach: co bym zrobiła, gdybym znów była w ciąży? Z antykoncepcją u niej słabo: po czterech ciążach ma żylaki i wieczne kobiece dolegliwości, odpadają pigułki i spirala. Prezerwatywa? Jedno dziecko już im się z mężem trafiło mimo prezerwatywy. Usunąć by nie umiała, nie chodzi nawet o religię. Oddać do domu dziecka? Nieludzkie.

Krótko po tych rozterkach zatrzymał jej się okres. Przez Internet poznała kilka par. Trzecia okazała się tą właściwą; Ewa mówi, że jak z miłością – tu musi zaiskrzyć. O pieniądzach nie było mowy. Rodziła w mieście, w którym mieszka tamta para. Pamięta każdy szczegół – kamienicę za szpitalnym oknem, umywalkę obok łóżka, drobne paluszki syna. Swoje łzy. Potem półtora miesiąca rwącego bólu duszy. Potem ulgę.

Według szacunków organizacji adopcyjnych, przysposobienie ze wskazaniem wybiera w Polsce mniej więcej tysiąc rodzin rocznie – co trzecia adoptująca dziś dzieci. Ta formuła, dopuszczalna w wielu systemach prawnych, także w polskim, nie ma jednoznacznie dobrej opinii. Chodzi o podejrzenie, że w grze zawsze mogą być pieniądze. Mówiąc wprost – handel dzieckiem. Bo też rodzice biologiczni są w bezpośrednim kontakcie z adoptującą parą, spotykają się z nią choćby w sądzie. W tzw. adopcji blankietowej, częstszej, rodzice biologiczni anonimowo zrzekają się praw do dziecka. Resztę formalności załatwia ośrodek adopcyjny.

Pracownicy ośrodków oceniają, że większość adopcji ze wskazaniem ma drugie, komercyjne dno, nikt jednak nie jest w stanie tego zweryfikować.

Dyskusja na ten temat wzmogła się w ostatnich tygodniach, gdy Sejm pracował nad zmianą definicji handlu ludźmi w kodeksie karnym, by była ona zgodna z międzynarodowymi umowami. Ustalono, że o handlu można mówić tylko wtedy, gdy wiąże się z intencją wykorzystania człowieka, na przykład do prostytucji. Czyli komercyjna adopcja nie mieści się w spisie przestępstw, a rodzice za wzięcie pieniędzy nie powinni być karani. W kodeksie został natomiast przepis, że osoba, która dla materialnych korzyści zajmuje się organizowaniem adopcji, może trafić do więzienia na pięć lat.

Fundacja Dziecko-Adopcja-Rodzina, założona przez rodziców adopcyjnych w celu wspierania rodzin podobnych sobie, jeszcze w trakcie pracy nad tymi przepisami pisała do parlamentarzystów: „Matki biologiczne same będą wyszukiwały rodziców adopcyjnych i sprzedawały swoje dzieci tym, którzy zapłacą najwięcej, nie martwiąc się o odpowiedzialność karną”. W podobnym tonie wypowiadała się część ekspertów zajmujących się sprawami adopcji.

Straszenie handlem, tworzenie klimatu podejrzliwości spowalnia procesy adopcyjne i ostatecznie szkodzi dzieciom – ocenia Ewa Milewska-Celińska, adwokat, która przez ponad 20 lat prowadziła sprawy o adopcje. – Patologie zdarzają się w każdej dziedzinie życia, a adopcja ze wskazaniem to droga dozwolona przez prawo.

Dozwolona, ale – przyznają to nawet jej zwolennicy – ryzykowna.

Andrzej Ładyżyński w wydanej w ubiegłym roku książce „Społeczne i kulturowe uwarunkowania adopcji w Polsce” przywołuje badania Wandy Szyszkowskiej-Kłominek nad matkami oddającymi dzieci do adopcji. 70 proc. to panny, 48 proc. ma mniej niż 25 lat, 7 proc. to nieletnie. Co wyróżnia matki oddające dzieci wskazanym rodzicom? One same mówią, że po prostu chcą wiedzieć, dokąd dzieci trafiły. Ewa powiada, że gdyby nie wiedziała, kim są rodzice adopcyjni synka, wariowałaby, słuchając na przykład doniesień o martwym, anonimowym dziecku, wyłowionym niedawno ze stawu w Cieszynie.

Barbara Passini, dyrektor Krajowego Ośrodka Adopcyjno-Opiekuńczego TPD, ma jednak wątpliwości: – Jak te kobiety mają zdiagnozować, czy potencjalni rodzice adopcyjni są gotowi do przyjęcia dziecka? Patrząc im głęboko w oczy? Jedyne, co są w stanie ocenić, to ich sytuację bytową.

Psychologowie potwierdzają, że świadomość tego, co się stało z synem lub córką, może pomagać matce zamknąć sprawę w głowie i sercu. – Ale matki, które oddały dziecko w poczuciu własnej niewydolności, ta wiedza może też kusić do dalszych kontaktów – zauważa Agnieszka Paczkowska, psycholog. I anonimowym matkom, i tym jawnie oddającym dzieci byłoby znacznie łatwiej, gdyby mogły liczyć na pomoc specjalisty, grupę wsparcia. Dziś, po podpisaniu papierów o zrzeczeniu się praw do dzieci, zostają same.

Może by dali radę?

Maria i mąż odwiedzili nową rodzinę swojej córki kilka razy. Kawy nigdy nie wypili, zawsze ostygła. Emocje. Nie to, że złe, ale silne. Dziewczynka jest taka jak wszystkie ich dzieci – dość nieśmiała. Ale do nich lgnęła. Zdejmowała Marii okulary, grzebała w torebce. Do domu wracali w milczeniu. Później rozmawiali, tak jak już wiele razy: że żałują, bo może daliby radę wychować jeszcze i tę małą. Ale gdy podejmowali decyzję, wydawało się, że nie dadzą.

Ewa po porodzie podwiązała jajowody. Dziś, gdy mijają trzy lata, znów robi jej się ciężko. Kołują w głowie pytania, jak chłopiec wygląda? Esemesem prosi matkę adopcyjną: przyślij zdjęcie! Nie, bo będziesz cierpieć – odpowiada tamta. Ma rację – myśli Ewa. W większości przypadków kontakty rodzin biologicznych z adopcyjnymi stopniowo wygasają.

Dzieci powierzane ze wskazaniem byłyby bezpieczniejsze, a spokój ich matek pełniejszy, gdyby wskazani rodzice adopcyjni przechodzili takie szkolenia i badania jak ci zgłaszający się do konwencjonalnej, blankietowej adopcji. Dziś sąd czasem domaga się sprawdzenia kwalifikacji również tych ze wskazania. Część ośrodków odmawia jednak takich diagnoz.

W procedurze ośrodkowej kandydaci na rodziców spotykają się z pedagogami, psychologami, przechodzą szkolenia i badania. Po 9–10 miesiącach zapada decyzja, czy można im powierzyć dziecko. – I bywa negatywna, gdy kandydaci są nie dość zdrowi lub mało stabilni emocjonalnie – mówi Dorota Polańska. Ale decyzja bywa też negatywna ze względów czysto formalnych, jak na przykład za krótki staż małżeński (w części ośrodków oczekuje się, że musi to być co najmniej pięć lat). Jednak osób, które nie przechodzą kwalifikacji, jest niewiele – zaledwie kilka procent.

Monika i Grzegorz z Truskolasów pod Częstochową zaliczyli wszystkie szkolenia i kwalifikacje w ośrodku, ale po trzech latach nikt nie umiał im powiedzieć, jak długo jeszcze będą czekać na adopcję. Na forum trafili na Kasię, samotną matkę, w czwartym miesiącu ciąży z trzecim dzieckiem. Gdy już byli po słowie, ośrodek się odezwał, że jest dla nich Amelka – wcześniak z wylewem podczaszkowym; może nigdy nie mówić i nie chodzić. Adoptowali Amelkę, a pięć miesięcy później córkę Kasi – Julkę. Mieszkają w parterowym domku, w ogródku perliczki, bażant i paw. Nawet gdyby chcieli za Julkę zapłacić, nie mieliby z czego. Grzegorz pracował wtedy w supermarkecie, Monika w geesie.

Dominika, ekonomistka z Warszawy, słyszała dużo o adopcji ze wskazaniem od przyjaciółki ginekolożki, która opowiadała, jak u niej w szpitalu pomaga się matkom w tarapatach. To było długo przed tym, zanim wyszło, że Dominika, na skutek przebytej choroby nigdy nie urodzi dziecka. Po ślubie z Larsem, Duńczykiem, od razu zdecydowali, że będą adoptować. Właśnie mieli się orientować w formalnościach, gdy przyjaciółka lekarka zadzwoniła, że jest pacjentka, która chce oddać córkę. Dominika i Lars od razu wzięli Anię ze szpitala. Mówią, że nie wyobrażają sobie, by płacić za dziecko.

Co tkwi w tyle głowy

Z badań Fundacji św. Mikołaja wynika, że adopcję rozważa około 3 mln Polaków. Po złożeniu wniosków przechodzą test na cierpliwość. Trzyletnie oczekiwanie staje się standardem. Główny powód to nieuregulowana sytuacja prawna dzieci, których rodzicom sądy nie odbierają praw. Ale też powściągliwość ośrodków w organizowaniu szkoleń dla kandydatów do adopcji. W wielu są tylko dwie edycje na rok.

To przede wszystkim długość ośrodkowej ścieżki sprawia, że chętni do przyjęcia dziecka wolą ją omijać. A także niejasna często kolejność przyznawania dzieci, która w rodzicach tworzy poczucie, że i w tej procedurze nie wszystko odbywa się uczciwie. Jednak – jak pisze Andrzej Ładyżyński – są i inne motywy. Niektórych boli, że raz skrzywdzeni przez los niemożnością posiadania potomstwa, dodatkowo muszą przechodzić kwalifikacje, których nikt nie wymaga od biologicznych rodziców. Jakby na potwierdzenie, że z powodu swej niepłodności są gorsi. Lękają się oceny, a również zagadki ukrytej w dziecku nieznanej rodziny.

Adopcja ze wskazaniem niesie jednak więcej powodów do obaw. – Tak jak kandydaci na rodziców starają się korzystnie prezentować przed biologiczną matką, tak i ona może ich oszukać – podkreśla Dorota Polańska. – Nie ma powodu przyznać się, że piła w ciąży czy brała narkotyki, a to wszystko wpływa na dziecko. W ośrodku mamy czas na diagnozę. Rodzice adopcyjni dostają pełną informację o zdrowiu dziecka.

Ponadto przez sześć tygodni od urodzenia biologiczna matka nie może zrzec się praw rodzicielskich. Wymaga to od potencjalnych rodziców adopcyjnych żelaznych nerwów – ona wciąż może zmienić zdanie. Zostawić sobie dziecko. Oddać je komuś innemu. Rodzice adopcyjni radzą więc sobie nawzajem: nie płaćcie! Nie tylko dlatego, że to wbrew prawu. Także po to, by goryczy nie potęgowało poczucie, że zostaliście naciągnięci.

Gdy już ten formalny etap zakończy się pomyślnie, muszą się jeszcze uporać i z tym, że matka biologiczna na zawsze w ich życiu pozostanie. Myśl o niej zawsze tkwi w tyle głowy. Niektórzy piszą potem na adopcyjnych forach: „Mama biologiczna zaczęła nas straszyć, że jej decyzja była pochopna i że teraz chce małą odzyskać (tak naprawdę dowiedziała się, że może otrzymywać pieniądze z opieki społecznej). Czy są jakieś szanse, że nam ją odbierze?”. Szans nie ma. Ale może nękać, żądać pieniędzy. I znowu trudno gdzieś iść po pomoc, bo zaraz na człowieka patrzą jak na tego, co może raz już zapłacił za dziecko.

Kasia, mama biologiczna Julki z Truskolasów, jest w porządku, przynajmniej do tej pory. Czasem ogląda zdjęcia na Naszej-klasie, wysyła kartki na święta. Pisze: „Ucałowania dla waszych dziewczynek”. Monika, matka adopcyjna, uczy się żyć z tym strachem, czy kiedyś coś się Kasi nie odmieni.

Dominika i Lars czekają na rozprawę w sprawie adopcji Ani. By nie iść do sądu z pustymi rękami, prywatnie zrobili sobie diagnozę psychologiczną i psychiatryczną, taką, jak się robi w ośrodkach adopcyjnych. Mają nadzieję, że ani sąd, ani matka biologiczna nie będą robić kłopotów.

 

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną