Społeczeństwo

Plaga plagiatów

Ujawnienie plagiatu w świecie nauki to najczęściej efekt przypadku i poczucia bezkarności czy wręcz bezczelności plagiatora. Wpadają nieliczni, a kary są prawie żadne. System studiów i
Krótko po obronie pracy doktorskiej na Uniwersytecie Szczecińskim dr Artur Korneluk zaproponował dyrektorowi Wojewódzkiego Urzędu Pracy jej wydanie. Doktorat zawierał analizę wpływu struktury gospodarki w woj. szczecińskim na poziom bezrobocia w regionie w pierwszej połowie lat 90. Być może ówczesny szef WUP Ryszard Czyszkiewicz wydałby publikację, gdyby nie to, że rozpoznał w niej sporą część własnego doktoratu.

W ubiegłym roku internautka Sylwia w komentarzu pod artykułem Jakuba B., prezesa znanej krakowskiej fundacji, zasugerowała, że jest to plagiat tekstu prof. Aldony Kameli-Sowińskiej, byłej minister skarbu, wówczas rektor Wyższej Szkoły Handlu i Rachunkowości w Poznaniu. „Co z tą etyką?” – pytała Sylwia, bo chodziło o wstęp do książki o etyce biznesu wydanej pod redakcją Kameli-Sowińskiej w 2007 r. Jakub B. bez trudu dowiódł, że to znana profesor popełniła plagiat – jego tekst powstał w 2003 r.

S., pielęgniarka z wieloletnim stażem, przeglądała w księgarni świeżo wydaną książkę dr hab. Grażyny B. Sięgnęła po nią z ciekawością, bo B. była promotorką pracy magisterskiej, którą S. obroniła rok wcześniej na Uniwersytecie Medycznym w Poznaniu. Pracę bardzo dobrze oceniono i B. deklarowała, że pomoże ją wydać. Sprawa jakoś się jednak rozeszła. Trzymając w ręku książkę swojej promotorki, S. zrozumiała, dlaczego tak się stało: rozdział o etyczno-filozoficznych i psychologicznych aspektach pracy lekarza był częścią jej magisterki.

Odwrotnie było z referatem Wiktora Szymborskiego, studenta historii na Uniwersytecie Jagiellońskim, o małżeństwie księcia pomorskiego Bogusława X z Anną Jagiellonką. W 2003 r. miało go opublikować gdańskie wydawnictwo historyczne. Wycofało się jednak po bardzo krytycznej recenzji prof. Edwarda Rymara z Uniwersytetu Szczecińskiego. Rok później w nowo wydanej książce Rymara o Bogusławie X Szymborski znalazł fragmenty żywcem przepisane z jego tekstu.

Właśnie okradzeni autorzy najczęściej ujawniają plagiaty naukowe. Czasami na trop wpadają również studenci. Początek jednej z największych afer plagiatowych w Polsce dali studenci niemieccy. W wydanej po niemiecku książce prof. Macieja Potępy – filozofa z Uniwersytetu Łódzkiego, członka wielu międzynarodowych towarzystw filozoficznych – o Friedrichu Schleiermacherze znaleźli fragmenty prac swojego wykładowcy, filozofa Andreasa Arndta. Gdyby Potępa wydał książkę po polsku, pewnie ani to, ani inne dokonane przez niego zapożyczenia nigdy by nie zostały ujawnione. – Plagiaty to zjawisko podobne do korupcji; tylko niewielka ich część wychodzi na jaw – mówi dr Marek Wroński, lekarz, który po kilkunastu latach pobytu w USA wrócił do Polski i tu zaczął tropić nieuczciwych naukowców – najpierw w medycynie, potem także w innych dziedzinach. Jego zdaniem prawdziwy wysyp afer plagiatowych nastąpi, gdy wydawnictwa naukowe i biblioteki uczelniane scyfryzują swoje zbiory i każdą publikację będzie można porównać z wcześniejszymi pracami.

Studenckie patchworki

Zaczyna się już na poziomie prac licencjackich i magisterskich. Inwencja własna przy ich pisaniu jest na uczelniach niezbyt mile widziana. – O twojej erudycji nie świadczy to, czy przedstawisz jakiś oryginalny temat, pomysł czy myśl, ale to, ile przypisów masz pod tekstem – wzdycha Ewa, która w tym roku zamierza bronić pracę magisterską z ekonomii na jednej z łódzkich uczelni. – Im więcej cytatów zamieścisz w pracy i im więcej poglądów naukowców z danej dziedziny streścisz, tym pewniejszy tytuł magistra. Ale jeśli zrobisz to samo i zapomnisz o przypisach, jesteś plagiatorem.

– W krajach anglosaskich ten sposób pisania określa się jako patchwork plagiarism, czyli szycie ze skrawków wziętych z dzieł różnych autorów. Prace tak napisane są tam odrzucane jako nic niewnoszące do dyskursu naukowego – mówi Marek Wroński.

W Polsce wytyczne do pisania prac magisterskich są takie same od 20 lat, choć w tym czasie zmieniły się i realia, w których funkcjonują studenci, i oni sami. Wielu z nich już w czasie studiów pracuje zawodowo, na co dzień stykają się z konkretnymi problemami do rozwiązania. A gdy przychodzi do pisania magisterki, okazuje się, że uczelnia oczekuje od nich czegoś totalnie odtwórczego. Jedni składają więc metodą kopiuj-wklej fragmenty tekstów z Internetu, prac swoich znajomych, dokładają trochę od siebie i gotowe. Inni zlecają napisanie magisterki którejś z tysięcy osób lub firm oferujących w Internecie takie usługi (pisaliśmy o nich m.in. w nr 3/03, 21/10).

I jedni, i drudzy mogą zostać uznani za plagiatorów: – Zamawiając napisanie pracy, nigdy nie można być pewnym, co się dostanie. Co roku duża część prac obronionych na uczelniach trafia na rynek. Zleceniobiorcy kompilują je, podstawiają inne dane i sprzedają jako napisane od podstaw – mówi Krzysztof S., który jeszcze parę lat temu sam pisał na zlecenie magisterki z ekonomii i marketingu. Niektórzy oferują pracę wraz z certyfikatem z internetowego systemu antyplagiatowego używanego przez uczelnie (o którym szerzej za chwilę). Nie wspominają jednak, że teksty wskazane przez osoby prywatne czy firmy program porównuje tylko z tymi zamieszczonymi w Internecie, nie przeszukuje natomiast baz prac dyplomowych zgromadzonych przez uczelnie. Istnieje więc spore ryzyko, że plagiat wyjdzie na jaw dopiero, gdy student złoży pracę na uczelni.

Zanim jeszcze do tego dojdzie, promotor powinien się zorientować, że coś jest nie tak, gdy student, który przez całe seminarium magisterskie nic nie robił, nagle ogłasza, że ma gotową pracę. Albo jeśli zawsze miał problemy ze złożeniem paru zdań, a na konsultacje przynosi tekst napisany literackim językiem. Ale w ostatnich latach zmienił się także sposób studiowania, inaczej niż kiedyś wyglądają kontakty studentów z wykładowcami. Od 1990 r. liczba osób studiujących w Polsce wzrosła przeszło czterokrotnie, a liczba nauczycieli akademickich – nieznacznie.

Już w 2001 r. Najwyższa Izba Kontroli uznała, że przyczyną narastającej plagi plagiatów prac dyplomowych i magisterskich są problemy kadrowe uczelni oraz wynikający z nich „brak opieki i nadzoru nad studentami w fazie realizacji prac”. Na wielu uczelniach nauczyciele promowali po kilkudziesięciu magistrów równocześnie. Rekord padł w Akademii Ekonomicznej w Poznaniu, gdzie jeden z wykładowców był promotorem 308 prac licencjackich i magisterskich naraz, a inny – 242.

Promotorzy nie mogli zapamiętać nawet wszystkich swoich studentów, nie mówiąc już o ich pracach. Gdy parę lat temu w Pomorskiej Akademii Pedagogicznej w Słupsku wyszło na jaw, że 11 uczestników studium podyplomowego złożyło niemal identyczne prace, ich promotorka dr hab. Elżbieta Gaweł-Luty, dziekan Wydziału Edukacyjno-Filozoficznego, tłumaczyła, że wzięła na siebie za dużo obowiązków – promowała wówczas blisko sto prac.

W ostatnich latach uczelnie wprowadziły ograniczenia liczby prac magisterskich przypadających w ciągu roku na jednego promotora. Problem jednak nie zniknął. Wykładowcy mają po kilkunastu magistrantów na seminarium, ale za to prowadzą seminaria na kilku uczelniach. Z informacji, jakie na początku roku otrzymało Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego od 115 państwowych szkół wyższych, wynika, że ponad połowa zatrudnianych w nich naukowców pracuje na dwóch etatach, spora część na kilku, a rekordzista na dziewięciu.

Dziurawa sieć

Uczelnie próbują więc walczyć z plagą plagiatów innymi środkami. Jednym z nich jest wspomniany internetowy system Plagiat.pl. Na uczelniach, które z niego korzystają, studenci składają prace magisterskie w formie papierowej i elektronicznej. Zanim promotor zatwierdzi pracę, system porównuje frazy tekstu z zawartością Internetu oraz bazą prac obronionych wcześniej na danej uczelni i wylicza, ile procent tekstu zostało zapożyczone (ze wskazaniem źródeł). Czy zapożyczone fragmenty są plagiatem, czy cytatem opatrzonym przypisem, musi już ocenić promotor.

Z systemu korzysta co czwarta z ponad 450 istniejących w Polsce uczelni. Blisko 50 z nich udostępnia sobie wzajemnie swoje bazy. – Idealnie byłoby, gdyby wszystkie uczelnie wymieniały się dostępem, tak by powstała ogólnopolska baza prac obronionych na uczelniach – mówi Sebastian Kawczyński, prezes spółki Plagiat.pl, do której należy system. – Z niezrozumiałych dla nas względów wiele uczelni nie chce się na to zgodzić.

Być może część z nich obawia się, że udostępnienie własnej bazy prac innym uczelniom wywołałoby gwałtowny wzrost liczby wykrywanych w niej plagiatów. Trudno oprzeć się wrażeniu, że niektóre szkoły wyższe traktują umowę z Plagiat.pl jako poręczny argument, gdy trzeba wykazać, że walczą z plagiatami, a nie jako narzędzie do prawdziwej walki. – Niektóre uczelnie podpisują z nami umowy, ale nie wprowadzają u siebie procedur kontroli prac. Pozostawiają wykładowcom wolną rękę: jeśli chcą, mogą korzystać z programu. Nie, to nie. Z systemu korzysta wtedy 1–2 proc. nauczycieli – przyznaje Kawczyński.

W ten sposób podchodzą do sprawy nie tylko trzeciorzędne uczelnie, ale także te renomowane. Kawczyński jako przykład podaje Uniwersytet Warszawski: – Współpracują z nami tylko poszczególni naukowcy i jednostki UW, np. Instytut Historyczny. Natomiast władze uczelni nie są tym zainteresowane. Mówią, że nie mają zaufania do naszego systemu.

– Sprawdzanie każdej pracy nie jest zgodne z duchem naszej uczelni. To tak jakby każdego wychodzącego ze sklepu poddawać kontroli osobistej, zakładając, że jest złodziejem – tłumaczy Anna Korzekwa, rzeczniczka UW.

Najwięcej wątpliwości budzi na uczelniach to, że program należy do prywatnej firmy. Dlatego 19 uniwersytetów, zrzeszonych w Konferencji Rektorów Uniwersytetów Polskich, zaczęło budować konkurencyjną bazę. Pozostałe uczelnie walczą z plagiatami po swojemu: zakazują wypożyczania obronionych prac magisterskich z bibliotek wydziałowych, a studentom przed obroną każą podpisywać oświadczenia, że pracę napisali samodzielnie. Jeśli okaże się ona kiedyś plagiatem – łatwiej będzie odebrać absolwentowi tytuł magistra.

Promocja oszustwa

Przypisanie sobie autorstwa cudzej pracy to jednak nie tylko domena magistrantów. Coraz częściej na oszustwach wpadają także naukowcy, również ci najbardziej utytułowani.

O plagiaty w dorobku osób, które oszustwa dokonały już po uzyskaniu stopnia czy tytułu naukowego, trudno mieć pretensje do uczelni. Inaczej sprawa wygląda w przypadku plagiatów prac, które stanowiły podstawę do nadania owego stopnia lub tytułu. Każda z nich poddawana jest kilkuetapowej ocenie. Jeśli popełniono w niej plagiat, powinien on zostać wykryty. – Weźmy pracę doktorską. Jeśli jej autorem jest asystent zatrudniony na uczelni, współpracujący z nim naukowcy powinni od razu się zorientować, że coś jest nie tak – mówi dr Marek Wroński – gdy przedstawiona przez niego praca znacznie przekracza jego możliwości intelektualne, gdy powołuje się on na źródła, do których nie miał dostępu, albo przytacza obszernie publikacje wydane tylko w języku, którego nie zna.

Tak było w przypadku Krzysztofa Szkurłatowskiego, starszego asystenta w Zakładzie Historii Nowożytnej Instytutu Historii Uniwersytetu Gdańskiego. Zgodnie ze statutem uczelni asystenci bez stopnia doktora mogą być w niej zatrudnieni tylko siedem lat. Krótko przed upływem tego terminu Szkurłatowski złożył pracę doktorską – napisaną po niemiecku analizę dzieła Gaspara Schotta „Magia universalis naturae et artis”. Jego przełożonym praca bardzo się podobała, ale jednego z pracowników zakładu zastanowiło, że Szkurłatowski wymieniał mnóstwo rzadkich dokumentów z niemieckich archiwów. Samo dotarcie do nich musiałoby mu zająć kilka lat i wymagałoby ogromu pracy. Tymczasem wyjeżdżał do Niemiec tylko kilka razy i to na krótko, nie słynął też z wielkiej pracowitości. Zagadkę szybko udało się wyjaśnić: doktorat okazał się kopią tekstu z internetowej bazy prac naukowych.

Doświadczeni naukowcy coraz rzadziej jednak obserwują doktorantów na co dzień – bo droga do doktoratu przez asystenturę prawie zanikła. Uczelniom bardziej niż zatrudnianie asystentów opłaca się prowadzenie studiów doktoranckich, podczas których siłą rzeczy kontakt z doktorantem jest znacznie bardziej ograniczony. W dodatku wielu promotorów nadzoruje po kilkanaście doktoratów rocznie i nie jest w stanie obserwować przebiegu pracy nad każdym z nich.

Dla niektórych promocja doktorantów to przede wszystkim droga do własnej kariery. – O tytuł profesora może się ubiegać doktor habilitowany, który był promotorem co najmniej dwóch prac doktorskich. W niektórych wąskich dyscyplinach bardzo trudno znaleźć dwóch doktorantów. Jak już się znajdą, trzeba ich hołubić – przekonuje dr Wroński. Zdarza się więc, że promotor zamiast pilnować, by doktorant uczciwie pisał, sam podsuwa mu gotowca – pracę, której promotorem był parę lat wcześniej albo swoje własne publikacje.

Takie przypadki powinni wyłapywać recenzenci. Ale ten system również nie jest doskonały. – Recenzentów powinna wyznaczać rada wydziału. Zwykle jednak to promotor wskazuje naukowców, których chciałby powołać na recenzentów, a rada ich tylko zatwierdza. Często są zaprzyjaźnieni z promotorem. Nie napiszą krytycznie. Jeśli widzą, że praca jest fatalna i wystawiając jej pozytywną ocenę, mogliby narobić sobie kłopotów, rezygnują pod byle pretekstem. Zawsze znajdzie się zatem ktoś, kto zrecenzuje wszystko: od pracy o reformie agrarnej w ZSRR po taką o budownicwie w czasach dynastii Ming – przekonuje Marek Wroński. Tych, którzy rzetelnie podchodzą do sprawy, zniechęca wynagrodzenie – 1,4 tys. zł za recenzję.

Jeśli splagiatowana praca doktorska uzyska pozytywne recenzje, szanse na to, że oszustwo zostanie ujawnione jeszcze przed obroną, są niewielkie – osoby zasiadające w kolejnych gremiach, przez które przechodzi, rzadko mają czas na dogłębną lekturę i coraz słabiej się orientują w wąskiej, specjalistycznej tematyce.

Jeśli uczelnie nie radzą sobie z kontrolą doktoratów, trudno, by były w stanie prześledzić dorobek, który ma być podstawą nadania stopnia doktora habilitowanego lub tytułu profesora.

Re-habilitacja

Co, gdy któryś z ich pracowników naukowych okaże się plagiatorem? Władze uczelni powinny w takiej sytuacji wszcząć postępowanie dyscyplinarne; jeśli naukowiec dzięki plagiatowi uzyskał stopień lub tytuł naukowy – uruchomić procedurę zmierzającą do jego odebrania, a także powiadomić prokuraturę (za plagiat grozi do 3 lat więzienia).

W rzeczywistości tylko nieliczni rektorzy zgłaszają takie sprawy organom ścigania. Wielu próbuje także zatuszować sprawę na uczelni. Najczęściej – zwlekając ze skierowaniem jej do rzecznika dyscyplinarnego. Zgodnie z prawem, jeśli w ciągu sześciu miesięcy od momentu powiadomienia rektora o podejrzeniu popełnienia plagiatu komisja dyscyplinarna nie zdąży otworzyć postępowania dyscyplinarnego, nie może już ono zostać wszczęte.

W ten sposób postępowania dyscyplinarnego uniknął dr hab. Andrzej Jendryczka, były profesor biochemii Śląskiej Akademii Medycznej, rekordzista wśród polskich plagiatorów.

Plagiator może również uniknąć kary dyscyplinarnej, dobrowolnie odchodząc z uczelni. Tak było ze wspomnianym prof. Maciejem Potępą, filozofem z Uniwersytetu Łódzkiego. Wiosną 2001 r. wieloletni kierownik Katedry Filozofii prof. Ryszard Panasiuk przedstawił dowody popełnionych przez niego plagiatów władzom UŁ. Wystąpił z wnioskiem o wszczęcie postępowania dyscyplinarnego. Władze uczelni zdecydowały się jednak załatwić sprawę po cichu. Ówczesny rektor Stanisław Liszewski postawił Potępie ultimatum: albo zrezygnuje z pracy, albo jego sprawa trafi do komisji dyscyplinarnej. I Potępa złożył rezygnację. Pracował jednak nadal w Instytucie Filozofii i Socjologii PAN (do końca 2002 r.). A jesienią 2001 r. bez przeszkód zatrudnił się w Instytucie Filozofii Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego w Olsztynie. Gdy po publikacjach w mediach w grudniu 2001 r. rektor UŁ nakazał w końcu rzecznikowi dyscyplinarnemu wszczęcie postępowania wyjaśniającego, musiało ono zostać umorzone ze względu na przedawnienie.

Wobec naukowców plagiatorów, którzy staną jednak przed komisją dyscyplinarną, rzadko orzekane są najwyższe kary (pozbawienie prawa do wykonywania zawodu nauczyciela akademickiego). Zdarza się, że komisja orzeka zakaz pełnienia funkcji kierowniczych wobec kogoś, kto i tak takiej funkcji nie pełnił ani nie miał na nią szans.

W wielu krajach szczególnie surowo traktuje się plagiatorów utytułowanych, pełniących wysokie funkcje na uczelni. U nas jest odwrotnie. Prof. Marian Ochmański z Wydziału Pedagogiki i Psychologii UMCS w Lublinie, któremu zarzucono popełnienie trzech plagiatów, został ukarany przez uczelnianą komisję dyscyplinarną naganą i zakazem pełnienia funkcji kierowniczej przez trzy lata. Za okoliczność łagodzącą uznano to, że w czasie, gdy popełnił plagiat, pełnił funkcję dziekana. Dopiero komisja dyscyplinarna przy Radzie Głównej Szkolnictwa Wyższego zwiększyła karę do trzyletniego zakazu wykonywania zawodu.

Ostatnio głośna jest sprawa rektora Akademii Medycznej we Wrocławiu dr. hab. Ryszarda Andrzejaka. Dwa lata temu związkowcy z uczelni zarzucili mu, że w swojej pracy habilitacyjnej umieścił około 90 fragmentów z prac innych autorów bez powoływania się na źródła. Na polecenie Ministerstwa Zdrowia sprawę badał w roli rzecznika dyscyplinarnego prof. Czesław Stankiewicz, ale nie potrafił rozstrzygnąć, czy doszło do plagiatu, i postępowanie umorzono. Centralna Komisja ds. Stopni i Tytułów poleciła jednak radzie wydziału lekarskiego powołanie trzech nowych recenzentów i przeprowadzenie ponownie przewodu habilitacyjnego Andrzejaka. Rada przez ponad rok odwlekała wypełnienie zaleceń CKSiT, w końcu parę miesięcy temu powołała recenzentów – ale tylko dwóch. W ostatnim dniu września br. CKSiT wyciągnęła konsekwencje wobec całego wydziału: na trzy lata zawiesiła mu prawo do nadawania stopnia doktora habilitowanego i prowadzenia procedur związanych z uzyskaniem tytułu profesora.

Tylko nieliczne afery plagiatowe kończą się odebraniem stopnia naukowego. Tytuł profesora odebrano jedynie Maciejowi Potępie. Wprawdzie postępowanie dyscyplinarne zostało umorzone, ale niezbicie dowiedziono, że przynajmniej pięć jego publikacji było plagiatami. W tym tzw. książka profesorska – czyli główna publikacja, dzięki której otrzymał tytuł. W 2003 r. CKSiT podjęła decyzję o jego unieważnieniu. Formalnie powinien go odebrać prezydent, ale nie ma procedur, które określałyby, jak to zrobić.

Popełnienie plagiatu nie dyskwalifikuje w Polsce naukowca. Jeśli nie został on pozbawiony stopnia, a tylko usunięty z uczelni, bez trudu znajdzie pracę w innej. W 2004 r. władze Uniwersytetu w Białymstoku podjęły precedensową decyzję o ponownym nadaniu stopnia doktora Jerzemu Jankowskiemu (były poseł SLD, obecnie przewodniczący zgromadzenia ogólnego Krajowej Rady Spółdzielczej), którego cztery lata wcześniej Rada Wydziału Gospodarki Narodowej Akademii Ekonomicznej we Wrocławiu uznała za plagiatora i pozbawiła stopnia. – Plagiat jest przestępstwem i ktoś, kto je popełnił, powinien być na zawsze zdyskwalifikowany w środowisku naukowym. Uczelnie nie powinny rehabilitować plagiatorów. Przecież nie zatrudnia się ponownie w banku kasjera, który był karany za zdefraudowanie pieniędzy – przekonuje Wroński.

Wyciągnąć nau(cz)kę

Szanse, by w najbliższym czasie uczelnie same zaczęły walczyć z plagiatorami, są jak widać niewielkie. Sporo zmienić może działalność Centralnej Komisji ds. Stopni i Tytułów. Dwa lata temu NIK skrytykowała ją za brak nadzoru nad jakością prac doktorskich i habilitacyjnych, więc CKSiT przeprowadziła szereg kontroli na uczelniach i zaczęła zawieszać uprawnienia do nadawania stopni wydziałom, na których nastąpiło obniżenie poziomu prac.

Przełomem może być również przyjęcie proponowanych przez Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego zmian w ustawie o stopniach naukowych i tytule naukowym. Zgodnie z projektem MNiSW każda rozprawa doktorska razem z recenzjami będzie przed obroną zamieszczana na stronie internetowej uczelni i pozostanie tam przynajmniej do dnia, w którym jej autorowi zostanie nadany stopień naukowy.

Według Wrońskiego, reformując szkolnictwo wyższe, warto zastanowić się nad jeszcze jedną kwestią: – Częstą przyczyną plagiatów wśród asystentów jest to, że po prostu nie potrafią napisać pracy w sposób twórczy. Chcieliby pozostać na uczelni, bo uwielbiają pracować z młodzieżą. Ale jeśli w ciągu kilku lat nie obronią doktoratu, będą musieli odejść. W USA są dwie ścieżki kariery: dla pracowników naukowych, którzy zajmują się badaniami i tylko w ograniczonym zakresie prowadzą zajęcia, i dla tych, którzy tylko uczą. Może warto także w Polsce wprowadzić taki podział?

Od wielu lat resort nauki poszukuje rozwiązania problemu plagiatów w pracach magisterskich. Za rządów PiS proponowano radykalne rozwiązanie – zniesienie prac. Zamiast tego studenci mieliby zdawać egzaminy. Przeciwnicy podnosili, że trudno sobie wyobrazić kształcenie bez samodzielnego tworzenia tekstów, poza tym praca magisterska – przy wszystkich swoich wadach – to jednak trwały ślad pracy studenta, do którego może sięgnąć np. Państwowa Komisja Akredytacyjna.

Obecna minister nauki Barbara Kudrycka zrezygnowała z realizacji pomysłu poprzedników. Resort chce poprawić nadzór nad przygotowaniem prac, ograniczając wieloetatowość nauczycieli akademickich. Zgodnie z planowaną nowelizacją prawa o szkolnictwie wyższym – naukowiec zatrudniony w uczelni publicznej będzie musiał uzyskać zgodę rektora na pracę w innej szkole wyższej. Jeśli podejmie ją bez zgody – może zostać zwolniony. Wydaje się jednak, że dopóki nie wzrośnie liczba nauczycieli akademickich, ten przepis pozostanie martwy. Ministerstwo powinno natomiast nakazać wszystkim uczelniom sprawdzanie prac magisterskich za pomocą programów antyplagiatowych. Najlepszym rozwiązaniem wydaje się stworzenie wspólnej bazy prac – choćby przy MNiSW.

Klucz do rozwiązania problemu plagiatów leży przede wszystkim w tym, jak będą podchodzić do niego uczelnie i ich pracownicy. W splagiatowanym od Jakuba B. wstępie do książki Kamela-Sowińska pisała o etyce: „Tworzą ją takie podstawowe wartości, jak: uczciwość, prawdomówność, sprawiedliwość, czyli oddanie każdemu, co mu się słusznie należy, poszanowanie cudzej własności oraz pracy”. Na to zdanie Jakub B. powinien dać copyright wszystkim uczelniom. Niech każda powiesi je sobie nad wejściem.

Bianka Mikołajewska, rysunki Mirosław Gryń

W przypadku niektórych osób podajemy tylko ich inicjały – gdy postępowanie ich dotyczące jest jeszcze w toku lub gdy były dla nas źródłem informacji i nie życzyły sobie ujawniania nazwiska.

Pisząc tekst korzystałam z publikacji Marka Wrońskiego „Z archiwum nieuczciwości naukowej”.

Gdzie jest autor?

Zgodnie z ustawą o prawie autorskim plagiat popełnia ten, „kto przywłaszcza sobie autorstwo albo wprowadza w błąd co do autorstwa całości lub części cudzego utworu”. Grozi za to kara do trzech lat pozbawienia wolności. Nie popełnia plagiatu ten, kto cytuje fragmenty publikacji innych autorów, powołując się na źródło. Ale cytowanie musi być uzasadnione „wyjaśnianiem, analizą krytyczną, nauczaniem lub prawami gatunku twórczości”. W przeciwnym razie – cytujący łamie prawo autorskie.

– Prawo nie określa, od jakiej objętości zapożyczonego tekstu możemy mówić o plagiacie. Może więc zostać za niego uznane nawet przypisanie sobie jednego cudzego zdania. W praktyce najczęściej ścigani są autorzy publikacji, którzy przepisali od kogoś co najmniej kilka stron – wyjaśnia adwokat Andrzej Karpowicz, specjalizujący się w zagadnieniach związanych z ochroną własności intelektualnej. – Za plagiat może zostać uznane nie tylko przepisanie słowo w słowo czyjejś publikacji, ale np. omówienie czyjegoś wywodu naukowego własnymi słowami bez powoływania się na źródło. Udowodnienie plagiatu jest wtedy jednak bardzo trudne.

Jak działa Plagiat.pl?

System porównuje treść pracy licencjackiej lub magisterskiej z tekstami dostępnymi w Internecie oraz pracami z uczelnianej bazy obronionymi we wcześniejszych latach. Sprawdza całe prace, również te w językach obcych (ale może zestawiać tylko teksty napisane w tym samym języku, nie da się porównać tłumaczenia z oryginałem). Program wyszukuje frazy złożone z pięciu słów w identycznej kolejności i w takiej samej formie jak w sprawdzanej pracy. Następnie podlicza powtarzające się słowa i dzieli je przez liczbę wszystkich słów testowanej pracy – to jest pierwszy, standardowy współczynnik podobieństwa. Drugi uczelnie określają same – najczęściej wybierają ciąg 20–25 kolejnych słów, co pozwala odrzucić sformułowania stosowane powszechnie (np. „zostały przekroczone granice obrony koniecznej”) lub charakterystyczne dla danej dziedziny nauki.

O plagiat można podejrzewać pracę, dla której współczynnik podobieństwa przekracza 25 proc. System oblicza też, ile identycznych słów powtarza się w pracy magisterskiej i w innym źródle. Jeśli tym źródłem jest strona internetowa – wskazuje link do niej, a jeśli inna praca – autora i tytuł. Do promotora należy ocena, czy dokonane przez studenta zapożyczenie jest plagiatem.

Polityka 43.2010 (2779) z dnia 23.10.2010; Raport; s. 38
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Jak rozpoznać depresję u dzieci?

Niedawno pisaliśmy o niewydolnym systemie pomocy dla najmłodszych, którzy coraz częściej zmagają się z problemami psychicznymi. Jak działać, gdy system nie działa? – pytamy Lucynę Kicińską z Fundacji Dajemy Dzieciom Siłę, koordynatorkę telefonu zaufania dla dzieci i młodzieży 116 111.

Joanna Cieśla
09.04.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną