Warszawa surrealna, włoskim okiem widziana

Fabio w Warszawie
Włoski student Fabio Elia przyjechał do Warszawy w ramach programu Erasmus. Studiowaniem zajmował się umiarkowanie, ale któregoś dnia zasiadł w pokoju nauki akademika przy Radomskiej, żeby napisać powieść.
Fabio Elia uważa warszawski epizod w swoim życiu za oficjalnie zamknięty.
Franciszek Mazur/Agencja Gazeta

Fabio Elia uważa warszawski epizod w swoim życiu za oficjalnie zamknięty.

„Warszawa” powstała w marcu ubiegłego roku, kiedy – po rekordowo mroźnej zimie – na stołecznym niebie pojawiły się pierwsze promienie słońca.
materiały prasowe

„Warszawa” powstała w marcu ubiegłego roku, kiedy – po rekordowo mroźnej zimie – na stołecznym niebie pojawiły się pierwsze promienie słońca.

Nie wiedział, o czym będzie, co z tego wyniknie. Po dwóch tygodniach rzecz była gotowa. Zatytułował ją po polsku, po prostu „Warszawa”. Główni bohaterowie mają te same imiona: Felix Polak i Felix Turek. Na początku opowieści spotykają się w tramwaju nr 9: Felix Turek siedzi, Felix Polak stoi. Pozorny spokój sceny burzy zachowanie Turka: starsza kobieta prosi o ustąpienie jej miejsca, a ten – podczas gdy się do niego zwraca – nawet na nią nie patrzy. Jego wzrok zawisł na fasadzie kościoła Niepokalanego Poczęcia przy placu Narutowicza... W umyśle Polaka coś się odpala, jakiś lont: „Spójrzcie na niego: siedzi sobie szczęśliwy, udając, że patrzy przez okno, że coś go tam interesuje, przeklęty Turek. Nazywa się Felix, ja się nazywam Felix. I chcę go zabić. Przypatrzcie się mu dobrze: ten jego zarost, przypadkowo rozsiany na tłustej twarzy, oczka jak u przepalonego marihuaną kurczaka i jeszcze ten kapelusz, zwieńczony pomarańczowymi warkoczykami. Nie cierpię go!”.

Więc nie ulega wątpliwości: Felix Turek musi umrzeć! Zaczyna się szaleńczy pościg, przewrotny i surrealistyczny, podczas którego obaj bohaterowie natykają się na inne postaci, życzliwe i wrogie jednemu czy drugiemu (albo obu), pokraczne i pokręcone. Kilkakrotnie Felix i Felix stają przed sobą twarzą w twarz, ale wciąż coś im przeszkadza w ostatecznej konfrontacji: a to absurdalnie gorliwi policjanci, a to wstawieni staruszkowie, a to kasjerka Kapustka z Carrefoura w Złotych Tarasach, której monotonne, odmierzane bipami życie zmienia się pod wpływem aspirującego do zabójstwa rodaka.

Windziarz na prezydenta!

Ale prawdziwą bohaterką powieści jest tytułowa Warszawa – ze swoimi pomnikami, budowlami (jak hotel Sobieski z „dziwacznym nakryciem głowy”), nowoczesnymi centrami handlowymi (symbol definitywnego zwycięstwa konsumpcjonizmu nad komunizmem). Weźmy wspomniane Złote Tarasy, opisywane przez Elię jako „statek z pokratkowanego i pofalowanego szkła”. No i Carrefour Express w tymże statku, który z ekspresowości nie ma nic a nic. „Tu kasjerki nie patrzą w oczy klientom; tu kasjerki koncentrują się na swojej pracy jak nimfetki na pierwszym stosunku oralnym. Stąd daleko jeszcze do Zachodu, można się leniwie, bez stresu, rozkoszować pracą, można jeszcze smakować upływ czasu. Podczas gdy w innych zakątkach świata, jak Hiszpania, Włochy, Francja, kasa jakiegokolwiek sklepu musi rzęzić pod natłokiem pracy, a kasjerzy muszą sobie przeszczepiać po dwa palce u każdej ręki i dwanaście dodatkowych zębów do uśmiechu. Polska nie wiadomo kiedy tam dotrze, w swoim niezdarnym współzawodnictwie; ale też, dzięki Bogu nie wiedzieć jakiemu, wciąż zachowuje ona dzisiaj parę sobie tylko właściwych rysów. Wcześniej czy później kapitalizm zorientuje się i wymierzy porządnego kopniaka w tyłek każdemu, co do jednego, kasjerowi; ale póki co tyłki polskich kasjerów triumfują”.

Więc na pierwszym planie Warszawa – odmalowana żywymi kolorami, szybkimi, ekspresyjnymi pociągnięciami pióra. Z jej dramatycznymi wspomnieniami, socrealistyczną brzydotą i tumaniącą błyskotkami nowoczesnością. Z karykaturalnymi, kłótliwymi mieszkańcami, z kierowcami autobusów, którzy „albo są szaleni, albo pijani”, z tramwajami ignorującymi prawo szyn i zakręcającymi na wymyślonych trajektoriach. Z „najsłynniejszym głosem miasta”, recytującym co chwila swój „kawałek chwały” w rodzaju: „Następny przystanek Wawelska”. Są polskojęzyczne wtręty (niekiedy wyróżniające się błędną pisownią), takie jak: dzień dobry, uwaga uwaga, bilet proszę, nie rozumiem nic, nazwy kolejnych przystanków i pojedyncze słowa, choćby: bigos, Polaczek, marchew, tata, ziemniaki, pyry, bulwy, kartofle. Są wreszcie polskie dyskusje – wprost z wagonu „dziewiątki”:

Nie pozwólmy się wyrolować również Turkom! Dlaczego zamiast kolejnej kebabiarni nie pozwolą otworzyć mojemu synowi wspaniałej pierogerii? Z obrazkami Pana naszego Zbawiciela?

Dlatego że pierogi są jawną demonstracją naszego braku kreatywności.

Widać, że nie jesteś prawdziwym Polakiem!

Jestem Polakiem i to jak! A wiecie kim jest mój ojciec? Mój tata jest windziarzem w Pałacu Kultury! Tym, który wiezie was do góry, byście mogli śnić wasz sen o panowaniu nad Warszawą, a potem z powrotem w dół, na tę naszą bardziej realną, może, mieszaninę kapusty i ziemniaków.

Tata windziarz ma na imię Arunas i ambitne plany – chciałby zostać prezydentem miasta. Bądź co bądź w swojej pracy spotyka więcej osób niż ktokolwiek inny, więc „wystarczyłoby, przedstawić im jakiś półpoważny program polityczny, przypieczętowany półinteligentną twarzą, by zapewnić sobie ich głosy”.

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną