Społeczeństwo

Zdjęcia znalezione w Orli

Pamięć o żydowskim miasteczku wskrzeszona

Wjazd do miasteczka. Wjazd do miasteczka. Stanisław Ciok / Polityka
W odrodzonej Polsce Orla należała do miasteczek, gdzie wśród mieszkańców zdecydowanie przeważali Żydzi. Dziś pamięć po nich wskrzesza Ukrainiec, prezes kółka rolniczego.
Samotna macewa na miejscowym kirkucie.Stanisław Ciok/Polityka Samotna macewa na miejscowym kirkucie.
Sara Wajsztejn w szkolnych latach.Stanisław Ciok/Polityka Sara Wajsztejn w szkolnych latach.
Trzy synagogi w Orli (jedna murowana, dwie drewniane).Stanisław Ciok/Polityka Trzy synagogi w Orli (jedna murowana, dwie drewniane).

W przybrudzonym woreczku z grubego płótna grzechocą, jak kości, drewniane klocki do nauki arytmetyki. Własność Sary Wajsztejn, uczennicy klasy IV, wyszyte litery są wciąż wyraźne.

Woreczek odnalazł się po tym, gdy Marek Chmielewski z grupą przyjaciół wydał album archiwalnych zdjęć i dokumentów „Orla – historia zapisana obrazem”. W ludziach coś wtedy pękło. Zobaczyli swoich bliskich uwiecznionych, prawie nieśmiertelnych. Wcześniej nie zawsze chcieli pokazywać rodzinne zdjęcia, bo mogło się zdarzyć, że stryjecznego dziadka szucmana (z niem. Schutzmann – policjant, strażnik, wartownik) sfotografowano w opasce ze swastyką.

Po promocji książki orlanie zaczęli przeszukiwać kufry i strychy. Ktoś przyniósł szkolny pamiętnik Janki Bożymówny, 1937 r., klasa VII, ktoś XII księgę Tory, podarowaną Mosze Friedmanowi jak wynika z dedykacji w 1891 r., a potem uratowaną ze skupu makulatury.

– Nie ma takiego domu w Orli, żeby czegoś po Żydach nie było – mówi Marek Chmielewski. – Dokumenty oddane na przechowanie. Obrus, mebel, bo jak Żydów z getta wywieziono, to przecież szabrowali, co tu kryć. I te rzeczy zostały. Tylko menory posprzedawali, bo ceny na skupie metali kolorowych były mocno zachęcające.

Na samym końcu, po Torze i woreczku z pomocami arytmetycznymi, odnalazła się w Izraelu sama Sara, po mężu Awni. Ma 85 lat, jest jedną z dwóch ostatnich żyjących jeszcze orlańskich Żydówek. (W Stanach mieszka córka ostatniego rabina z Orli, Eva Brotman z domu Halpern, ale już nie daje się z nią rozmawiać, na szczęście są spisane jej wspomnienia). Marek Chmielewski pojechał do Hajfy nagrać opowieść Sary. Do Księgi Pamięci, pisanej przez gojów, którą chcą wydać w 2012 r. Akurat minie 70 lat od Holocaustu orlańskich Żydów.

Poznaj swoją ojcowiznę

Pomysł z albumem przyszedł Chmielewskiemu do głowy, gdy zobaczył u Dariusza Horodeckiego, wtedy dyrektora szkoły, kilkadziesiąt starych, rodzinnych fotografii. Dzieciaki przynosiły je w ramach szkolnego zadania „Poznaj swoją ojcowiznę”, tylko przeważnie nie potrafiły powiedzieć, kto jest na zdjęciu i kiedy zostało zrobione. A na każdym byli jacyś ludzie, i to oni właśnie Chmielewskiego interesowali najbardziej. Nie myślał wtedy o Żydach, tylko o swojej Orli. Rusińskiej, polskiej, żydowskiej, nieważne. Dla niego ukraińskiej, ale matka mówi my Biełorusy i ciągle się o to spierają. Tak czy siak, to jest dziś ich Wuorla, tak o niej mówią i piszą; nawet nie tak, jak wypisano cyrylicą na urzędowych tablicach: Орля. (Obecnie większość mieszkańców jest wyznania prawosławnego. W 2009 r. w gminie wprowadzono język białoruski jako pomocniczy, a w 2011 r. pojawiły się dwujęzyczne tablice z nazwami miejscowości).

W sprawie fotografii Marek powiedział przyjacielowi: zróbmy to porządnie. Chodził po wsi po prośbie. (Darkowi by nie pokazali zdjęć, on z Łańcuta, wżenił się w orlańską rodzinę; szacunek u miejscowych ma, ale nie jest do końca swój). Chodził też Teodor Omelianowicz, sekretarz w kółku rolniczym, i Michał Mincewicz, korespondent prasy białoruskiej, rodowici mieszkańcy Orli. Darek skanował i obrabiał zdjęcia w photoshopie, żeby nadawały się do druku. Wtedy dotarło do nich, że połowa Orli mieszka dziś w nie swoich domach. Marek przyznaje: też nie miał tej świadomości.

Poprosili cztery najstarsze orlanki o opisanie zdjęć. Wszystkie po osiemdziesiątce, musieli się spieszyć. Dziś Luba Bogacewicz już nie żyje, a Eugenia, matka Marka, traci wzrok.

Marek, menedżer projektu, załatwiał kasę jako prezes kółka rolniczego, którym został trochę przez przypadek. Trafił na zebranie, na którym mieli rozwiązać peerelowski przeżytek. Popatrzył na statut, taki uniwersalny, każdą działalność można podciągnąć, także kulturalną, a jeszcze podpisany przez jego dziadka, który po drugiej wojnie reaktywował orlańskie kółko. Bo tradycja przedwojenna, od 1926 r. Żal rozwiązać. Wybrali go na prezesa, może dlatego, że miał doświadczenie jako przewodniczący koła wędkarskiego (dziś jest także radnym gminy). I trochę obycia w świecie: zakwalifikował się do programu Szkoły Liderów Polsko-Amerykańskiej Fundacji Wolności.

– Tam mnie pokierowali, gdzie i jak mogę składać wniosek o sfinansowanie naszego projektu – mówi. I tak kółko rolnicze z Orli dostało grant od Fundacji Wspomagania Wsi na wydanie albumu.

Nie sikać na synagogę

Dzisiejsza Orla, powiat bielski, południowe Podlasie, to wieś licząca 900 mieszkańców, ponad 80 proc., oficjalnie, narodowości białoruskiej. Sami siebie określają jako tutejszych, mówiących po tutejszemu. Według Chmielewskiego, są Ukraińcami, mówiącymi gwarą ukraińską, a ich przodkowie najprawdopodobniej trafili tu z Wołynia.

Ale przed wojną Orla była w trzech czwartych osadą żydowską, niektórzy twierdzą, że prawie 90 proc. mieszkańców wyznawało religię mojżeszową. W sąsiednim Bielsku nie wolno było się Żydom osiedlać, stąd run na Orlę, której Krzysztof Radziwiłł (a była Orla kluczem w dobrach radziwiłłowskich) nadał w 1618 r. przywilej swobodnego osadnictwa, niezależnie od wyznania. W efekcie synagogi były tu wyższe od cerkwi i kościołów.

Hitlerowcy zamknęli Żydów w dwóch gettach, a 4 listopada 1942 r., w prawosławne święto Matki Boskiej Kazańskiej, wywieźli do Bielska Podlaskiego, a stamtąd do obozu zagłady w Treblince. Nikt nie przeżył.

Rodzina Sary Wajsztejn miała szczęście. Wysiedlili ich wcześniej, fabrykantów i kapitalistów, pierwsi Sowieci, w 1940 r., do Kazachstanu. Na pół roku zostawili w Orli ojca i wuja Sary, by przeszkolili ludowych czynowników w kierowaniu fabryką. Wajsztejnowie byli właścicielami kaflarni, które zatrudniały kilkuset mieszkańców Orli i okolicznych wiosek. Potem zarządcy się zmieniali, najpierw Sowieci, dalej Niemcy, znów Sowieci, wreszcie Polska Ludowa, a kaflarnia pracowała do lat 90. XX w.

Wajsztejnom udało się przeżyć w Kazachstanie, stamtąd trafili na Ukrainę, do cukrowni, i ten cukier, może niezdrowy, ale kaloryczny, to było zbawienie. Po wojnie wrócili z falą repatriacji. – Widziałem zdjęcie z pochodu pierwszomajowego, w którym idzie Sara – mówi Chmielewski. Fotografia będzie w następnym albumie, ten kończy się wraz z wojną.

Orla bez Żydów to już nie było to samo miejsce. Po kieleckim pogromie rodzina Wajsztejnów wyjechała.

Sara wróciła do Orli z wycieczką izraelskiego biura podróży. Zwiedzali ocalałą murowaną synagogę (dwie mniejsze, drewniane, zostały tylko na zdjęciach). To wtedy przetłumaczyła naczelnikowi gminy napis na kamieniu po prawej stronie od wejścia, o którym wszyscy w Orli sądzili, że ma treść religijną: „Zabrania się oddawania moczu na mury bożnicy”. Naczelnik Zieniewicz tajemnicy nie robił i tłumaczenie poszło w wieś, ale o tym, że to była Sara Wajsztejn, Chmielewski dowiedział się dopiero od niej w Izraelu.

Lenin w ocalałym młynie

W Orli jest urząd gminy, poczta, ochotnicza straż pożarna, szkoła podstawowa i gimnazjum z dodatkowym nauczaniem języka białoruskiego, dwie cerkwie, cmentarz prawosławny, na którym teraz chowani są i katolicy (pierwszy był Józef Nazarewicz), kaplica, podupadająca gospoda i trzy sklepy spożywcze. Jest i rynek: drzewa, ławeczki, klomby, jak duży skwer albo park. Do wielkiego pożaru w 1938 r. rynek zajmowały żydowskie kramice. Trochę domów Żydzi zdołali odbudować przed wojną, rynku już nie.

Pożar był dziełem przypadku. Zajęło się wszystko od gorącego oleju, przez nieuwagę jednej Żydówki, a że budy i domy drewniane, stłoczone (kupa na kupie, dupa na dupie – jak tu mówią), to spaliły się błyskawicznie. Aż dziwne, że nikt nie zginął. Żydzi ratowali, co się dało z kramów i chałup, i nieśli na pokotuwszczynu, jak miejscowi nazywają podmokłe łąki nad rzeką Orlanką, dzielące Orlę od sąsiedniej wsi Koszele. Kilka dni dobytek leżał i koszelowcy robili wycieczki, żeby coś podwędzić. Więc orlańscy warty trzymali, żeby Żydów nie okradziono.

Na kilka lat przed pożarem przyjechały do Orli bojówki endeckie spod Zambrowa, w trzy samochody. I dawaj na rynek Żyda tłuc, kramice rozwalać. Policjanci się pochowali, ale miejscowi bojówkarzy pogonili: nie będą obcy naszych Żydów bić. Bo między sobą się tłukli, normalnie, jak to młode chłopaki. – Do dziadka ciągle na skargę przychodziła jakaś Żydówka, że ojciec pobił jej synka – opowiada Marek Chmielewski. – Dostawał wtedy lanie pasem. Nigdy nie płakał, co dziadka doprowadzało do furii, i bił jeszcze mocniej. A na koniec dostawał dziadek od babki.

Żyli inaczej, każdy po swojemu, ale razem.

Dlatego, gdy się młyn wodny spalił, to Żyd z Polakiem pożyczyli pieniądze od batiuszki i postawili nowy, motorowy. Miele do dziś. Drewniany budynek wygląda jak na przedwojennych fotografiach. Młyn stoi przy wjeździe do wsi, od strony Bielska, wielki pożar tu nie dotarł. W środku, na szczytowej ścianie, na wprost pracującego urządzenia, pokryty mącznym pyłem jak wszystko we młynie wisi portret Lenina.

– Był jeszcze Stalin, ale ktoś go ukradł – mówi Włodzimierz Dmitruk, młynarz. – A tego zostawiłem, niech się trochę pomorduje w tym kurzu.

Kiedy już nie będzie mnie…

„Kiedy umrę, kiedy skonam/kiedy już nie będzie mnie/niech ta kartka Ci przypomni/że była taka, która kochała Cię wpisała się w szkolnej ławie Fejga Miklacka”. W pamiętniku Janki Bożymówny najwięcej jest wpisów żydowskich koleżanek.

Łarysa Kaczyńska, Rusinka, Lalka na nią wołali, zmarła całkiem niedawno, napominała koleżankę: „Jeśli chcesz być kimś w świecie, to się ucz, bo nauka to potęgi klucz”.

Kierowniczka szkoły miała dla Janki inną receptę: „Każdy Polak powinien dążyć do podniesienia ducha narodowego przez utrzymanie narodowości i sławy Polaków”. Kierowniczka była osadniczką z Galicji. – Nasza by tak nie napisała, to oczywiste – śmieje się Marek.

To samo mówili ludzie w Orli, gdy w sierpniu 2011 r. na zabytkowej synagodze ktoś czerwonym sprayem wielkimi literami namazał „Polska dla Polaków”. Polska pewnie tak, ale nasza Wuorla, nasz Iwan, chto orlaneć, każdy pan.

Pocztówka z nieba

„Nic nie rośnie, jeśli nie ma dość solidnych korzeni”, napisali w przedmowie do historii Orli zapisanej obrazem. Marek w końcu jest rolnikiem (trochę wbrew woli: – Ojciec się uparli). Więc chodziło o to, żeby te korzenie pokazać.

Wagi chwili zamkniętej w migawce aparatu czy w obiektywie kamery nauczył ich Kola. Na pamięć znają filmy i zdjęcia Mikołaja Nestorowicza, operatora, fotografa, dokumentalisty. Bo Kola był swój, z Orli, tu urodzili się jego ojciec i dziadek. Stąd wyjeżdżał na krańce świata i zawsze do Orli wracał. Z każdej podróży wysyłał kartki do całej Orli właściwie, ale adresatem bezpośrednim był Marek, pan Marek jak pisał Kola adres: „bar z piwem niedaleko bożnicy”. Albo: „bar koło poczty”. Za każdym razem adresował inaczej i tak, jakby w Orli było z 10 barów.

Ten jedyny prowadził przez osiem lat Marek Chmielewski, sąsiad Koli z hranyci, jak nazywają kwartał na samym końcu wsi. Dawniejsze pocztówki tkwiły pod szkłem na ladzie. Najnowsza pod ręką, żeby pokazać ją każdemu, kto wstąpił na piwo. W dni, kiedy z dalekiego świata przychodziła widokówka, malutki bar pękał w szwach.

A potem Kola wracał ze świata, szedł na piwo i opowiadał. Kiedy nie wrócił, Marek zaczął czekać na pocztówkę z nieba.

– Gdy patrzyłem wtedy na te widokówki, myślałem, że nigdy nie zobaczę tego, co widział Kola – mówi Chmielewski.

Widoczek Bramy Damasceńskiej w Starej Jerozolimie. „Pozdrowienia z Izraela. Piękny i bogaty kraj. Piwo lekkie, najczęściej niemieckie. Pozdrawiam wszystkich. Kola”.

– Piękny, rację miał Kola – Marek starannie zawiązuje sznureczek płóciennego woreczka Sary Wajsztejn. Kiedy był w Izraelu u Sary i w Instytucie Pamięci Yad Vashem, przekazał album z Orli, pomoce szkolne Sary leżały jeszcze zapomniane gdzieś na strychu. Odda woreczek synowi Sary, Josiemu. Obiecał w przyszłym roku przyjechać na Orlański Tygiel Kulturowy. Chcą powtórzyć klezmerski koncert. Ten przed dwoma laty bardzo się podobał. Starsi płakali. Żydowskie piosenki grali przed synagogą, bo nikt nie chciał im dać klucza do zamkniętej świątyni. Dwa lata temu budynek odzyskała Fundacja Mienia Żydowskiego, ale pozwala gminie korzystać z opuszczonej bożnicy pod warunkiem, że organizowane tam imprezy nie będą godziły w powagę miejsca.

Ostatni raz Chmielewski i jego ludzie weszli do synagogi z promocją albumu. Powiesili w środku powiększone fotografie, wybrane z 3,5 tys. zdjęć zebranych i opisanych w trakcie pracy nad tym albumem. Czarno-białe kadry z przeszłości w zniszczonej, ogołoconej synagodze robiły wrażenie.

Przydałoby się jeszcze uporządkować kirkut. Jedną macewę (kamień nagrobny przeleżał pół wieku gdzieś w kącie podwórka) już postawili. Ostatnio ktoś przyniósł drugą, przerobioną na osełkę. Tę chcą jakoś umocować, bo jest mniejsza, więc żeby znowu ktoś nie zabrał. A może udałoby się postawić przed cmentarzem, na wzgórzu, pomnik? Chmielewski widziałby tam trzymetrową, wykonaną z metalu menorę.

Polityka 46.2011 (2833) z dnia 08.11.2011; Na własne oczy; s. 108
Oryginalny tytuł tekstu: "Zdjęcia znalezione w Orli"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kultura

Zofia Posmysz – nikt w taki sposób jak ona nie napisał o Auschwitz

Te książki najlepiej czytać razem: wywiad rzekę z Zofią Posmysz „Królestwo za mgłą” i jej wznowioną powieść – arcydzieło „Wakacje nad Adriatykiem”.

Justyna Sobolewska
14.02.2017
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną