Społeczeństwo

Kwestia taktu

Wywiad z Kamilą Łapicką, żoną Andrzeja Łapickiego

Kamila Łapicka Kamila Łapicka Leszek Zych / Polityka
Rozmowa o zwykłym, ale szczęśliwym życiu i mediach, które w to nie wierzą. - Wskoczyliśmy do szuflady z napisem: psychofanka upolowała mistrza - mówi Kamila Łapicka.

Martyna Bunda: – Mąż pani młodnieje. Widuję w tabloidach.
Kamila Łapicka: – Prawda? Nawet zdjęcie w Wikipedii trzeba było zmienić, bo wręcz trudno go było rozpoznać. Żartujemy sobie, że wyglądał na nim jak szkieletor. Na obecnym wygląda, jakby miał co najmniej 15 lat mniej. Oraz 15 kilo więcej, ale o tym sza. To chyba jedyne tabu w naszym małżeństwie, a podobno mamy teraz rozmawiać między innymi o tabu.

Bo wasz związek, jakkolwiek patrzeć, dotyka jakichś tabu. Cielesność, autentyczność uczuć, wreszcie ta śmierć, która w jakiejś tam perspektywie jednak jest obecna. 60 lat różnicy to dużo.
Zdziwiłaby się pani, jak łatwo można znaleźć prostą interpretację tego wszystkiego. Przynajmniej mediom się udaje. My wskoczyliśmy do szuflady z napisem: psychofanka upolowała mistrza. A potem czytaliśmy różne niedorzeczności, wypreparowane na poparcie tej tezy. Nie, nie pisałam o nim pracy magisterskiej, nie oglądałam nałogowo filmów z nim, a na scenie widziałam go tylko raz. Naprawdę spotkaliśmy się dopiero w miesięczniku „Teatr”. Widywaliśmy się w redakcji regularnie, bo jako jedyna osoba wcześnie przychodziłam do pracy, dostawałam więc polecenie służbowe, żeby zająć się panem Łapickim, gdy przyjdzie. Też z samego rana, bo oboje lubimy wcześnie wstawać. Ale z początku nie bardzo lubiłam te spotkania.

Dlaczego?
Tremowałam się. Bardzo zależało mi, żeby zachować maniery, bo przecież Andrzej Łapicki to przedwojenny rocznik, zaraz zauważy. Jestem już z tego pokolenia, które maniery traktuje z większym luzem. Poza tym zawsze miałam problem, jak nas kwalifikować: czy to jest konfiguracja mężczyzna–kobieta, czy mimo wszystko szeregowy pracownik–bardzo ważna persona. Wydało mi się, że przed taką osobą nie wypada iść przodem, będąc odwróconą plecami. Że lepiej trochę bokiem. Kiedyś wręcz o mało nie spadłam przez to ze schodów.

Potem onieśmielać zaczęło mnie też to, że on ma taki żywy umysł. Miałam teorię spiskową, że te błyskotliwe felietony pochodzą z pieczołowicie przechowywanych zapasów. A tu trzy razy z rzędu wynikało z nich, że zostały napisane dzień wcześniej. Pamiętam, że wtedy sprawdziłam sobie jego wiek. Z komputera wyskoczyło 84. Pomyślałam: o, Jezu.

A on flirtował.
Flirtował, a ja nie brałam tego serio, bo przecież było wiadomo, że Andrzej Łapicki to legendarny amant. Okazało się, że on potrafi mnie i rozśmieszyć, i pocieszyć, i sprawić, że czułam się swobodnie, ale jeszcze przez pewien czas nie schodziło to na prywatny grunt. Aż zdałam sobie sprawę, że może rzeczywiście to jest mężczyzna dla mnie. On też o tym wtedy pomyślał. I mi się oświadczył. Ale decyzja o ślubie zapadła kompletnie po wariacku. Pamiętam, że przyjmując pierścionek zaręczynowy, zapytałam go w oszołomieniu, czy to znaczy, że teraz będziemy mieszkać razem. Zażartował, że skąd, że będę, tak jak do tej pory, dojeżdżać metrem.

Zaryzykowała pani.
Nawet pani nie wie, i ja wtedy nie wiedziałam, jakie to było ryzyko. Dopiero później zdałam sobie z tego sprawę. Ale na początku byłam naiwnie przekonana, że w mediach po naszym ślubie ukaże się co najwyżej szpaltka gdzieś z boku – ze zdjęciem i gratulacjami dla aktora.

Była burza, bo biorąc pod uwagę ogólnie przyjęte kryteria, te dwie połówki państwa związku do siebie nie pasują.
A jakie są te ogólnie przyjęte kryteria? Myślała pani kiedyś o tym?

Wykształcenie, wiek, podobny status majątkowy, wygląd…
...bo przystojny zwykle szuka ładnej. A ja myślę, że trudno podobny gust literacki albo kulinarny uznać za bazę, na której będzie się budować resztę życia. Jedna trzecia związków się rozpada. My z Andrzejem trwamy razem już półtora roku. A gdy dziś rano siedzieliśmy przy śniadaniu, w kuchni, nad kubkami kawy, znów pomyślałam, że mam teraz fajne życie. Ostatnio często mi się to zdarza. Czy o coś innego w ogóle w życiu chodzi?

Więc kiedy połówki pasują?
U nas pasują charaktery i poczucie humoru, dopełniają się doświadczenia życiowe. Ja jestem racjonalna, nawet przesadnie, a mąż zdystansowany. Ja lubię brać odpowiedzialność, kierować, a mojemu mężowi to bardzo odpowiada. A przy tym ja nie przestaję go szanować i podziwiać – bo na wielu płaszczyznach jednak jest dla mnie mistrzem.

Nie gotuje pani.
Nie gotuję, bo choć jedne konwenanse świadomie pielęgnujemy, to inne sobie równie świadomie odpuściliśmy. Pewnie większość kobiet w moim wieku nie gotuje. Mąż, mimo swojego wieku, nie uważa, że od tego ma żonę. Za to zostałam jego organizerem. Organizuję nam życie – od pracy nad książką po przypominanie, żeby wziął okulary wychodząc z domu. To ja pamiętam o jego odpoczynku, bo na tym etapie życia trzeba już się szanować. Biorę na siebie kontakty z mediami, żeby dziennikarze nadmiernie nie wykorzystywali męża, bo w kontaktach z ludźmi Andrzej jest jednak z poprzedniej epoki.

Kontroluje go pani!
Mówi, że jestem rządzalska, ale chętnie ulega.

I wysłała go pani na plan serialu, żeby popracował. O tym też było w tabloidach.
Tak, był sensacyjny tytuł, że Kamila Łapicka – w domyśle: pazerna małolata – kazała mężowi grać w serialu dla pieniędzy. Różne takie publikacje wciąż się pokazują, bo każdą sytuację można zmanipulować i przedstawić w odpowiednim świetle. Dla pieniędzy pracujemy wszyscy, i pani, i ja. A męża rzeczywiście poparłam w pomyśle, żeby wrócił na plan, ale powód był całkiem inny. Wyszłam za aktora, i mam tego świadomość. Jednym z moich ważniejszych odkryć po ślubie jest, że aktorstwo to jest cecha charakteru, a nie zawód. W dodatku to jest cecha niezależna od wieku.

To znaczy?
Opowiem to na przykładzie. Pamiętam pewien cichy dzień, kiedy byliśmy oboje w kiepskich humorach i nawet wyjście z domu na obiad wydawało się wyzwaniem. Ale wieczorem mieliśmy zaproszenie do Teatru Współczesnego na spektakl „Biedermann i podpalacze”, nagrany na taśmę w 1959 r. Potem mąż, grający jedną z głównych ról, rozmawiał ze sceny z dyrektorem Englertem i odpowiadał na pytania widzów. Do teatru wchodził jeszcze markotny. Na scenę wspinał się już uskrzydlony. A stał tam wyprostowany, uśmiechnięty, ironiczny, cięty – wspaniały. Po powrocie jeszcze raz musiał mi to wszystko opowiedzieć, błyszczały mu oczy. Siedzieliśmy do drugiej w nocy i to był superwieczór. Potem było więcej takich epizodów. A ja zdałam sobie sprawę, jak on potrzebuje tego docenienia, tej widowni. Więc staram się mu to dać. Nawet jeśli ta popularność ma także ciemne strony.

 

 

Jakie?
Ciągły balans na krawędzi. Bo starając się żyć blisko z mediami, których częścią zresztą sama się stałam, prowadząc dział teatralny w „Pani”, jednocześnie próbuję ustrzec nas przed żarłocznością kolorowych gazet. Napisaliśmy z mężem książkę, więc mamy obowiązek ją promować. Pisało się fantastycznie: Andrzej uwielbiał wspólne wywiady nagrywane na dyktafon, zabawy w dziennikarkę i gwiazdę. Ale potem zgłaszali się prawdziwi dziennikarze, żebyśmy im opowiedzieli, jak nam się pracowało, i powstał problem. Trudno traktować media wybiórczo. Kto pojawia się w tygodniku czy miesięczniku, musi mieć świadomość, że prędzej czy później zobaczy swoje zdjęcie w tabloidzie. Ale to przekracza granice. Choćby dzisiejszy dzień. Już od wyjścia z domu mam towarzystwo paparazzich. Najpierw pani w aptece poprosiła, żebym zabrała tych panów, którzy robią zdjęcia przez szybę, bo nie chciała uwierzyć, że nie są ze mną. Potem pani w cukierni ucieszyła się, bo akurat oglądała w tygodniku nasze zdjęcia ze spaceru, a tu nagle miała to na żywo. A teraz ci koledzy marzną pod pani redakcją.

Kto marznie? Paparazzi? Rzeczywiście, jest ktoś.
Wczoraj też jeden fotograf przyjechał za nami pod blok po promocji książki. Miał tylko jedną prośbę: „Pocałujcie się, to dam wam spokój”. Wie pani, że ja już nawet nie potrafię po prostu iść ulicą i cieszyć się z ładnej pogody? Od kiedy wciąż mam kogoś za plecami, skupiam się tylko na tym, żeby nie zrobić jakiegoś głupiego ruchu czy miny.

Straciła pani wolność. Nie korciło pani, żeby skorzystać z propozycji tamtego, pocałować się i mieć spokój, choćby na resztę dnia?
Po pierwsze, nie negocjuję z terrorystami. Myślę, że im trudniejsza sytuacja w życiu, tym bardziej warto ustalić sobie jakieś zasady, a potem się ich trzymać. Bo kto wie, dokąd zaprowadziłoby ich spontaniczne złamanie? Po drugie, naszej czułości nigdy, ale to nigdy paparazzi nie zobaczą. Z prozaicznego powodu: mąż jest pod tym względem z innej epoki i ja też. Nasza czułość jest absolutnie intymna.

Czasem trafia się pewnie i paparazzi, który przekonuje, że taki pocałunek odczarowałby tabu. Że ludzie by zobaczyli, że starość, czyli w tym wypadku pani mąż, też ma uczucia oraz seksualność. Pełnię człowieczeństwa.
Tylko po to, żeby potem sprzedać nas jako kuriozum. Świat jest już dużo dalej, związki międzyludzkie są coraz bardziej różnorodne i skomplikowane, ale tabloidy są ciągle w XIX w. Bulwersuje je i stary z młodą, i młodszy ze starszą, i gej z gejem. Szczują ludzi, żeby to sobie wyobrażali w detalach i żeby się oburzali, przestraszeni tym, co sobie wyobrazili. A tymczasem ludzie już zobaczyli to, co naprawdę chcieli zobaczyć. Bo wciąż ktoś do nas podchodzi, żeby pogratulować, i bardzo często z tej krótkiej rozmowy wiadomo, że sam wyrzekł się związku z obawy przed brakiem akceptacji, i żałuje. Ludzie widzą też, jak mój mąż odmłodniał. Mają więc dowód, że wszystko jest w porządku. Że się da.

Ale ludzie widzą i to, że pani się zmieniła. Straciła pani ten urok młodziutkiej blond dziewczyny. Tę beztroskę.
Tak, ostrzygłam włosy na siedem milimetrów, w dodatku teraz odrastają ciemne. I w rozmaitych mediach, także w Internecie, pojawiły się informacje, że jestem w depresji, przygnieciona ciężarem zbyt trudnego małżeństwa. A to była kolejna z tych wielu racjonalnych decyzji, jakie podejmuję codziennie. Po prostu, po kolejnym farbowaniu na blond moje włosy były bardzo zniszczone, więc postanowiłam je obciąć.

A może teraz, zamiast blond dziewczynki, jest wojowniczka, która poszła na wojnę?
Podoba mi się ta interpretacja, proszę ją kolportować, chciałabym, żeby przetrwała.

Bolało panią, jak pisali, że te włosy to dlatego, że jest pani załamana nieudanym małżeństwem?
Wie pani, mnie już nic, co piszą tabloidy i co fabrykuje się w Internecie, nie boli osobiście. Chyba że to na temat mojej pracy zawodowej albo o moich bliskich.

Jak to się robi, żeby nie bolało?
To dłuższy proces. Pewnie byłabym w stanie opowiedzieć. Ale musiałabym opowiadać o czymś, o czym nie chcę mówić.

Spróbujmy bardzo ogólnie.
Są takie doświadczenia w życiu, które dają człowiekowi dalszą perspektywę. Świadomość kruchości życia powoduje, że i na swoje patrzy się inaczej. Z takiej perspektywy, jakie znaczenie ma to, co o mnie dziś napiszą? Ale niech pani nie pyta dalej.

W porządku, zostańmy przy tym, co już i tak wiadomo. Pani mama wychowała panią i pani brata sama.
Tak. I bez użalania się nad sobą przyznaję, że chociaż często nie było mnie na coś stać, to zawsze mówiłam sobie, że teraz ciężko i dużo popracuję, będę odpowiedzialna nie tylko za siebie, ale przyjdzie taki dzień, gdy zwolnię i zacznę sobie pomału smakować życie. I ziściło się – dużo szybciej niż myślałam. Także dlatego, że w moim małżeństwie jest bardzo dużo delektowania się życiem. Mąż poprosił mnie, żebym na razie pracowała tylko jako wolny strzelec, żebyśmy mieli czas sobie po prostu posiedzieć razem. Siedzimy więc, obserwując, rozmawiając. Czasem się mu urywam na chwilę i wtedy podkręcam tempo. Właśnie wróciłam z Madrytu, gdzie pojechałam na dwa dni, żeby zrobić wywiad z hiszpańskim reżyserem i aktorem teatralnym. Uczę się hiszpańskiego, wstaję rano o szóstej i powtarzam słówka, to dla mnie ogromna frajda. Więc to jest teraz ten moment, że żyję tak, jak bym chciała. Na to nie potrzeba nawet wielkich pieniędzy. Na to potrzeba spokoju w głowie.

Może się pani wreszcie na kimś oprzeć.
Chyba nie jest tak do końca. Wie pani, ja się wręcz bronię przed szukaniem w kimś oparcia, bo mam zbyt głęboko wdrukowane poczucie, że muszę umieć polegać na sobie. Zawsze mam swoje pole psychiczne, swoją przestrzeń w głowie – miałam ją wcześniej, mam i w moim małżeństwie. Ludzie się dziwią: nie kupujecie wspólnych mebli, nie budujecie wspólnego życia z perspektywą wspólnego zestarzenia się. I co z tego? To tylko perspektywa z zewnątrz. Od wewnątrz wygląda to zupełnie inaczej – po prostu się żyje.

Ale kobiety w naszej kulturze meblują mieszkania i bywa to ważny rytuał. Nie brakowało pani tego?
Weszłam do umeblowanego, w którym mój mąż mieszkał przez 50 lat z pierwszą żoną, i mnie się ono podoba. Jest dobra proporcja pomiędzy starymi meblami a nowoczesnością. Śmieszne, ale pamiętam, że gdy pierwszy raz tu przyszłam, od progu rzuciłam niezobowiązująco: Jakie ładne mieszkanko, mieszkasz sam? Andrzej przyznał mi się później, że pomyślał wtedy: oho, będzie się wprowadzać, walizki już stoją naszykowane na parterze.

Gdy zamieszkaliśmy tu razem po ślubie, od razu zaanektowałam swoją półkę w łazience. Ale reszta potrzebowała czasu. Rowerek stacjonarny, czyli pierwszy prezent od męża, mój kąt do pracy – to wszystko znalazło swoje miejsce, ale nie od razu. To może kwestia taktu? W takim mieszkaniu z własną historią na wszystkim są jakieś emocjonalne ślady.

Stare zdjęcia zostały?
Oczywiście. Zdjęcia wnuków, pierwszej żony. Dziwnie poczułam się tylko, gdy zobaczyłam zdjęcia z 50 rocznicy ich ślubu. Nawet nie przez tę słuszną datę. Na tym zdjęciu było mnóstwo ich przyjaciół, i same znane nazwiska. A znajomi Andrzeja się przecież nie zmienili. Pomyślałam wtedy: ja będę tu, wśród nich, zupełnie z kosmosu. Jak ja się w to wpasuję? Ale chyba jakoś tam jednak kupili mnie taką, jaka jestem. Bez tych blond włosów i bez makijażu, bo na co dzień chodzę sauté.

Zdjęcia męża z młodości też są?
Są. W kąpielówkach, gdzieś z Włoch – też.

Czuje pani złość, że nie spotkaliście się wcześniej, gdy miał jeszcze takie doskonałe ciało?
Wie pani, nawet jeśli mam świadomość, że było tak, jak widać na tych zdjęciach – a rzecz jasna mam – to jednocześnie chyba nie do końca potrafię sobie wyobrazić, że było tak naprawdę. Pod tym względem może nawet jest nam łatwiej, że ta różnica wieku jest aż tak duża. Bo w życiu Andrzeja wszystko miało swój czas, swoje miejsce – ale dla mnie to było tak dawno temu, że jest wręcz nierzeczywiste. Racjonalnie rzecz biorąc, w innej konfiguracji nie mieliśmy szans się spotkać.

Boi się pani jego śmierci?
Na chwilę przed ślubem mieliśmy jedną, jedyną taką rozmowę – o śmierci. Powiedziałam mężowi, że nie warto przesadnie dużo uwagi poświęcać czemuś, co jest tylko spekulacją. Że i ja w każdej chwili mogę wpaść pod samochód i jego uczynić wdowcem, czego mu nie życzę. Powiedział, że w takim razie będzie egoistą i też nie będzie o tym myślał.

Jeśli boję się samotności, to w zupełnie innym sensie. Obserwuję, jak moje poczucie bycia samotną rośnie, co mnie niepokoi. I nie chodzi o to, że mąż mnie izoluje albo że moi dawni znajomi nie pasują do Andrzeja. We mnie zmieniło się coś bardzo ważnego. Gdy do mediów wyciekają fakty z mojego życia, nawet drobiazgi, zastanawiam się, kto doniósł? Widzę, jak staję się coraz bardziej podejrzliwa. A to zmienia relacje z ludźmi. Albo przynajmniej może je zmienić.

Rani panią nielojalność.
Jestem na to wyjątkowo nieodporna.

A uodporni się pani?
Wciąż się pocieszam, że nie zdążę. Że to jednak paparazzi w końcu się nami znudzą. Nie znajdę kochanka, nie zrobię skandalu, a mąż się im opatrzy i temat nie będzie gorący. I w końcu uznają, że Łapiccy to jednak normalny związek. Nuda – więc nie ma o czym pisać.

Polityka 52.2010 (2788) z dnia 25.12.2010; Coś z życia; s. 130
Oryginalny tytuł tekstu: "Kwestia taktu"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Adoptujemy zwierzęta, bo pełnią w naszych domach rolę wiecznych i wiernych dzieci

Gdy ruszamy na ratunek, aby ulżyć cierpiącemu stworzeniu, przede wszystkim chcemy pomóc samym sobie.

Elżbieta Turlej
26.11.2013
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną