Historia środków odurzających

Dzieje na haju
Substancje odurzające towarzyszą ludzkości od zarania. Długa jest też historia prób uporania się z nimi. Chemiczne dopalacze to tylko kolejny, pewnie nie ostatni, rozdział.
Reklama wermutu, 1950 r. Kto pije, ten żyje - przekonywał Wespazjan Kochowski
Corbis

Reklama wermutu, 1950 r. Kto pije, ten żyje - przekonywał Wespazjan Kochowski

Amerykańska reklama papierosów z 1943 r. Kolumb dał Ameryce alkohol, ona 'zrewanżowała się' tytoniem
Corbis

Amerykańska reklama papierosów z 1943 r. Kolumb dał Ameryce alkohol, ona "zrewanżowała się" tytoniem

Francuska palarnia opium, 1903 r. Mak przynoszący sen rozpoczął swoją karierę jako lek
Corbis

Francuska palarnia opium, 1903 r. Mak przynoszący sen rozpoczął swoją karierę jako lek

„Ten żyje, kto pije” – uznał polski barokowy poeta Wespazjan Kochowski, gdzieś pomiędzy tworzeniem poezji patriotycznej i religijnej, które były jego specjalnością. Była to najwyraźniej nasza odpowiedź na wcześniejsze o kilka lat stwierdzenie Kartezjusza „Myślę, więc jestem”. Ale tylko to drugie papież umieścił w XVII w. w Indeksie Ksiąg Zakazanych.

Wszystko wskazuje na to, że po raz pierwszy człowiek upił się jeszcze w epoce kamiennej, spożywając przypadkowo sfermentowany miód. Potem zaczął sam wytwarzać piwo, wino, a wreszcie wódkę. Nie był już trzeźwy, budując kulturę egipską, grecką, a wreszcie chrześcijańską. „W Nowym Testamencie Jezus zaaprobował spożywanie alkoholu” – przypomina prof. Bert L. Vallee z Harvardu. Dlaczego? Bo cud w Kanie Galilejskiej to nic innego jak symbol przewagi alkoholu nad wodą. Często brudną, zanieczyszczoną – zdrowiej było pić alkohol. Wielokrotnie próbowano się nim nawet leczyć, na przykład w czasie wielkiej epidemii dżumy w XIV w. Okazał się wówczas kompletnie bezskuteczny, ale przynosił ulgę.

Choroby rozprzestrzeniały się między innymi przez to, że nie potrafiliśmy skutecznie oczyszczać wody pitnej. I zapewne nie bez przyczyny pomysły na całkowite zakazy picia alkoholu zaczęły się pojawiać dopiero po tym, jak nauczyliśmy się na przemysłową skalę kontrolować czystość wody.

W sztuce alkohol lał się zawsze strumieniami. Literatura ma swoją tradycję pisania o piciu – od François Villona kiedyś, po Charlesa Bukowskiego w XX w. „Na tym polega kłopot z piciem, pomyślałem, nalewając sobie drinka. Gdy wydarzy się coś złego, pijesz, żeby zapomnieć. Kiedy zdarzy się coś dobrego, pijesz, żeby to uczcić. A jeśli nie wydarzy się nic szczególnego, pijesz po to, żeby coś się działo” – konstatuje ten ostatni w powieści „Kobiety”.

Nie zabrakło picia w malarstwie (alkoholikiem był Jackson Pollock, autor najdroższego obrazu w historii „No. 5, 1948”, zginął zresztą prowadząc samochód po pijanemu) ani w filmie. „Cały świat jest o trzy drinki do tyłu. Gdyby Stalin, Truman i cała reszta walnęli sobie po trzy drinki, złapaliby trochę luzu i ONZ nie byłoby nam potrzebne” – mówił gwiazdor filmu Humphrey Bogart, który wróci jeszcze w tym tekście jako piewca tytoniu – nie bez przyczyny te dwie używki kultura połączyła w sposób szczególny. Większość sztuki to, nie da się ukryć, mocna alkoholowa propaganda. Do rzadkości należą próby takie jak naszej noblistki Wisławy Szymborskiej, która zaproponowała cykl wierszyków odwodzących od picia, stosownie nazwanych „odwódki” („Od siwuchy w brzuchu rozruchy”, „Od martini potencja mini” itd.).

Najsłynniejsza próba delegalizacji alkoholu w kulturze Zachodu, amerykańska prohibicja (niedotycząca spożycia podczas ceremonii kościelnych) w latach 1920–33 poniosła sromotną klęskę. „Doprowadziła do rozwoju przestępczości i zinstytucjonalizowanej hipokryzji – pisze Daniel Okrent w swojej najnowszej książce „Last Call. The Rise and Fall of Prohibition” (więcej o niej w POLITYCE 33). „W dodatku pozbawiła rząd dochodu, obnażyła braki systemu politycznego i ograniczyła prawa obywatelskie”.

Dziś państwa zachodnie ograniczają dostęp do alkoholu nieletnim, regulują dostępność, kontrolują produkcję i import. Uznawany jest dość powszechnie za środek odurzający świetnie oswojony przez kulturę, choć co roku staje się przyczyną śmierci 2,5 mln ludzi na świecie, co stanowi prawie 4 proc. wszystkich zgonów (szacunkowe dane WHO). Ubiegłoroczny raport narkotykowy Unii Europejskiej zwraca uwagę – obok rosnącego rynku dopalaczy i nadużywania leków – na wzrost spożycia alkoholu i problem przyjmowania go wraz z innymi używkami. I właśnie te „inne” są od ponad stu lat przedmiotem największych kontrowersji i dyskusji.

Opium ludu

Od epoki kamiennej eksperymentujemy również z Papaver somniferum (co się tłumaczy z łaciny: mak przynoszący sen). Brunatny sok od wieków pozyskiwany podobną metodą, przez nacinanie niedojrzałej makówki, był używany w celach religijnych, kulinarnych i oczywiście rekreacyjnych. Stał się też podstawą anestezjologii. Powszechnie stosowali go już medycy w starożytności, silniejszego leku znieczulającego nie znał ani żyjący w X w. perski mistrz Awicenna, ani lekarze niosący pomoc ofiarom XIX-wiecznych konfliktów – w czasie wojny secesyjnej naszpikowano rannych pół milionem pigułek morfiny, składnika opium.

W Europie opium było sprawą traktowaną bardzo poważnie: wpierw tępione przez inkwizycję, potem, aż do XVIII w., domena lekarzy, dziedzictwo Paracelsusa, ojca nowoczesnej medycyny i wynalazcy laudanum, nalewki z maku tak chętnie popijanej w XIX w. przez kobiety.

Inaczej w Chinach, gdzie od XV w. opium służyło przede wszystkim do zabawy i wzmacniania sił witalnych. Państwo Środka jako jedno z pierwszych próbowało ograniczyć gigantyczny napływ opium z Indii, którym Anglicy płacili za chińskie towary – herbatę i jedwab. Skończyło się dwiema wojnami opiumowymi, uzależnieniem państwa od europejskich mocarstw kolonialnych, a społeczeństwa – od błogiej mgiełki puszczanej w specjalnych melinach. Zwyczaj palenia opium rozpowszechnił się wraz z liczną chińską diasporą. Głównie na fali niechęci do Chińczyków zaczęto przykręcać opiumową śrubę (co poskutkowało pierwszymi narkotykowymi prawami dotyczącymi właśnie opium). Trudniej było zauważyć, że do szybkiego wzrostu liczby uzależnionych bardziej niż Chińczycy przyczyniali się lekarze, masowo przepisujący leki na bazie opium kobietom – na bóle menstruacyjne, i dzieciom – na kaszel. Ten ostatni specyfik pod koniec XIX w. zawierał heroinę, pochodną morfiny, którą stworzyli niemieccy chemicy, sądząc, że nie będzie tak bardzo uzależniać. Uzależniała znacznie bardziej, ale zanim się zorientowano, koncern Bayera zdążył wyprodukować całe tony tej substancji. Leczniczy substytut heroiny, metadon, używany w terapiach uzależnienia do dziś, wynaleziono zresztą również w Niemczech (w 1941 r.) – i nazwano początkowo na cześć imienia przywódcy III Rzeszy dolfiną. Prawdopodobnie dlatego, że Hitler uzależniony był od opiatów, które zażywał w celach przeciwbólowych. Niektórzy spekulują, że stan, w jaki się wprowadził, mógł zadecydować o losach wojny.

W połowie XIX w., w czasie pierwszej wojny opiumowej, substancja była już rozpoznawalnym problemem, dzięki czemu wygłoszone w 1843 r. zdanie Karola Marksa o tym, że „religia jest opium ludu”, mogło zostać masowo zrozumiane. Dość przerażające zderzenie zachodniej kultury z narkotykiem opisywały „Wyznania angielskiego opiumisty” Thomasa De Quinceya, a potem „Sztuczne raje” Charlesa Baudelaire’a, który zanotował, że „dla robotników z manufaktur opium stanowi najtańszą rozrywkę, gdyż z uwagi na niskie płace nie mogą sobie pozwolić na piwo czy wódkę”. W Anglii, gdzie francuski poeta obserwował początki plagi, pijano chętnie piwo z rozpuszczonym w nim kawałkiem opium. Poza robotnikami narkotyk zażywali wielcy poeci i pisarze: George Byron, Peter Shelley i Walter Scott. Wśród narkotykowych literatów XX w. wyróżniał się William S. Burroughs, uzależniony od heroiny przez większość życia.

W raporcie z badania dla medycznego pisma „The Lancet” sprzed trzech lat, kiedy zebrano w jednym miejscu mądre głowy z wielu dziedzin, by porównać ze sobą cechy 20 najpopularniejszych substancji odurzających, heroina została numerem jeden we wszystkich kategoriach. Wygrała w kategorii „przyjemność” (nie wiemy, czy naukowcy biorący udział w badaniu testowali ją na sobie), ale, niestety, bezwzględnie zwyciężyła też w kategoriach psychicznego i fizycznego uzależnienia, szkód społecznych i śmiertelności. Także według „American Scientist”, ów główny towar eksportowy Afganistanu jest najniebezpieczniejszym narkotykiem. Wystarczy pięciokrotnie większa dawka i, zamiast odlecieć na łono Morfeusza, przenosimy się na stałe do Hadesu. I pewnie dlatego obrosła w dziesiątki nekrologów (Janis Joplin, Sid Vicious z Sex Pistols, aktor John Belushi), a nie w żarty – jak alkohol czy następna bohaterka zachodniej cywilizacji, marihuana.

Jak rosła trawka

Swoją Biblię Jan Gutenberg wydrukował w 1455 r. na papierze z włókna konopnego. Był to jednak najwyraźniej szczyt tolerancji Kościoła dla konopi. Roślina była wprawdzie używana w Europie od setek lat, w Azji od tysięcy – i już wtedy znano jej działanie odurzające – ale preferujący alkohol Kościół bał się jej tak samo jak większości naturalnych ziół o właściwościach psychoaktywnych.

Jednym z celów inkwizycji było więc wyplenienie popularnego chwastu razem z wykorzystującymi go wiedźmami. Bo skąd niby miały się pojawiać wszystkie średniowieczne smoki i demony, jeśli nie z wizji i halucynacji? Tak przynajmniej widział problem Michel Foucault w swojej „Historii szaleństwa”. Pierwszym zachodnim prawem tępiącym marihuanę był w każdym razie zakaz kościelny – bulla papieża Innocentego VIII, która uznała marihuanę za satanistyczny sakrament. Prawdopodobnie dlatego François Rabelais (doktor medycyny) w „Gargantui i Pantagruelu” nie zająknął się nawet o konopiach, chociaż opisał ich działanie dość dokładnie – ziele występujące w swojej książce zakamuflował pod nazwą Pantagruelion. Dzięki jego wzmiance wiemy jednak, że już w XVI w. zachodnia elita paliła – i się zaciągała.

W XIX w. haszysz – ekstrakt z żywicy konopi – był już modny w kręgach bohemy artystycznej. Francuski Klub Haszyszystów skupiał malarzy (m.in. Eugène Delacroix) i literatów (Honoré de Balzac, Victor Hugo), którzy lubili sobie poeksperymentować z przywożonymi ze Wschodu używkami. Niekoniecznie palili, spożywali też haszysz – na wzór metody podpatrzonej w krajach arabskich – w formie konfitury z dodatkiem cukru, przypraw i migdałów, co skrupulatnie odnotował Baudelaire.

Wiele wskazuje na to, że popalał i Szekspir. W jego domniemanym domu w Stratford-upon-Avon znaleziono fajkę, a na fajce resztki substancji, którą dziewięć lat temu naukowcy zidentyfikowali jako ślady konopi. Oscar Wilde palił za to z całą pewnością, wyprzedzając hipisów w swoim opisie tej czynności: „Wciągnij dym trzy razy, a potem pokój i miłość”. Już w jego czasach z fanaberii artystów marihuana i haszysz zmieniły się w używkę masową.

Prawem, które po raz pierwszy regulowało obrót marihuaną, była Konwencja Haska z 1911 r. – ta sama, która normowała handel opium. Ale prawdziwą wojnę trawce wypowiedzieli Amerykanie. Meksykanie palili na potęgę, sprowadzająca się z Meksyku do USA siła robocza przywoziła ze sobą używkę, przy okazji nadając jej popularną dziś na całym świecie nazwę – od mariguana. Amerykanie bali się etnicznych mniejszości, a przy okazji ich tradycyjnych substancji odurzających, które miały wpływać na przestępczość. Ostatecznie w 1937 r., po długiej kampanii („W przypadku Meksykanów do 80 proc. morderstw dochodzi po zażyciu marihuany” – pisali redaktorzy „The Christian Century”), za to bez badań naukowych, ograniczono również obrót marihuaną.

Postacią numer jeden w światowej walce z tą ostatnią (amerykańskie stanowisko podchwytywały inne kraje) był Harry J. Anslinger, szef nowo powstałego Federal Bureau of Narcotics. Jak do dziś twierdzą obrońcy marihuany, miał on duże wsparcie koncernu chemicznego DuPont, sprzedającego technologię produkcji papieru z celulozy, konkurencyjną wobec papieru z włókien konopi (który ostatecznie zresztą wypadł z rynku, stanowi dziś poniżej 1 proc. produkcji).

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj