Społeczeństwo

Śladami złotych klatek

Co się dziś dzieje w dawnych ośrodkach internowania

Arłamów dziś. Ośrodek wciąż się rozbudowuje. Arłamów dziś. Ośrodek wciąż się rozbudowuje. Ryszard Andrzej Kosterkiewicz / Arłamów
W Strzebielinku miejsce internowanych zajęli psychicznie chorzy, do Arłamowa Lech Wałęsa przyjeżdża się odchudzać, w Gołdapi jest sanatorium - własność byłego esbeka.
Ośrodek internowania w Gołdapi, 1982 r. Ośrodek był nieogrodzony, więc  internowane nie mogły chodzić po terenie.Roman Sieńko/PAP Ośrodek internowania w Gołdapi, 1982 r. Ośrodek był nieogrodzony, więc internowane nie mogły chodzić po terenie.
Apartament 52 w Arłamowie. Tu w czasie internowania przebywał Lech Wałęsa.Ryszard Andrzej Kosterkiewicz/Arłamów Apartament 52 w Arłamowie. Tu w czasie internowania przebywał Lech Wałęsa.
Lech Wałęsa w czasie internowania w Arłamowie sporo przytył. Teraz przyjeżdża tu się odchudzać.Ryszard Andrzej Kosterkiewicz/Arłamów Lech Wałęsa w czasie internowania w Arłamowie sporo przytył. Teraz przyjeżdża tu się odchudzać.
Były prezydent w Arłamowie ostatni raz był w styczniu 2011 r. Znów zrzucał zbędne kilogramy (8 kg w tydzień).Ryszard Andrzej Kosterkiewicz/Arłamów Były prezydent w Arłamowie ostatni raz był w styczniu 2011 r. Znów zrzucał zbędne kilogramy (8 kg w tydzień).
Kokotek, stołówka - marzec 1982 r.Janusz Fila/Forum Kokotek, stołówka - marzec 1982 r.

Gołdap

Z Wrocławia do Gołdapi, gdzie w stanie wojennym internowano blisko czterysta działaczek solidarnościowej opozycji, autobusem jedzie się ponad 12 godzin. Mimo to Sława Masłowska-Jabłońska zdecydowała się na wyjazd. Z 32-letnią wychowanicą, której chce pokazać to miejsce. W lesie, nad jeziorem, kilkaset metrów od naszej wschodniej granicy. W czasie II wojny światowej mieściła się tu kwatera polowa Goeringa. Po wojnie - ośrodek wczasowy Związku Zawodowego Pracowników Prasy, Książki, Radia i Telewizji. W styczniu 1982 r. zaczęto przywozić internowane, trzymane wcześniej po więzieniach i aresztach. Straszono je wywozem na „białe niedźwiedzie”. Na miejscu sprawdzały więc, czy pilnujący mówią po polsku. W Gołdapi internowano aktorkę Halinę Mikołajską, Elżbietę „Gajkę” Kuroniową, Alinę Pieńkowską, Annę Walentynowicz, pisarkę Ankę Kowalską (autorkę „Pestki”). Już nie żyjące.

Sława Masłowska-Jabłońska ma największą bazę kontaktów do żyjących „gołdapianek”. Jest dla dawnych towarzyszek niedoli kimś w rodzaju koordynatorki. - My, kobiety, tworzymy wielką rodzinę – powiada – Gdy którejś dzieje się coś złego, to interweniujemy, lecimy na pomoc. Mężczyźni nie mają tego w sobie. Wśród kobiet było też mało takich, które podpisały lojalki. Paradoksalnie, wiele z nas to internowanie wzmocniło.

Spojrzeć z innej strony

Razi ją, gdy słyszy, że Gołdap była „złotą klatką”. Choć określenie to pochodzi od samych internowanych. Używali go niezależnie od siebie w miejscach internowania, które nie były więzieniami, lecz domami wczasowymi, o różnym standardzie. „Gołdapianka” Ewa Brojer tak pisała o tęskniących za dziećmi internowanych: „Mały krasnoludek/ Z niebieską rybą / W zielonym ponczo / Poszedł do szlabanu/ Matka została/ Uwięzione w złotej klatce”.

- Wystrój był w Gołdapi lepszy – wspomina pani Sława – ale psychicznie czułam się gorzej niż w wrocławskim więzieniu, gdzie byłam jednak blisko rodziny. Z własnej woli przyjechała tu po raz pierwszy krótko po zwolnieniu z internowania, w 1983 r., jeszcze w stanie wojennym. Nie sama. Było ich ponad dwadzieścia. Rozgoniła je esbecja. Chciała wtedy zobaczyć to wszystko z innej strony – lasy, jezioro. (Ośrodek był nieogrodzony, więc jako internowane nie mogły chodzić po terenie). I trochę ją zauroczyło to miejsce.

Są wśród byłych internowanych panie, które mają taki uraz, że nigdy tu nie przyjadą. Sporo jednak uczestniczy w rocznicowych letnich zjazdach (było kilka). Raz przyjechała prawie setka kobiet. Marek Miros, od 1990 r. burmistrz Gołdapi, dba o pamięć o tym fragmencie historii. A to jednemu ze skwerów nadano imię Skweru Internowanych, a to poświęcono tablicę pamiątkową w kościele. Pod budynkiem, w którym trzymano internowane, odsłonięto kamień wraz z tablicą pamiątkową. Wystawiono też sztukę „Trzynasty dwunasty”, autorstwa byłej internowanej Grażyny Przybylskiej-Wendt, w wykonaniu aktorów Teatru Dramatycznego z Płocka. Ile było wzruszeń i łez...

Ostatni esbek gołdapski

Ośrodek zmienił się nie do poznania. Dziś jest tu Sanatorium Uzdrowiskowe Wital na 480 miejsc (było 150). Sława Masłowska-Jabłońska, choć docenia zmiany, właścicielowi ośrodka nie podała ręki. Jest on zwany ostatnim esbekiem gołdapskim. Podobno w SB był krótko i już w czasach, gdy internowane uwolniono. Odszedł ze służby w 1990 r. Wital to 20 lat jego aktywności. Najpierw ośrodek wydzierżawił, potem sukcesywnie wykupował i rozbudowywał. - Do spotkań internowanych odnosi się z życzliwą obojętnością – mówi Marek Miros. - Gdy potrzebowaliśmy użyczenia ośrodka, nigdy nie stawał w kontrze.

„Gołdapianki” boli trochę ten chichot historii. Właściciel Witala stara się trzymać w cieniu. Ale media wciąż wyciągają przeszłość. Raz to i burmistrz się trochę zeźlił. We Wrocławiu powstał dokumentalny film o internowanych. Bardzo dobry. Ale na koniec znów było o esbeku i że gołdapianiom wszystko jedno, bo daje im pracę. Tę puenta burmistrz Miros uznał za wredną. - Gołdapianie nie mieli wpływu na to, kto jest właścicielem. A to, że się nic przeciwko człowiekowi nie ma, nie znaczy, że wszystko jedno.

W sanatorium pracę ma 200 osób. Ważne, bo transformacja przyniosła Gołdapi rekordowe - blisko 50-proc. - bezrobocie. Wydobywali się krok po kroku. Dzięki przejściu granicznemu, specjalnej strefie ekonomicznej i statusowi uzdrowiska, uzyskanemu w 2000 r. A nie byłoby go bez sanatorium. Teraz bezrobocie wynosi 21 procent. Z pomocą funduszy europejskich powstaje park zdrojowy, pijalnia wód i tężnie. Jest wyciąg dla narciarzy, są trasy zjazdowe oraz tor saneczkowy. - Z Gołdapi zrobiło się miasteczko-cacko – chwali Sława Masłowska-Jabłońska. To miasteczko jakoś wszystkich godzi. Były esbek rozwija sanatorium. Burmistrz dba, by byłe internowane czuły się dobrze podczas wizyt sentymentalnych.

Strzebielinek

Bez odwiedzin

„W grudniu 1981 zamknięto całą Komisję Krajową Solidarności – opowiadał w styczniu 2010 r. w wywiadzie dla „Gali” Lech Kaczyński – Gdy nas wieźli w nocy po śnieżnych zaspach i skręciliśmy za Wejherowem w ciemny las, przeszło mi na myśl, że to już koniec (...) jakieś obrazy, strzępy zdarzeń przelatują przez głowę... Podsumowuje się życie...” Finał podróży okazał się mniej straszny. Trafili do Strzebielinka. Wcześniej był tu zakład karny półotwarty, dla więźniów zatrudnionych na budowie elektrowni w Żarnowcu. Do złotych klatek miejsce to nie należało, ale nie było najgorzej. Trzymano tu samych mężczyzn. Największą niedogodnością były 14-16-osobowe cele, stale zamknięte. Spacery grupami osób z poszczególnych cel. Służba więzienna w miarę grzeczna, wyżywienie przeciętne, możliwość korzystania z biblioteki. W wigilijny wieczór internowanym pozwolono odwiedzać się w celach. Obok Lecha Kaczyńskiego siedział Jacek Kuroń. Maria Kaczyńska dopiero 22 grudnia 1981 r. dowiedziała się, gdzie jest mąż i że może przygotować paczkę żywnościową.

Dziś jest tu dom pomocy społecznej dla osób przewlekle psychicznie chorych. Duży, na 182 osoby. Ci nowi pensjonariusze pojawili się w 1985 r. Sypialnie są 3-osobowe. Podopiecznymi zajmuje się 100 osób personelu. Placówką od kilkunastu lat kieruje Marcin Ledke. Ale nie zdarzyło mu się gościć kogokolwiek z internowanych.

 

 

Strażnik krzyża

„Ani śladu dawnej obozowej grozy – opisuje Strzebielinek „Dziennik Bałtycki”. - Zamiast baraków pawilony, w jasnych, ciepłych kolorach. Zadbany teren, przystrzyżona trawa. (...) Tylko wysoki metalowy krzyż z cierniową koroną, stojący na środku placu, przypomina o stanie wojennym. No i jeszcze wyjątkowo wysokie lampy, jak z amerykańskich filmów zdradzają. Że kiedyś w tym miejscu musiało być więzienie”.

Reporterka „Dziennika Bałtyckiego” zawitała tu w związku z innym krzyżem – drewnianym, ponad 3-metrowym, wykonanym w marcu 1982 r. przez kilku internowanych. Postać Chrystusa uformowali z dwóch zwiniętych prześcieradeł. Za koronę cierniową posłużył kawałek drutu kolczastego. Ustawili ten krzyż na Wielkanoc w kaplicy więziennej. Biskup przyjechał, poświęcił. Potem wszyscy podpisali się na rewersie.

Gdy wypuszczono ich na wolność, krzyża z podpisami nie pozwolono zabrać. Zniknął z kaplicy przed Bożym Narodzeniem 1982 r. Jego autorzy sądzili, iż został zniszczony. Postanowili go odtworzyć. Replikę umieszczono w Bazylice Mariackiej w Gdańsku w styczniu 1983 r. Obecnie przechowuje ją gdański IPN.

Niespodziewanie 5 lat temu znalazł się oryginał. Przez ćwierć wieku był schowany u jednego z byłych więziennych strażników. Dotarły do niego dwie dziennikarki. Opowiedział jak było. Odzyskana pamiątka trafiła do kościoła w pobliskim Gniewinie.

Jaworze, Głębokie

My i oni      

Na terenie gminy Kalisz Pomorski, w obrębie poligonu drawskiego (zajmuje 2/3 gminy), były w stanie wojennym aż dwie „złote klatki” - Jaworze i Głębokie. Ośrodek internowania w Jaworzu urządzono w wojskowym wczasowisku. Pokoje 3-osobowe, przedpokój z szafą i umywalką. Dwa prysznice i 4 kabiny wc na 20-30 osób. W oknach nie było krat. Internowani mogli się swobodnie poruszać w obrębie pawilonu.

Organizowali sobie wieczory literackie, wykłady, seminaria, działały lektoraty językowe. Przebywali tu m.in. Tadeusz Mazowiecki, Władysław Bartoszewski, Bronisław Geremek. Bronisław Komorowski, Aleksander Małachowski, Stefan Niesiołowski. Andrzej Celiński, Andrzej Drawicz, Ryszard Bugaj, Jerzy Holzer, Jerzy Jedlicki, Andrzej Szczypiorski, Andrzej Czuma. Mieli poczucie uprzywilejowania w stosunku do innych. Wysłali do ministra spraw wewnętrznych protest przeciwko dzieleniu ich na lepszych i gorszych, dodając „jesteśmy gotowi dzielić los pozostałych naszych kolegów”.

Pięć kilometrów od Jaworza w Głębokim internowano dygnitarzy Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej - Edwarda Gierka, Piotra Jaroszewicza, Edwarda Babiucha, Zdzisława Grudnia i innych. - Osobno się trzymali, boczyli na siebie – relacjonuje płk. Zbigniew Mieczkowski, który rozmawiał z dawnym personelem ośrodka. - W wigilię 1981 r. Gierek się spłakał, gdy dostał od pani z kasyna czekoladę.

Powroty Bronisława Komorowskiego

Pułkownik Mieczkowski spędził na poligonie drawskim 17 lat. W przyszłym roku zamierza pisać monografię. Będzie też o „internatach”. Osobiście oprowadzał po Jaworzu Bronisława Komorowskiego, kiedy ten był ministrem obrony narodowej. Przyjechał z synem. Pokazywał mu pokoik-celę, w której był internowany. Opowiadał jak Anna Komorowska brnęła przez śnieg na widzenie. Od razu też telefonował do żony, żeby zdać relację, co tu zastał po latach.

Burmistrz Kalisza Michał Hypki wie, że B. Komorowski jako marszałek Sejmu przyjeżdżał na poligon na polowania, że łowił ryby na Drawie. Jako prezydent był niedawno z wizytą z okazji święta wojsk lądowych. Dziś w dawnym ośrodku w Jaworzu jest internat, w którym kwaterują wojska ćwiczące na poligonie. Pomieścić może 700 osób. Pokoiki 4-osobowe, ciepła woda, poziom bursy szkolnej, ale – jak mówią wojskowi - dobre, bo nie trzeba rozwijać obozowisk namiotowych. Przyjeżdżali Amerykanie, Holendrzy, Włosi. W 2002 r. odbyło się 9 potężnych międzynarodowych ćwiczeń, w ubiegłym roku nie było żadnego.

- Mamy lasy, 50 jezior, wrzosowiska jedne z największych w Europie – wylicza Michał Hypki - Gdy spojrzeć z Góry Hetmańskiej, to dookoła fioletowo, 40 hektarów. Bunkier na górze wytrzyma każdą scenę plenerową. Można by koncerty urządzać. Na poligon przyjeżdża trenować Adam Małysz z teamem. Ale to mało. Gdy nie ma ćwiczeń, można by uprawiać paintball, urządzać rajdy quadów.

Wojsko, według burmistrza, jest tym pomysłom przychylne. Tylko przepisy, procedury utrudniają sprawę.

 

 

Arłamów

Gość dietetyczny

Najbardziej złotą z wszystkich „złotych klatek” miał Lech Wałęsa, którego internowano w ośrodku wypoczynkowym Urzędu Rady Ministrów w Arłamowie (gościli tu swego czasu Josip Broz Tito, szach Iranu Reza Pahlawi z żoną, król Belgii Baudoin I z królową Fabiolą). Wolności nie było, ale jadło znakomite. Wałęsa o tym, jak mu dogadzano napisał w „Drodze nadziei” (węgorze, szampan, pełna lodówka). Podobno przytył 16 kg. Pani Danucie nie spodobała się ta wersja męża.

W 1991 r. ośrodek Arłamowo przejęła gmina. Od niej kupiła go firma Kamax, która też niedawno nabyła drugą część porządowych włości – ośrodek Trójca (4 drewniane wille myśliwskie), na drugim krańcu doliny. Kamax ma obecnie ponad 150 ha terenu, wraz ze stokiem i wyciągami narciarskimi.

Lech Wałęsa po raz pierwszy zajrzał do Arłamowa dopiero w 2000 r., przy okazji kampanii prezydenckiej, którą sromotnie przegrał. Otrzymał w podarunku konia imieniem Avon. Chciał go potem przekazać gdzieś indziej, ale zwierzę broniło się przed wyjazdem, pozostało w Arłamowie do śmierci.

Do kolejnego przyjazdu byłego prezydenta w lipcu 2010 r. Arłamów bardzo się przygotowywał. Zwłaszcza kucharze zamierzali się pokazać. Jednak gość oznajmił, że jest na diecie. Podczas internowania przytył, to teraz zamierza schudnąć.

Zaślubiny po latach

Ośrodek się rozbudowuje. W październiku 2010 r. Wałęsa przyjechał do Arłamowa na uroczystość wmurowania aktu erekcyjnego pod Wschodnioeuropejskie Centrum Kongresowe. I wszystkich zaskoczył. Do tuby z dokumentem wkładano różne pamiątki. Już miano ją zamykać, gdy były prezydent dorzucił ściągnięty z palca złoty sygnet. Wałęsa otrzymał go na 30-lecie Solidarności. Były tylko trzy takie egzemplarze. Jeden trafił na Jasną Górę, drugi do ówczesnego prezydenta Lecha Kaczyńskiego.

Obecnie w Arłamowie jest 120 miejsc i 40 w Trójcy. - Gdy się rozbudujemy, będzie 500 miejsc – zapowiada Ryszard Kosterkiewicz, szef marketingu Arłamowa - Staniemy się największym ośrodkiem na Podkarpaciu. Z centrum SPA, z basenami wewnętrznymi i zewnętrznymi, z podgrzewaną wodą. Sercem obiektu będzie ciepłownia na biomasę. Produkująca ciepło, prąd i zimno. Sale konferencyjne na 800 osób, wielofunkcyjny dziedziniec (2500 m. kw.) ze szklanym dachem, hale sportowa, sale do fitnessu, kryte korty tenisowe, akademia golfa.

Całość ma być gotowa do końca 2012 r. Instytut Lecha Wałęsy i Kamax podpisali list intencyjny o współpracy. W 2010 r. były prezydent został też honorowym obywatelem Ustrzyk Dolnych. Podczas internowania przebywał w apartamencie 52, dwupokojowym – on w jednym pokoju, strażnicy w drugim. Teraz korzysta w Arłamowie z apartamentu 3-pokojowego. W nowym hotelu będzie apartament prezydencki - dwukondygnacyjny.

Zarządcy Arłamowa liczą, że były prezydent zostanie pierwszym gościem. Ostatni raz był tu w styczniu 2011 r. Znów zrzucał zbędne kilogramy (8 kg w tydzień). Dużo wędrował z kijkami. Pozował do fotografii z gośćmi. Służy mu tutejszy mikroklimat. „Pamięć mi nie ciąży – mówił rzeszowskim „Nowinom” - natomiast chyba ciąży mojej żonie, bo za żadne skarby nie chce tu przyjechać. (...) Ale jeszcze ją przekonam i odwiedzimy Arłamów razem”.

Kokotek, Darłówko Wschodnie

Zza jakiś czas

W „Silesianie” w Kokotku koło Lublińca (śląskie) było miejsce internowania dla mężczyzn. Potem ośrodek wrócił do roli wczasowiska. Dziś jedną z atrakcji jest doroczny „Bieg katorżnika”. I nie chodzi o reminiscencje z przeszłości, ale o wysiłek jakiego wymaga licząca 8-12 km trasa przez rowy, błota, wertepy. Właściciele ośrodka współpracują z klubem wojskowym. Stawiają na obozy z elementami szkoły przetrwania oraz na wesela. Byłych internowanych tu nie widują. Jerzy Budniak, dyrektor „Silesiany”, myślał nawet, jak tamten epizod wykorzystać marketingowo. Doszedł jednak do wniosku, że nijak. Bo to miejsce, do którego przywożono ludzi rokujących nadzieje na podpisanie lojalki. I spora część podpisywała. Zwalniano ich do domów w świetle telewizyjnych jupiterów. Nielicznych „niezresocjalizowanych” ponownie przenoszono do więzień.

 

Ośrodek „Gniewko” w Darłówku Wschodnim, (50 m od morza) 30 lat temu był miejscem internowania dla kobiet i mężczyzn. W 2009 r. próbowała ich skrzyknąć Jadwiga Gosiewska, matka Przemysława. Ale szyld PiS-u spowodował, że część potencjalnych współorganizatorów wycofała się z przedsięwzięcia. I też niewiele osób zdecydowało się przyjechać. Byli Anna i Andrzej Gwiazdowie, Gabriela Cwojdzińska, niegdyś senator. Dzisiejszy „Gniewko” nie przypomina zapyziałego wczasowiska sprzed 30 lat. Odnowiony i rozbudowany. Ma własny kryty basen z podgrzewaną wodą. Przyjmuje sporo młodzieży, organizując zielone szkoły i kolonie.

- Myślałem, żeby tam kiedyś pamiątkowa tablicę ufundować. Przecież tu byli Mazowiecki, Geremek, Niesiołowski... – mówi o „Gniewku” Arkadiusz Klimowicz, burmistrz Darłowa (PO). - Może za jakiś czas, kiedy nikomu nie przyjdzie na myśl, by kojarzyć to z imprezą partyjną.

Latem w Darłówku 100 metrów od okien budynku, w którym były internowane kobiety, odbywają się zloty pojazdów wojskowych. Tworzą wtedy krajobraz niczym ze stanu wojennego.

Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Rozmowa z lesbijkami, szczęśliwymi małżonkami

Gdy słyszę, że ktoś krzyczy za mną lesba, wzruszam ramionami i idę dalej. A nawet gdybym miała zareagować, powiedziałabym: tak, lesba, i co z tego? – rozmowa z Małgorzatą Rawińską i Ewą Tomaszewicz.

Joanna Cieśla
12.06.2018
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną