Polskich badaczy wyprawa na kresy

Dzieci Pana Samochodzika
Pomysł był taki: zobaczyć, co i gdzie ocalało na Kresach. Dzięki niemu cała stawka krakowskich młodych naukowców przeżyła niezapomnianą przygodę pokoleniową.
Grupa inwentaryzacyjna studentów i pracowników Instytutu Historii Sztuki UJ, 1992 r.
Tomasz Zaucha/Materiały prywatne

Grupa inwentaryzacyjna studentów i pracowników Instytutu Historii Sztuki UJ, 1992 r.

Skarb odnaleziony w kościele w Chodorowie - pierwsze wydanie Konstytucji 3 Maja.
Andrzej Betlej/Materiały prywatne

Skarb odnaleziony w kościele w Chodorowie - pierwsze wydanie Konstytucji 3 Maja.

Kielich fundacji Ziętkiewiczów z katedry lwowskiej.
Michał Kurzej/Materiały prywatne

Kielich fundacji Ziętkiewiczów z katedry lwowskiej.

Kościół parafialny w Pomorzanach.
Andrzej Betlej/Materiały prywatne

Kościół parafialny w Pomorzanach.

Kościół parafialny w Wyżanianach.
Andrzej Betlej/Materiały prywatne

Kościół parafialny w Wyżanianach.

Było upalne lato 1992 r. i pierwszy wyjazd grupy krakowskich studentów historii sztuki, która postawiła sobie zadanie: zinwentaryzowanie zabytków sakralnych na Kresach. Czysta partyzantka. Fundusze własne, wyskrobane ze studenckich kieszeni, przelicznik dolara taki, że można było wynająć autokar, ale benzynę trzeba było kupować na czarnym rynku; ani to łatwe, ani tanie, jako że autokar palił jak smok, a Ukrainie właśnie się przytrafił kryzys paliwowy. Piętnaście osób w rozklekotanym wozie.

Skarby księdza Mednisa

Zaczęli prace inwentaryzacyjne. Zdjęcia, opisy i szperanie po chaszczach porastających przykościelne cmentarzyki i placyki. Jednym z ostatnich inwentaryzowanych kościołów był Chodorów. A tam istny skarbiec. Ksiądz Augustyn Mednis, spolonizowany Łotysz – jak mówił o sobie, Kurlandczyk – gromadził wszystko, co stare. To, co się walało po chłopskich chałupach i zalegało na strychach i szopach, a przede wszystkim to, co znajdował w opuszczonych kościołach. Chronię pamiątki uratowane z katastrofy Ojczyzny – powtarzał.

Jedną z rzeczy, które pokazał studentom, była niewielka książeczka, jak do nabożeństwa. Przyniósł ją księdzu miejscowy organista, którego matka pochodziła z Wołynia. Pierwsza strona zaczynała się inwokacją: „W IMIĘ BOGA W TROYCY ŚWIĘTEY JEDYNEGO”, ale dalej już o religii było niewiele. Data wydania: 1791 r. Pierwodruk „Ustawy Rządowej”, czyli „Prawa Uchwalonego 3. Maia, roku 1791” nakładem Drukarni Uprzywileiowaney M. Grolla.

Ni mniej, ni więcej, było to pierwsze wydanie Konstytucji 3 maja.

Otworzywszy książeczkę, można było przeczytać autograf własnościowy o takiej, zapierającej dech w piersiach, treści: „d: 5 Lipca 1791. Roku. Odebrałam w Zameczku Dobrach moich dziedzicznych w Powiecie Opoczyńskim leżących, tę konstytucją ustanowioną d: 3. Maja w zwyż wspomnianego Roku, z rąk Brata mego rodzonego, Stanisława Małachowskiego Referendarza Koronnego, aktualnego teraz Marszałka Seymowego, y generalney Konfederacey Oboyga Narodów, ten szacowny Prezent, a iako z szacowney, y cnotliwey otrzymawszy go ręki, tak ten klejnot: to iest tę konstytucią: ceny wszystkie przewyższające, Potomkom moim do konserwaciy leguię, z tym obowiązkiem aby się temu z Potomków moich dostała zawsze, który Dziedziczyć na Zameczku będzie, albo ieżliby przypadkiem te Dobra w inny Dom weszły, zawsze temu Potomkowi się dostała, który Obywatelem w Polskim będzie, a nie w zagranicznym nieszczęśliwie oderwanym od Polski Kraiu. Karolina z Małachowskich Grabieńska Starościna Stężycka ręką własną”.

Autorka wpisu Katarzyna Karolina Grabieńska, córka Jana Małachowskiego, kanclerza wielkiego koronnego, powtórnie wyszła za mąż za Szczęsnego Czackiego z Porycka i była matką samego Tadeusza Czackiego, założyciela Liceum Krzemienieckiego.

Innym przedmiotem, który studenci zapamiętali z tego pierwszego wyjazdu, był kielich ozdobiony ornamentem w postaci wstęgi regencyjnej, znajdującym się na stopie i czarze, ale z nodusem o formach XVIII-wiecznych. Na stopie kielicha znajdowała się interesująca inskrypcja: „Ten Kielich Dany do Ołtarza Ar˜ Catedr˜ Lw˜ do P. JESUSA Miłosierdzia od JMc. P. Mikołaia y Katarzyny Zientkiewiczów [...] Jmc. X. Józe P[?]iechowskiego[?] 17”. Ksiądz Mednis odnalazł jego opis w monografii kościoła katedralnego autorstwa Maurycego Dzieduszyckiego, gdzie kielich został wymieniony w spisie przedmiotów skonfiskowanych w 1807 r. przez rząd austriacki: „poz. 12: kielich srebrny pozłacany z pateną dar Mikołaja i Katarzyny Ziętkiewiczów wartości 127 zł”. Czyli powinien nie istnieć, dawno przetopiony. Ale skoro przetrwał, zapewne został wykupiony jako szczególnie cenny. Po krótkim pobycie pod austriacką strażą zachował jedynie cechę kontrybucyjną bitą przez probiernię lwowską.

Miał też ksiądz Mednis np. bryty tkaniny lyońskiej, znalezione gdzieś na strychu, przeżarte nieco przez mole, a pochodzące z ozdobnego baldachimu ufundowanego przez arcybiskupa Wacława Sierakowskiego dla katedry lwowskiej.

Gdy już po śmierci księdza Andrzej Betlej, jeden z uczestników tamtej pierwszej wyprawy, odwiedził Torczyn (gdzie Mednis się przeniósł), nikt nie wiedział, co się stało z książeczką z tekstem konstytucji. Zaginęła. Być może jednak nie bezpowrotnie – takie przedmioty czasem wracają.

Pożary i zgliszcza

W tym samym 1992 r. grupa odnalazła w Jaworowie piękny obraz przedstawiający Annę Samotrzeć, wykonany na desce, a pochodzący z XVII w., w kościołach w Miżyńcu i Krysowicach freski Stanisława Stroińskiego (mistrza malarstwa monumentalnego we Lwowie), rzeźby barokowe na strychu w Mościskach, a w Samborze kielich augsburski z początku XVII stulecia.

W 1993 r. rzeźby Jana Jerzego Pinsla z Budzanowa, które miały już nie istnieć, odnalazły się w mieszkaniu prywatnym na Wołyniu. Do tej pory znano je z jednej fotografii. Także w 1993 r. studenci dotarli do kościoła Bernardynów w Zbarażu. Budowla bezustannie zalewana wodą, a w jej piwnicy bezcenne rzeźby, o których myślano, że już nie istnieją – autorstwa Antoniego Osińskiego, jednego z najwybitniejszych snycerzy lwowskich.

Były. Pływały w wodzie. Gdy je usiłowali wyciągnąć, rozpadły się im w rękach.

W 1995 r. grupa inwentaryzowała kościół w Wyżnianach, wciąż jeszcze funkcjonujący jako magazyn zbożowy. Prace polowe w rozkwicie, robotnicy w nawie głównej przesiewali zboże, kurzyło się niemiłosiernie. A kościół, o dziwo, całkowicie wyposażony, co było rzadkością. Konfesjonały ustawione na ołtarzu, by było miejsce na zboże, ale w głównym retabulum, jak i w bocznych, nadal stały rzeźby i wisiały obrazy. Jeden z nich, jak zauważyli, pełnił tylko funkcje zasuwy, pod nim powinien być inny, cenniejszy. Studentom udało się wejść pod mensę i po obluzowaniu kilku cegieł i desek zasuwa zjechała na dół, a pod nią ukazał się przepiękny obraz Matki Boskiej w typie Salus Populi Romani. Idealnie zachowany, w bogato pozłoconej drewnianej sukience kontrastującej z purpurowym zetlałym aksamitem, którym obita była nisza z płótnem. A przed obrazem, w niszy, wciąż stały zaschnięte kwiaty w wazonie, zostawione zapewne w 1945 lub 1946 r., gdy wyjeżdżali ostatni ekspatrianci. Kościół i obraz studenci dokładnie opisali i sfotografowali.

Kilka lat później Andrzej Betlej oglądał aktualne zdjęcia wyżniańskiego kościoła. Nie ma w nim nic. Ani rzeźb, ani obrazów.

1995 r., Dunajów: miejscowy proboszcz skarżył się na sypiące się freski. Co głośniej chór zaśpiewał czy organy zagrzmiały, to wiernym pył na głowy leciał. Studenci popatrzyli, wzięli gąbkę i przetarli freski, a wtedy spod tych z początku XX w., niezbyt wartościowych, ukazały się XVIII-wieczne, w pełnej krasie. Figura pod figurą.

Troszkę je odsłonili i zostawili. Jak wszystko inne.

1997 r., kościół w Kaczanówce. Przez kilkadziesiąt lat magazyn nawozów. Nie było żadnego już oryginalnego wyposażenia, tylko w zakrystii stała wiekowa szafa. Ponieważ już nawykli wsadzać wszędzie nos, otworzyli i szafę. Wewnątrz nie było nic. Tylko na ścianach stare zapiski ołówkowe – notatki z lat 20. i 30., sporządzane przez zakrystian. Jedna z ostatnich: „17 września, rok 39 przyszli bolszewicy, zima była bardzo wielka, bolszewicy ludzi wywozili dopiero w maju ludzie siali Benedyk”.

I takich historii można opowiadać dużo. Jeżdżą do dnia dzisiejszego, już studenci ówczesnych studentów, i zdarza się im nawet kupić, tak jak w Łucku w 2003 r., alabastrowy XVII-wieczny nagrobek jednego z Radziwiłłów z Ołyki, który, rzecz jasna, przekazali kurii i wrócił z powrotem do kolegiaty w Ołyce.

Nie było roku, by czegoś nie znaleziono czy nie odkryto. A potem rzecz znikała, tak jak z Młynisk sygnowana rzeźba działającego w Rzymie Francesco Amadoriego, zapewne pochodząca z pobliskiego pałacu, znaleziona w chaszczach przykościelnych. Zabrać jej nie można, przekazać nie było komu, zatem opisano ją, sfotografowano i schowano pod schodkami, przysypawszy gruzem. W 2008 r., w czasie tzw. wyjazdu weryfikacyjnego, sprawdzano stan faktyczny tuż przed publikacją kolejnego tomu „Materiałów do dziejów sztuki sakralnej”, w których pomieszczano plon pracy: rzeźby już nie było. Tak jak wielu innych przedmiotów.

Znikają też całe miasteczka. W Mariampolu stoi co czwarty dom, nie ma kościoła parafialnego, pozostało niewiele zabytków.

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną