Jak się osobiście zanurzyć w historii

Wojownicy z ducha
Rzymski legionista z Siemianowic, Indianin z Jaworzna, amerykański spadochroniarz z Krakowa, samuraj ze Złotego Stoku. Wszyscy nieszkodliwie, czasem nawet pozytywnie zakręceni.
Robert Rupała starożytnością interesował się od dzieciństwa.
Michał Jędrzejowski, Tomasz Liboska/Materiały prywatne

Robert Rupała starożytnością interesował się od dzieciństwa.

Czesław Zabiegło swoje prace pokazywał na dwóch festiwalach kultury kraju Kwitnącej Wiśni i wzbudziły uznanie Japończyków.
Michał Jędrzejowski, Tomasz Liboska/Materiały prywatne

Czesław Zabiegło swoje prace pokazywał na dwóch festiwalach kultury kraju Kwitnącej Wiśni i wzbudziły uznanie Japończyków.

W 1967 r. Józef Kłyk nakręcił western „Napad na dyliżans”. Sam zrobił dekoracje, poszył stroje, wystrugał karabiny i colty.
Michał Jędrzejowski, Tomasz Liboska/Materiały prywatne

W 1967 r. Józef Kłyk nakręcił western „Napad na dyliżans”. Sam zrobił dekoracje, poszył stroje, wystrugał karabiny i colty.

Łukasz Pleśniarowicz zainteresowanie Polską XVII w. wyniósł nie z lektury Trylogii, ale z gry fabularnej RPG „Dzikie pola”.
Michał Jędrzejowski, Tomasz Liboska/Materiały prywatne

Łukasz Pleśniarowicz zainteresowanie Polską XVII w. wyniósł nie z lektury Trylogii, ale z gry fabularnej RPG „Dzikie pola”.

Krzysztof Kolarczyk pierwszy mundur miał z ciucholandu.
Michał Jędrzejowski, Tomasz Liboska/Materiały prywatne

Krzysztof Kolarczyk pierwszy mundur miał z ciucholandu.

Żeby przenieść się w inne, lepsze czasy, pan Wójcik po raz kolejny pojedzie na coroczną rekonstrukcję bitwy pod Grunwaldem.
Michał Jędrzejowski, Tomasz Liboska/Materiały prywatne

Żeby przenieść się w inne, lepsze czasy, pan Wójcik po raz kolejny pojedzie na coroczną rekonstrukcję bitwy pod Grunwaldem.

Marek Ptasiński żyje z tego, że jest Indianinem.
Michał Jędrzejowski, Tomasz Liboska/Materiały prywatne

Marek Ptasiński żyje z tego, że jest Indianinem.

Mundury, oporządzenie i sprzęt Wojciech Trojanowski sprowadza zza oceanu, z demobilu, ze specjalistycznych sklepów.
Michał Jędrzejowski, Tomasz Liboska/Materiały prywatne

Mundury, oporządzenie i sprzęt Wojciech Trojanowski sprowadza zza oceanu, z demobilu, ze specjalistycznych sklepów.

Rzymski legionista z Siemianowic.

Robert Rupała (l. 48) prowadzi w Siemianowicach Śląskich sklep z lakierami samochodowymi i akcesoriami do malowania. Starożytnością interesował się od dzieciństwa, od pierwszej lektury „Quo vadis”. – Była pokusa, żeby studiować antyk – wspomina. – Ale za głosem kieszeni i zdrowego rozsądku skończyłem Akademię Ekonomiczną w Katowicach.

W jego domu, za sklepem, w korytarzu i jednym pokoju – prywatne muzeum starożytności. Na ścianach plany antycznego Rzymu, fotografie popiersi cesarzy. Na regałach wykonane przez gospodarza miniatury bitew stoczonych przez legiony rzymskie i kolekcja monet z epoki. W jednym rogu drewniana tarcza i oszczep z jesionu, w drugim cornicer, róg sygnałowy, replika kupiona we Francji. W centralnym miejscu lorica segmentata, 30-kilogramowa zbroja. Zrekonstruowana dokładnie według oryginału z I w., odkopanego w Brytanii obok wału Hadriana. Wykonana jest z blachy brązowej, w zakładzie w Imielinie, jedynym, który potrafił to zrobić takimi metodami, jakimi wykuwano zbroje 2 tys. lat temu. Hełm wykuty jest z jednego kawałka blachy. Bez spawania, którego wówczas nie znano. Pod stojakiem ze zbroją, sandały. – Są zrobione jak kiedyś, z jednego paska skóry. Legionista dostawał parę raz na sześć miesięcy. Ja używam ich od sześciu lat. Nacieram oliwą, skóra jest gładka i nigdy nie ociera stóp – opowiada pan Robert.

Kilka lat temu ludzie o podobnych zainteresowaniach skrzyknęli się przez Internet. Powstało Stowarzyszenie Pro Antica. Zrzesza 30 członków. Od Szczecina po Lublin. Co roku ok. 20 kwietnia są w Rzymie w rocznicę urodzin miasta. To zlot podobnych grup z całego świata. Biorą udział w wielkiej paradzie, która przechodzi przez starożytny Rzym. Oni są reprezentantami Legionu XIV. Dlaczego akurat tego? – Bo on stacjonował najbliżej polskiej ziemi, w Trenczynie na Słowacji. Jego żołnierze musieli się zapuszczać na północ od Karpat.

Nie militaria są najważniejsze – mówi Robert Rupała. – My je pokazujemy, żeby przyciągnąć ludzi. Do antyku, do rzymskiej, wspaniale funkcjonalnej architektury, której współcześni urbaniści mogą tylko zazdrościć

Indianin z Jaworzna.

Marek Ptasiński (l. 40) żyje z tego, że jest Indianinem. – Dorastałem w złotym czasie westernów. Na podwórku stawialiśmy wigwamy, strzelaliśmy z łuków. I nie wyrosłem z tego – mówi. Od kwietnia do końca czerwca mieszka w wiosce indiańskiej pod Jaworznem. – Ulica Bratków, numeru nie ma, bo tu jest preria.

Wioska to 10 tipi, namiotów indiańskich mylnie nazywanych wigwamami. Nie ma tu telewizora, Internetu. Ptasiński ma jednak komórkę, żeby przyjmować rezerwacje wycieczek. Opłata: 18 zł od osoby. Wioska powstała po to, żeby przybliżać kulturę Wielkich Równin (Ptasiński jest po kulturoznawstwie) i walczyć z mitami o zwyczajach Indian. Na przykład o skalpowaniu, które jako pierwsi de facto stosowali biali najeźdźcy.

Wiele lat temu Piotr Banach (wówczas z zespołu Hey, obecnie w Indios Bravos) zapytał Ptasińskiego, czy nie pojechałby na zlot Polskiego Ruchu Przyjaciół Indian. Pojechał. 87 tipi. Widok taki, że dech mu zaparło. Na następny zlot przywiózł już własne tipi.

Latem jego wioska wędruje po Polsce, głównie po kurortach. Oświatowo i – nie ukrywajmy – komercyjnie. Zimą Ptasiński zajmuje się rękodziełem. Ma zamówienia z rezerwatów w USA i największego na świecie sklepu z akcesoriami indiańskimi – Hudsona w Niemczech. Wyrabia torebki na krzesiwo, pokrowce na noże, kołczany, kołyski i siedziska.

Ostatnio robił dwie wierne kopie koszuli Czerwonej Chmury z narodu Siuksów. Musiały być wyszywane ścięgnami bizona. Wyprawionymi nie chemicznie, ale naturalnie. – Mózgiem bizona – powiada. – Może być świni. Ale najlepiej bizona. Są hodowle bizonów w Polsce, ale lepiej, gdy jest to mózg bizona z prerii. Zrobienie każdej koszuli, gdy już zgromadził materiały, zajmowało mu dwa miesiące. Półprodukty Ptasiński znajduje w Internecie. Kolekcjonerzy za oryginalne XIX-wieczne koraliki życzą sobie i po 1500 dol. za kilogram. Są też tańsze imitacje, do niedawna robił je czeski Jablonex. – Teraz zgłębiam tajniki tańców indiańskich – powiada Ptasiński.

Amerykański spadochroniarz z Krakowa.

Wojciecha Trojanowskiego (l. 30), z zawodu lekarza stomatologa, kilka lat temu urzekł film „Byliśmy żołnierzami” z Melem Gibsonem o wojnie w Wietnamie i szkoleniu spadochroniarzy. Kolega, z którym bawił się w ASG (Air Soft Gun, pneumatyczne repliki broni palnej), zapytał, czy nie wziąłby się za rekonstrukcję bitew w Wietnamie. Zgodził się. I w ten sposób powstał w Krakowie jeden z oddziałów 173 Samodzielnej Brygady Spadochronowej USA. Mundury, oporządzenie i sprzęt sprowadzają zza oceanu, z demobilu, ze specjalistycznych sklepów. Ostatnio grupa Trojanowskiego przekształca się w australijski IX Royal Australian Regiment. – To były lepsze jednostki, służyły pod Brytyjczykami. Miały ciekawe oporządzenie i broń – objaśnia Trojanowski.

On sam już nieco odpuszcza szkolenia i wyjazdy. Większość dni tygodnia pracuje od 8 do 22. W przychodni, we własnym gabinecie i jeszcze w dwóch innych.

Niemiec z Cieszyna.

Krzysztof Kolarczyk (l. 46), taksówkarz, przysłuchiwał się opowieściom wuja o niemieckiej technice wojskowej i organizacji pracy. Wuj, wywieziony na roboty do Niemiec, był mechanikiem w zakładach Heinkla w Rostocku. Kolarczyk uważnie oglądał też wyposażenie niemieckich żołnierzy w serialu „Czterej pancerni i pies”. Kiedy więc zainteresował się rekonstrukcjami historycznymi, nie było mu szczególnie trudno włożyć mundur szeregowca Wehrmachtu. – Bo po pierwsze, do kogoś Polacy i Ruscy muszą strzelać – objaśnia. – Po drugie, jak ja bym wyglądał w replice niemieckiego wozu pancernego w polskim mundurze?

Kolarczyk od dłuższego czasu robi wierną kopię SDK LZ 247 B, model z 1942 r. Nie zachował się żaden taki wóz. Gotowy znajdzie się w rejestrze pojazdów zabytkowych, w kategorii „replika pojazdu istotnego dla udokumentowania historii rozwoju motoryzacji”.

Córka Paulina (l. 21) pracuje w stadninie. Nosi mundur niemieckiej pomocy sztabowej, czasem pielęgniarki. – W taksówce widzę młodzież po alkoholu, narkotykach, więc szukałem dla córki hobby. A ona chętnie ze mną jeździ, tylko czasem pyta: Tatuś, czemuś mnie nie dorobił? Bo chłopcem miała być – opowiada ojciec.

Kolarczyk pierwszy mundur miał z ciucholandu. Przerobiony ze szwajcarskiego. Kiedyś pojechał na targi staroci dla grup rekonstrukcyjnych. Firma Hero Collection z Łodzi miała tam swoje stoisko. Wzięli miarę, zaliczkę i za tysiąc złotych uszyli mu mundur. Kiedy jeździ na pikniki militarne, zakłada go dopiero na miejscu: – Nie wiem, czy miałbym odwagę wyjść na ulicę w niemieckim mundurze – zastanawia się. A już na pewno nie wyszedłby jako oficer NKWD, bo to budzi największą niechęć.

Koledzy z grupy nazywają go Rene, bo kiedy zgoli brodę, jest podobny do głównego bohatera serialu „Allo, Allo”. Z nadzieją czeka na kolejny piknik militarny. Bo kiedy jest pogoda, zjeżdża 40–50 wojskowych pojazdów. – Czekam na rekonstrukcję, żeby trochę tym pooddychać – mówi.

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną