Społeczeństwo

Ale gala

Gale bokserskie, czyli jak się robi szoł

Gala bez dziewczyn świecących golizną to nie gala Gala bez dziewczyn świecących golizną to nie gala Stanisław Ciok / Polityka
Głośno ostatnio o Krzysztofie Głowackim, zdobywcy mistrzowskiego pasa w boksie. Szlify zdobywał on bowiem głównie na galach w małych miejscowościach.
Dariusz Snarski, szef Boxing Production, z Dariuszem Tigerem Michalczewskim na gali w TczewieStanisław Ciok/Polityka Dariusz Snarski, szef Boxing Production, z Dariuszem Tigerem Michalczewskim na gali w Tczewie
Rzeszowska gala Wojak Boxing Night. Dziś prawdziwych znawców pięściarstwa jest garstkaStanisław Ciok/Polityka Rzeszowska gala Wojak Boxing Night. Dziś prawdziwych znawców pięściarstwa jest garstka
W drodze na ring pięściarz (z tyłu, w czerwonym) wygląda często niepozornie, za to po wygranej walce błyszczyStanisław Ciok/Polityka W drodze na ring pięściarz (z tyłu, w czerwonym) wygląda często niepozornie, za to po wygranej walce błyszczy
Pamiątkowe zdjęcie z mistrzem – Arturem SzpilkąStanisław Ciok/Polityka Pamiątkowe zdjęcie z mistrzem – Arturem Szpilką

Polski pięściarz zwyciężył z niemieckim bokserem Marco Huckiem, zdobywając mistrzowski pas federacji WBO wadze junior ciężkiej. W 11. rundzie znokautował rywala, który tytułu bronił już po raz 14. Świat zachwycił się nie tylko umiejętnościami naszego boksera, lecz także... jego niepozornością. Krzysztof Głowacki szlify zdobywał bowiem głównie w małych miejscowościach.

Atmosferę widowisk bokserskich w małych miastach opisywał przed czterema laty w POLITYCE Marcin Piątek. 

*

Bywa już w Polsce, że gale bokserskie organizuje się dla tysięcy ludzi i w halach widowiskowych, a bywa, że kątem, byle zmieścił się ring i trochę krzeseł. Takie imprezy to rzadko show, a jeszcze rzadziej biznes.

Rzeszów, gala Wojak Boxing Night, napięcie rozpisane na pięć walk boksu zawodowego. Druga walka wieczoru kończy się w pierwszej rundzie, po upływie 33 sekund, gdy prawy sierp w wykonaniu Artura Szpilki powoduje u jego rywala, Ramiza Hadziaganovicia, gwałtowną przerwę w dostawie świadomości.

Trzecia walka wieczoru trwa niecałe półtorej minuty. Przeciwnik Damiana Jonaka, Mamadou Thiam, nosi przydomek króla nokdaunów, ale to czas przeszły. Po prawym zamachowym polskiego pięściarza król wiruje między linami. Sędzia liczy, król wstaje, ale widać, że koniec jest bliski. Królewskie męki skraca ktoś z jego narożnika – biały ręcznik frunie w powietrzu.

Czwarta walka wieczoru kończy się w połowie pierwszej rundy. 48-letni Andreas Sidon wchodzi do ringu z fasonem – głowa do góry, pierś do przodu, ciemne okulary. Młodszy o ćwierć wieku Andrzej Wawrzyk nie ma litości. Weterana ringów od upadku ratują liny, w końcu ciężko zwala się na deski. Podrywa się jeszcze na głos sędziowskiego eight!, ale zlokalizowanie rywala jest dla niego zadaniem ponad siły.

Publiczność tupie, gwiżdże, buczy. – Oddać pieniądze! Gdzie jest boks? Po-pe-li-na! – ryczy młody byczek w koszulce opinającej napompowane ciało, a asystująca mu dama, przyodziana dyskotekowo, dołącza przeszywającym falsetem.

Jak się walczy?

Szpilka, Jonak i Wawrzyk to pięściarze najsilniejszej polskiej grupy zawodowej 12 Round Knock Out Promotions. Jej gwiazdą jest Krzysztof Diablo Włodarczyk, mistrz świata w wadze junior ciężkiej. Interesu dogląda zaś Andrzej Wasilewski, który kiedyś pracował jako adwokat, a teraz jest brokerem i stać go na traktowanie boksu jako pasji. Niemiłe okrzyki z trybun przyjmuje z kamienną twarzą. – Chodzi o to, żeby nasz człowiek wygrał. Trzeba mu znaleźć takiego przeciwnika, który krzywdy nie zrobi, ale też nie przewróci się po pierwszym ciosie. To nie jest takie proste – wykłada reguły gry. Porażka to zwykle jazda w dół w rankingu którejś z kilku światowych federacji boksu zawodowego (główne to WBC, WBA, IBF, WBO), więc na przegrane nie można sobie pozwolić.

Byłem na wielu galach, ale takiej lipy jeszcze nie widziałem – atakuje wyrobiony kibic w wieku średnim. – Po co się zabijać na treningach, jak się potem dostaje w ringu dziadka spod budki z piwem? Wasilewski odparowuje: – Pięściarza trzeba prowadzić z głową, nie rzucać na głęboką wodę. Chociaż nie da się ukryć, że czasami niepoważnie to wygląda, gdy dysproporcja umiejętności bije po oczach.

Zorientowani w układach zawodowego boksu wiedzą dobrze, że pozycja w rankingu nie zależy tylko od skuteczności na ringu. Na poważnych galach stawką jest pas którejś z federacji i trzeba jej odpalić działkę, żeby stoczyć o niego walkę. Federacja dba o pozycję w rankingach tych pięściarzy, których promotorzy często organizują gale i dają właścicielowi pasa zarobić. – Nawet takie walki jak dziś to dla nas inwestycja w pozycję zawodnika – nie ukrywa Wasilewski. Dla niego poważny boks to czołówka rankingu, zbliżanie się do pojedynku o mistrzostwo świata.

Na polskim rynku liczą się trzy grupy zawodowe, obok stajni Wasilewskiego są to Babilon Promotions – własność Tomasza Babilońskiego, szwagra Diablo Włodarczyka, oraz O’Chikara Gmitruk Team, na czele której stoi Andrzej Gmitruk, jeszcze niedawno trener i anioł stróż Tomasza Adamka. Promotorzy od lat działający w branży mówią: chętnym do obejrzenia efektownego mordobicia polecamy prowincję. Na przykład Tczewskie Boxing Show. Swoją pierwszą galę organizuje tu akurat 28-letni Krystian Cieśnik (grupa CK Promotions; Krystian nie ma szczęścia do inicjałów, bo CK kojarzy się z dezerterami, a KC z tymi, co 20 lat temu wyprowadzili sztandar, więc nazwa jego biznesu już jest przedmiotem drwin, ale Krystian się nie przejmuje).

Krystian na rozgrzewkę proponuje starcia nastolatek w kaskach. Ale martwa atmosfera panująca w gościnnych progach lokalnej dyskoteki, użyczonej przez znajomego kulturystę, wprawia go w zakłopotanie; tym bardziej że w loży właśnie zasiedli ludzie, którzy – jak wierzy Krystian – pomogą mu rozbujać pięściarski biznes: Andrzej Grajewski (kiedyś współwłaściciel Widzewa Łódź, potem zajmujący się w Niemczech karierą Dariusza Tigera Michalczewskiego) i sam Tiger. – Albo masz w tej branży znajomości, albo nie ma cię wcale – mówi Cieśnik, któremu po nadejściu pryncypałów kamień spada z serca.

Więc jeśli chodzi o efektowne mordobicie, to Krystian ma w zanadrzu pojedynek międzynarodowy. Niemiec Ronny, człowiek Grajewskiego, staje w ringu naprzeciw Białorusina Ramana, przywiezionego do Tczewa przez Dariusza Snarskiego, który po zakończeniu zawodowej kariery uznał, że najbardziej logicznym sposobem na życie jest własna grupa promotorska. Dziś jego Boxing Production szuka swojego miejsca na niełatwym rynku.

Przekrwione oczy Ramana znamionują pięściarza gotowego na wszystko. Nie może wysiedzieć w narożniku, patrzy spode łba, a na dźwięk gongu rusza do furiackiego ataku. Młóci rękoma bez wytchnienia, rywal chowa się za gardą. Przez sześć rund bezładne ciosy nie robią Ronny’emu krzywdy, ale odbierają siły, gdyż Raman może tak długo, a celne niemieckie strzały zza gardy tylko wzmagają białoruską furię.

 

Echo kolejnych gongów odbija się od ścian, a publiczność siedzi jak na kazaniu. Żona vipa z rzędu nr 1 zastygła w swoim niedzielnym wcieleniu, vipowi głosu podnosić nie wypada. Stały bywalec siłowni z rzędu nr 4 ani myśli zdzierać gardła, wszak on by tych z ringu załatwił jedną ręką. Grupka gimnazjalistów z rzędu nr 7 skupiła się wokół dużego wyświetlacza telefonu i świat zewnętrzny przestał dla nich istnieć. Siedzącą przed nimi posiadaczkę karnetu na solarium bez reszty pochłania przyciągnięcie Tigera wzrokiem.

Ringowe szaleństwa Ramana Dariusz Snarski przyjmuje bez mrugnięcia okiem, tak jak i werdykt: zwycięstwo Ronny’ego. – Raman nie przyjechał tu wygrać. Mam u siebie w grupie pięściarzy, którzy już dla mnie zarabiają, ale są i tacy jak on, do których dokładam – tłumaczy. Inwestuje w zawodników zza Buga, bo są bitni, charakterni, niedrodzy, a szczytem marzeń jest dla nich wyjazd na Zachód. Raman wyrwał się pierwszy raz, teraz wraca do pracy, w wolnym czasie będzie trenował i wyczekiwał kolejnego wezwania od Snarskiego.

Jak się biznes kręci?

Bokserzy na telefon to w tej profesji norma – uważa Wasilewski, który jednak stawia na ciągłość pracy. W 12 Round ma kilkunastu pięściarzy, na co dzień skoszarowanych w Warszawie, z dostępem do sali treningowej i fachowców. Każdemu z nich opłaca mieszkanie, do tego co miesiąc przelewa na konto pensję – w zależności od wyników do 10 tys. zł. – Nigdzie na świecie nie ma zwyczaju płacenia pensji, ale pięściarze, których braliśmy z klubów, stawiali warunek: stała kasa. I się przyjęło – narzeka.

Białoruski desant w grupie Snarskiego to inwestycja krótkoterminowa. Zdarza się, że Snarski korzysta z niego, gdy kolega z branży szuka przeciwnika, by nabić rankingowe punkty dla swojego zawodnika. – Trzeba sobie pomagać – mówi szef Boxing Production; wyświadczył przysługę Cieśnikowi, który jeszcze w branży nie znaczy, ale znaczyć może. Zwłaszcza że orientuje się, dla kogo warto zrobić miejsce w loży.

Andrzej Wasilewski jest na rynku promotorów bokserskich potentatem, przynajmniej jeśli chodzi o rozpoznawalność marki – organizowane przez 12 Round walki transmituje Polsat, sponsorem gal jest piwo Wojak. – Nie znam nikogo, kto zarabia w Polsce na organizacji gal. Przez 10 lat nie dostaliśmy od telewizji tyle, ile w Niemczech stacje płacą za jedną galę z prawdziwego zdarzenia – mówi Wasilewski.

Snarski wyjawia, że w najgorszym razie wyszedł na zero. Z biletów kokosów nie ma, bo działa na ścianie wschodniej, a tam w halach widowiskowych można upchnąć najwyżej 1500 widzów. Doświadczenie nauczyło Snarskiego, że przede wszystkim trzeba dobrze żyć z lokalną władzą. W tym celu na niezliczonych spotkaniach z prezydentami i burmistrzami szef Boxing Production roztacza przed nimi wizję promocji przez sport. Snarski jest przekonany, że nie ma takiego gabinetu, do którego nie warto wydeptać ścieżki. Więc gdy jest okazja, by zorganizować galę, np. przy okazji Dni Jana z Kolna, to się nie zastanawia, tylko zbiera ekipę i rozstawia ring na rynku, pod gołym niebem, a raz nawet sam walczył. – Chyba nie było źle, bo mam sygnały, że i pobliskie Grajewo chciałoby mieć u siebie kawałek zawodowego boksu – mówi Snarski, który żadnej pracy się nie boi.

Jak trudno lobbować we własnym interesie, wie Cieśnik. Władze Tczewa nie chciały być kojarzone z zawodowym pięściarstwem, podobnie jak szefowie ponad 70 firm, do których trafiła propozycja sponsorowania gali z logo CK Promotions. – Ostatecznie dołożyłem sam 20 tys. zł, ale jeszcze się kiedyś odkuję – zapowiada Cieśnik bojowo. Robienia interesów mógłby się uczyć od Snarskiego. – Kiedyś, podczas gali, załatwiłem jednemu facetowi pewną maszynę do jego fabryki o 100 tys. euro taniej – chwali się szef Boxing Production. Szczęśliwy przedsiębiorca poczuł się dłużnikiem, więc wprowadził promotora w towarzystwo, które zostało przez Snarskiego uświadomione co do wagi organizowania zamkniętych imprez z boksem w tle dla wybranych ludzi biznesu.

Jest możliwość wykupienia stolików (im bliżej ringu, tym drożej) i przyjemnego poczucia obracania się wśród ludzi ze swojej ligi. Zdarza się, że niektórzy chcą być kojarzeni z boksem na dłużej i zapłacą, jeśli logo ich firmy odpowiednio się wyeksponuje. – W zamian raz w roku organizuję zamkniętą galę tylko dla sponsorów. Coś w rodzaju podziękowania – mówi Snarski. I biznes się kręci.

Jak się robi show?

Ten rok nie jest dla branży najlepszy. Mało gal. – Nie jest łatwo ściągnąć ludzi na boks, no chyba że w planach jest walka o mistrzostwo świata – mówi Wasilewski, który jest zdania, że pokolenie znawców pięściarstwa jest na wymarciu, zresztą podobnie jak amatorska odmiana tej dyscypliny. Poza tym pojęcie gali się dewaluuje. – Tak samo nazywają się imprezy w nowoczesnej hali i na klepisku – tłumaczy.

Na gali w Rzeszowie koneserów jest garstka. – Chodziłem na boks, jeszcze jak nasza Stal była w pierwszej lidze, wieki temu – mówi kibic w wieku emerytalnym. – Lucek Trela, kojarzy pan? To była gwiazda, z Foremanem walczył na igrzyskach. Większość z tych, co tu dziś jest, pojęcia nie ma o boksie. Ciekawi są Szpilki, bo dopiero z kicia wyszedł – dodaje.

Pierwsze rzędy przy ringu obsadziła ekipa Szpilki, zwanego Szpilą (odsiedział połowę z trzech lat zasądzonych za udział w bójce, wyszedł za dobre sprawowanie). Krótko ostrzyżeni, w koszulkach eksponujących bicepsy i tatuaże. Trzymają swoje towarzyszki na smyczach spojrzeń. Wyrykują hymn państwowy, a przy „Marsz, marsz Dąbrowski…” unoszą nad głowę zaciśnięte pięści i miarowo biją powietrze. – Artur, jedziesz z leszczem!!! Na deski go!!! – wyją, a gdy walka kończy się po pół minucie, wpadają sobie w objęcia: – Jeeeeest, kurwaaaaaaaaaa, wiedziałem, Artur, jesteś wielkiiiiii!!!

Czasy, kiedy pierwsze rzędy były zajęte przez półświatek, to przeszłość – komentuje wyprzedzająco Wasilewski. – Część się wystrzelała, innych potrafiliśmy zniechęcić swoimi sposobami – dodaje tajemniczo. Ich miejsce zajęli znajomi bohaterów z ringu oraz mali biznesmeni, traktujący galę jak pokaz najnowszych towarzyszek życia. – Witam Andrzejku, chciałbym, żebyś kogoś poznał – zażywny jegomość uchyla kaszkietu i wskazuje wzrokiem na drzwi, gdzie w cieniu majaczy sylwetka aktualnej zdobyczy. – Później, zajęty jestem – odpowiada Wasilewski i dodaje: – Pewnie obiecał, że załatwi jej rolę hostessy w ringu.

Dochodzi północ, dojrzała kibicka w bluzce z cekinami ziewa szeroko. Przyjechała na galę zachęcona przez synów. Jakiś czas temu była na podobnej imprezie w Jarosławiu. – No, fajnie jest, tylko trochę mało się dzieje między walkami – dzieli się spostrzeżeniem. A konkretnie, nie dzieje się prawie nic. Z głośników sączy się muzyka. Przez chwilę dorobek artystyczny prezentuje w ringu hiphopowy skład Firma, ale przyjęcie ma lodowate. Sześć kandydatek w konkursie miss gdzieś się pochowało.

Gala bez dziewczyn świecących golizną to nie gala. – Kiedyś na plakacie reklamującym imprezę miałem taką Magdę z okładki magazynu dla facetów. Bilety szły świetnie, aż tuż przed galą coś jej wypadło. Załatwiłem inną, ale ona drętwa, bez drygu. W końcu ją żona wzięła na bok i pokazała: O, tak się macha dupą, żeby faceta podniecić! I jakoś dała radę – opowiada Snarski. Z jego obserwacji wynika, że widownia zdecydowanie przedkłada półnagie wdzięki nad inne talenty: – Jak jest fajna laska, skąpo ubrana, to nawet nie musi umieć śpiewać.

Snarski wie, że sam boks to dla widzów za mało. Na jego galach bywa aktor Michał Milowicz, naśladujący Elvisa, kawałami sypie konferansjer Konjo. – Ubaw jest po pachy. Zdarza się, że wpadnie Zenek Martyniuk z Akcentu. Zaśpiewa „Życie to są chwile” i ludziom nie trzeba więcej.

Andrzej Wasilewski przyznaje, że elementy rozrywkowe zaniedbuje. – Może to błąd? – zastanawia się. Ale efekty, po których ludziom opadają szczęki, są da niego za drogie. Kiedyś w Londynie widział, jak Amir Khan wleciał na ring na dywanie. A w Hamburgu Michalczewskiego, który wyłonił się z oparów dymu w klatce, a obok niego siedział najprawdziwszy tygrys. – A u nas nie ma hali, której sufit wytrzyma dwie tony oświetlenia. Stąd wokół ringu to ohydne rusztowanie z lampami – schodzi na ziemię.

W najważniejszej walce wieczoru w Rzeszowie nareszcie jest boks i ostatnie rundy, w wykonaniu lokalnego bohatera Dawida Cygana Kosteckiego, publiczność ogląda na stojąco, a od sufitu odbija się: – Cygan, Cygan, Cygan!

Wasilewski: – Moja ambicja to przekonać ludzi, że boks jest sztuką.

Polityka 33.2011 (2820) z dnia 09.08.2011; Na własne oczy; s. 100
Oryginalny tytuł tekstu: "Ale gala"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Homofobusy jeżdżą po polskich miastach. Szokują i wykluczają

Homofobusy rozpowszechniają nieprawdziwe informacje na temat osób LGBT. To akcja Fundacji Pro-Prawo do Życia, która wbrew nazwie odmawia osobom nieheteroseksualnym prawa do wolnego od dyskryminacji życia w Polsce.

Agata Szczerbiak
17.07.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną