Społeczeństwo

Zgaszono mnie jednym pstryknięciem

Poetka, która opiewa PGR

Anna Karwowska, poetka z PGR. Anna Karwowska, poetka z PGR. Krystian Czapiewski / Polityka
W przedmowie do pierwszego tomiku Anny Karwowskiej, poetki amatorki z Dobieszewka, napisano, że jest bodaj jedyną w Polsce poetycką kronikarką życia w PGR i czasów po ich upadku.
Urzekający pejzaż zachodnich Kaszub w okolicach Słupska.Krystian Czapiewski/Polityka Urzekający pejzaż zachodnich Kaszub w okolicach Słupska.

We wsi Grabin, w gminie Dębnica Kaszubska, układa się drogę z kostki w miejsce błotnistej i dziurawej od zawsze. Po obu stronach drogi mieszkają weterani pegeerów. I oni ją układajązatrudnieni przez gminę 50-latkowie plus, których nikt na budowy prywatne nie weźmie – opowiada wójt Eugeniusz Dańczak. Nie są już w stanie, jak teraz się wymaga, śmigać po rusztowaniach. Ani wyjeżdżać świtem do Trójmiasta lub do Słupska i wracać wieczorem. Weterani płaczą – im dalej w lata, im chorób przybywa, tym bardziej pegeeru żal.

Nowa droga przechodzi też obok pegeerowskiego bloku, w którym mieszka w Dobieszewku Anna Karwowska. Kiedyś droga była brukowana, teraz asfaltowa.

„Zasypana żwirem, zalepiona lepką smołą/milczy każdy kamień/śpiewał, a stał się niemy/nie walczy, nie stawia oporu pędzącym maszynom”.

Na zdjęciu Anny, czytającej publiczności swe wiersze, powieszono fotografię krowy. Miała ich na rzędach, w pegeerowskiej oborze w Dobieszewie, gdzieś do 30 sztuk. Trzeba było obrządzić, nakarmić, gnój wyrzucić. Przed 7 rano kanki z mlekiem musiały już czekać na odwiezienie do mleczarni. Przy dojeniu śpiewała. Śmiali się z tego śpiewania.

Wydawać by się mogło, że kto opiewa w wierszach miniony PGR, kto skończył naukę na podstawówce, sypie częstochowskimi rymami. Ale nie, wcale nie. „W człowieku zagubiła się pamięć, że te kamienie/układała ręka Helmuta, Hansa czy Erwina/nie próbuj porównać ich z czarnym asfaltem”.

Nawet zdawała do zawodówki. Obok na egzaminie siedziała ładnie ubrana miejska dziewczynka, jej matka przyszła w kapeluszu. I tę miejską przyjęto, nie Annę.

Ale tamta pewno nie dostała dyplomu „za wzorowy stosunek do powierzonych obowiązków oraz patriotyczną i pełną godności postawę obywatelską” – podpisano: Kombinat Rolny w Dobieszewie. Dyplom leży na piecu. Jest częścią życia Anny. I będzie. A w szufladzie – brązowy Krzyż Zasługi. I legitymacja partyjna. Miała ją do końca. Kierownik prosił, żeby się zapisywać, bo musi się z tego rozliczyć, to ludzie się zapisywali. Nie miało dla Anny żadnego znaczenia, że należy. Albo że nie należy.

Jest 1976 r. Przodująca dojarka kończy kurs i dostaje dyplom mistrza rolnika hodowcy bydła – tak by to wtedy nakręciła kronika filmowa. Kierownik wysyłał lepszych pracowników na kurs, bo po nim były większe stawki, od nich liczyła się premia, a wiedział przecież, że Anna samotnie wychowuje dwoje dzieci.

Lubiła ten PGR, nawet bardzo. Z perspektywy czasu, także dziś, widzi się pegeerowców jak jakąś hołotę. Czar PGR mówi się o podłym winie. A wielu ludzi pracowało uczciwie, uznając za swoją ziemię, którą uprawiali. „Ziemię dano nam w przelotną dzierżawę/w skibie jałowej grzebano rękami/i codziennie jak taniec/świeża darń witała”.

Czasem i dziś do tego stopnia swoją, że na tę już byłą, którą nabył lub wydzierżawił nowy rolnik, przychodzi były pegeerowiec i zamierza wyciąć drzewo. Bo dalej jego. Albo coś chce zabrać dla siebie, na widoku nowego właściciela. „Gdy noc pochyla się ku ziemi/księżyc świeci jasno/chwytasz torbę i ukradkiem/wygrzebujesz kartofle/Niby na tej samej ziemi/a jednak u Holendra”.

Holender wydzierżawił szmat ziemi pegeerowskiej i sadzi ziemniaki do produkcji frytek. Potęga. Rozprzedali nam Polskę, żal, mówi Karol, partner Anny.

Normalnie było – harówka. Rano Anna biegła do krów, a potem wracała do domu wyprawić dzieci do szkoły, znów do PGR, i znów do domu odgrzać obiad. I do pracy. I tak w kółko. Ale raz była na wczasach, nie powie. Było ciężko, ale żyło się super. A teraz ledwo wiąże koniec z końcem, co to za życie.

Anna pisze w wierszach, dlaczego było super: stała praca, nie żadne na czarno, co miesiąc wypłata, wycieczki do miasta, dyplomy. Przydział mleka za darmo, ziemniaków też, w chlewiku świnia, na podwórku gęś, kura, tanie pasze. I czyste lasy… W sklepach mało towaru, ale smaczniejszy. I  bliskość wśród ludzi, której teraz nie ma, każdy żyje sam sobie.

I nikt już zwierząt nie hoduje, a gdy krowy farmera z Dobieszewka przechodzą przez asfalt obok bloków i domów, byli demonstracyjnie zaciskają palce na nosach. Że im śmierdzi. Daleko w tyle został im PGR.

„Zapamiętaj chłodny dzień/drzewa błąkały się we mgle/chmury skłębione się wznosiły/ludzie przy młockarni na górach słomy/czarni od śmieci i kurzu/ a nad ziarnem białe gołębie”.

Chciałaby, żeby pamiętali. Bo dziś już się tak nie pracuje. Dzieci nie pojmują, że kiedyś do żniw, do zbierania kartofli zwożono całe ciężarówki ich rówieśników i wojska. A po co? Na polach byłego pracownika PGR Piotra Rabendy jeździ klimatyzowany kombajn, taki sam jak u holenderskich i niemieckich farmerów. Kosi i młóci 700 ha zbóż i żadnego wojska już nie potrzeba.

Właściciel z żoną zaczynali od zera, straszną przeszli harówkę, ale dziś Niemcy i Holendrzy mogliby się od nich uczyć. Mają 800 ha popegeerowskiej ziemi, kupionej i dzierżawionej. Jest takich rolników w gminie z dziesięciu. Nowa sól tej ziemi.

Po upadku PGR mało kto chciał ją brać, a dziś bardzo droga i właściwie już nie do kupienia. Kto ma dużo ziemi, ten bogaty – mówi wójt. Unia dała tyle szans, że kto nie skorzystał, ten głupi – mówi Rabenda. Niedawno wrócił z polowania w Kenii. Pełno wypchanych trofeów zdobi ściany jego letniego domu. Drugi dom ma w Słupsku. Syn Konrad zamierza budować trzeci, dla siebie.

Zasadzili pole truskawek i rabarbaru. Szukali do pracy przy nich ludzi w Grabinie, gdzie gmina buduje drogę. Nie płacą po dziadowsku, byłoby im wstyd. Ale nie znaleźli chętnych.

Syn już po studiach rolniczych, jest następcą ojca w gospodarstwie. To drugie pokolenie popegeerowskich pracowników.

Wójt zamówił na uczelni w Słupsku zbadanie ich losów. Niektórzy – z tych rodzin, które pchały dzieci do nauki – pokończyli studia. Zaszli wysoko. Przysyłają kartki wójtowi ze świata. Inni jeżdżą do pracy w okolicznych miastach albo za granicę.

Budujące się co rusz nowe domy w gminie to eurodomy. Ale część wisi na rodzicielskich emeryturkach, na zasiłkach, na zbieraniu jagód, grzybów i na czarnej robocie. Narzekają jak rodzice. Piją. Wójt chciałby mieć co do nich wszystkich dokładniejsze rozeznanie.

Dzieci Anny Karwowskiej też wyjechały. Córka skończyła zawodówkę, potem technikum i zaczęła studiować. Na parę miesięcy przed upadkiem PGR Anna wzięła należny jej płatny roczny urlop zdrowotny. Nie wykorzystała go. PGR już nie było i nie miał kto za urlop płacić.

Ludzie chodzili ogłupiali. Tyle produkowali i okazało się, że jakaś nierentowność? Że na glinianych nogach? Że jakieś oszukaństwo? „Te mury tętniły życiem/słychać było ryczenie krów/kwiczenie świń i turkot maszyn/dzisiaj życie bez nazwy/człowiek stał się cudzoziemcem na tej ziemi”.

Wtedy właśnie żeniła syna. Skończył zawodówkę. Poznał dziewczynę ze Śląska i wyprowadzał się z domu. Całe szczęście, że gdy kończył się PGR, zdążyła kupić jałówkę i prosiaka z odrzutu. Jałówkę sprzedała i z tego miała pieniądze na wódkę weselną.

Córka studiowała za jej kuroniówkę i za alimenty. Z kuroniówek niektórzy się cieszyli: dostaną pieniądze za darmo, bez pracy. To był błąd – mówi wójt – wepchnięto ludzi od razu w psychiczne bezrobocie. Zostawiono ich barbarzyńsko samych sobie. A człowiek bez pomocy sam się nie podniesie. Kuroniówki były złą pomocą.

Anna napisała wiersz o 36 latach pracy w PGR. „Zgaszono mnie jednym pstryknięciem/jak się gasi żarówkę”.

Córka pojechała na wakacje do pracy w Niemczech. Tam poznała Niemca, wyszła za mąż i wyjechała. Anna została sama. Kuroniówka po kilku latach się skończyła. Do emerytury Annie brakowało dwa lata. Nie było za co żyć. „Pierwsza zima – czas cienia/w następnej omijała sklepy/żeby nie kusił zapach wędlin/więc czysty był sklepowy zeszyt/nie prosiła nikogo o wsparcie”.

Po raz drugi pomyślała o samobójstwie. (Pierwszy był wtedy, gdy zawiódł ojciec jej dzieci). Ktoś poradził, żeby pojechać do Słupska, do posła Jana Siejki. Poseł poczęstował ją słodzoną herbatą. Zaniemówiła. Zaczęła płakać: ją, byłą dojarkę z PGR. Gdzieś zatelefonował. „Praca była od zaraz/i jedno życie zostało uratowane”. Aż do emerytury dojeżdżała na portiernię do firmy w okolicy, solidna jak zawsze.

Czasem odwiedzają ją wnuki – dzieci syna ze Śląska i córki z Niemiec, trzecie pokolenie popegeerowskie, choć ten przymiotnik coraz mniej znaczy. To trzecie niemal całe chodzi w gminie do przedszkoli. Po podstawówce trafiają do gimnazjum. Szkło, metal, przestrzeń, hala sportowa wielka jak katedra. A niedaleko kompleks boisk sportowych, taki, że Niemcy, którzy przyjeżdżają zobaczyć swe dawne ziemie z uczuciem niejakiej wyższości, przysiadają i od razu spuszczają z tonu.

A z dzieci w gimnazjum PGR spływa. Są dumne, mówi wójt. Nie różnią się niczym od tych z miasta – ani poziomem, ani ubraniem. Bez kompleksów idą uczyć się do Słupska i dalej. I taki byłby w Dębicy Kaszubskiej prawdziwy koniec epoki PGR.

Karola Anna poznała, kiedy zbierał podpisy na rzecz kandydata na prezydenta, Tymińskiego. Zostali razem: kobieta na zakręcie, mężczyzna po przejściach. Jest przynajmniej do kogo zagadać. I żyją sobie pomału, on rozwiązuje krzyżówki, ona pisze wiersze w wielkich brulionach w kratkę.

Raz w miesiącu Karol wiezie Annę na spotkania poetów amatorów z rejonu do Słupska. Anna pięknie czyta swe wiersze. W przedmowie do jej pierwszego tomiku „Kocie łby” napisano, że jest bodaj jedyną w Polsce poetycką kronikarką życia w PGR i czasów po ich upadku. Kiedy jeden z jej wierszy uznano na spotkaniu za najlepszy, ktoś się obrócił i wyszedł z sali.

„Co niedziela rano/bujne wzloty wiernych/twarda słabość, chłodny rozsądek starców/błędnymi oczyma idą do świątyni/z nadzieją, że może Bóg/wydzieli im skrawek raju/wpatrują się w bladą twarz Boga/na Maryję bez grzechu/lecz ze skazą na policzku/modląc się o pelerynę miłości”.

Na koniec w wierszu mowa jest o tym, że ksiądz prosi o składki i datki. I że to do modlitw nie pasuje. Trudno, jej wiersze nie są o kwiatkach, motylkach i zachodach słońca. Ratują ją od samotności, od nieobecności dzieci i od tego, że: „Starzeję się jak jabłoń posadzona przez ojca w sadzie/z trudem dźwigam swoje wiersze/choć są lekkie jak jesienny liść/gdy ktoś puka do drzwi/szybko je chowam/w obawie, że nie sprawdzą się/nie znajdą uznania/i znów powiedzą na podwórku/pierdolona pisarka”.

Polityka 33.2011 (2820) z dnia 09.08.2011; Coś z życia; s. 94
Oryginalny tytuł tekstu: "Zgaszono mnie jednym pstryknięciem"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Rozmowa z lesbijkami, szczęśliwymi małżonkami

Gdy słyszę, że ktoś krzyczy za mną lesba, wzruszam ramionami i idę dalej. A nawet gdybym miała zareagować, powiedziałabym: tak, lesba, i co z tego? – rozmowa z Małgorzatą Rawińską i Ewą Tomaszewicz.

Joanna Cieśla
12.06.2018
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną