Jak pomóc tym, którzy stracili nadzieję?

Życie po śmierci – zajęcia terenowe
A potem przyszedł esemes z domu dziecka od najstarszej dziewczynki: „Dzwonili z nieba, że im uciekła aniołek. Niech się pani nie boi, nic nie powiedziałam, gdzie pani jest”.
Wolontariusz Piotr z osieroconym Romkiem. Piotr jest w sztafecie od śmierci ojca.
Hanna Musiałówna/Polityka

Wolontariusz Piotr z osieroconym Romkiem. Piotr jest w sztafecie od śmierci ojca.

Anna, prawniczka, wolontariuszka po stracie z byłą podopieczną - Natalią. Dziś Natalia też pomaga innym.
Hanna Musiałówna/Polityka

Anna, prawniczka, wolontariuszka po stracie z byłą podopieczną - Natalią. Dziś Natalia też pomaga innym.

Ksiądz Andrzej zajmuje się obecnie 400 nieuleczalnie chorymi, a także setką dzieci po stracie.
Hanna Musiałówna/Polityka

Ksiądz Andrzej zajmuje się obecnie 400 nieuleczalnie chorymi, a także setką dzieci po stracie.

Pierwsze wyjście w teren wolontariuszki Marzeny było skokiem na głęboką wodę. Podczas wizyty zmarła młoda pacjentka i wolontariuszka musiała zająć się czuwającą przy łóżku rodziną. Tak więc wypiła herbatę, posłuchała kilku historii o zmarłej. Od razu poczuła bliskość, na którą zwykle pracuje się latami; oraz zaszczyt.

Dekadę później Marzena może wyliczyć, co jest szczególnie ważne dla nieuleczalnie chorego i jego rodziny. Tak więc na przykład: słuchanie siebie nawzajem i unikanie uporczywego karmienia (jedzenie to zdrowie, uważa rodzina). Albo: myślenie o dniu dzisiejszym, a nie o jutrze (lub, co gorsza, o przyszłym roku).

Łatwizna

Gdy człowiek umiera, jego rodzina musi się podnieść o własnych siłach i zwykle na własny rachunek. Niestety, często się nie podnosi. Dlatego rodzinom należy pomagać. By słowo hospicjum nie kojarzyło im się z kapitulacją, bo ono oznacza opiekę i gościnność.

Marzena zrozumiała to i odczuła mocno, gdy jej tato chorował pod opieką lekarzy i pielęgniarek związanych z hospicjum na warszawskim Targówku. Odkryła wtedy dobroć i oddanie. Na przykład telefony czynne całą dobę, szybki transport morfiny czy łóżka z podnośnikiem. Było oczywiste, że musi się odwdzięczyć. Została wolontariuszką, dziś jest przy Tykocińskiej kierowniczką. (Tak zaczęła się rodzinna sztafeta, bo jej córka obecnie mówi cicho, że zostanie psychologiem; wychowała się, rzec można, w hospicjum).

Ksiądz Andrzej Dziedziul, marianin, dyrektor ośrodka, jako dziecko trafił na cały rok do prewentorium. Stało się to po tym, jak zmarł jego ojciec, a mama straciła zainteresowanie życiem, włącznie z opieką nad synem. Ponieważ był to najgorszy rok w życiu księdza, już jako duszpasterz i dyrektor otoczył też opieką osieroconych przez rodziców nieletnich. Zajmuje się obecnie 400 nieuleczalnie chorymi pacjentami, a także setką dzieci po stracie i ich okaleczonymi rodzinami. Pracuje z nim 30 wolontariuszy, lekarze i pielęgniarki.

Można, tłumaczy Marzena, usprawnić życie z chorobą albo nawet przygotować rodzinę na ostatni moment. Ale życie po śmierci chorego to jest wyższa szkoła jazdy i nie każdy zdaje egzamin. Zwłaszcza jeśli nie ma odpowiedniego nauczyciela albo idzie się na łatwiznę. Przekonała się o tym kolejna pacjentka Marzeny, która po śmierci męża wpadła w apatię i zaczęła odwiedzać psychiatrę. Psychiatra wypisywał kolejne recepty na lekarstwa, a Joanna przyjmowała je z naddatkiem. Dwa razy odtruwano ją w szpitalu, za trzecim razem niemal umarła. Dziś nie chodzi i nie ma świadomości, gdzie się znajduje. Rok po śmierci ojca dzieci doglądają nieuleczalnie chorą matkę.

Dlatego teraz z hospicjum na Targówku wysyła się listy do rodzin po stracie, zaprasza na herbatkę w czwartek, a dzieci – na sobotnie zabawy. Ogląda się uważnie, jak się bawią, co rysują. Zabiera na kolonie i obozy. Do hospicjum dzwonią matki, gdy muszą zostać dłużej w pracy i nie ma kto odebrać dziecka ze świetlicy. I obserwuje się uważnie dorosłych i dzieci, czy już mogą samodzielnie zacząć żyć z zagojoną blizną.

Wolontariusz Piotr, w sztafecie od śmierci ojca, ma 19 lat i gotową definicję swojej pracy: zainteresowanie człowiekiem.

Punkt widzenia

W Polsce leczenie pacjenta objętego opieką paliatywną przez 12 miesięcy opłaca NFZ; w jakimś sensie jest to pomoc również dla jego rodziny. Ale gdy umrze, rodzina musi podnosić się z dramatu właściwie sama.

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną