O chorobie Parkinsona z pierwszej ręki

Ołów w butach
Ten tekst, który ukazał się w Polityce nr 15 z 2002 r., był jednym z ostatnich napisanych przez AKW. I jednym z najważniejszych. Dziś brzmi jeszcze dobitniej.
Mirosław Gryń/Polityka

Parkinson – powiedziała pani doktor, ledwo zdołałem przejść kilka kroków i od tej chwili, jak przyjęło się mówić od wrześniowej katastrofy w Nowym Jorku, nic nie było tak jak przedtem. Chociaż to nie jest cała prawda: zrazu uwierzyłem, że jakoś się pogodzimy, nie potraktowałem go z należytą powagą. A on i przedtem, jak teraz widzę, dawał o sobie znać. Najpierw delikatnie, potem coraz bardziej natarczywie.

Wiedziałem o dwóch ludziach, którzy mieli parkinsona: papież Jan Paweł II i sędzia Janusz Łętowski. O papieżu wiadomo tyle, co się widzi w telewizji. Łętowski zmarł, zanim jeszcze mnie ta choroba dotyczyła. Zmarł na serce, od parkinsona się nie umiera – ale ja wiem, że śmierć jest zawsze blisko. O śmierci wciąż się myśli jako o alternatywie życia, które jest coraz trudniejsze. Niby wiadomo, że z nim czy bez niego życie jest ulicą jednokierunkową i prędzej czy później dobija się do końca. Ale parkinsonik (tak pieszczotliwie nas nazywają niektórzy lekarze) wie, że prędzej. Wie, że jego bliscy, nawet najbliżsi, zadają sobie po cichu to samo pytanie co on: jak długo? Kiedy? Czy podołamy coraz większym trudom? Czy nie lepiej by było dla niego i dla nas, żeby już...?

Parkinsonikowi może się przydarzyć niejedna przykra rzecz, ale bodaj najgorsze – a przy tym trudne do uniknięcia – jest biadolenie, dlaczego ta choroba przydarzyła się właśnie mnie. Statystycznie trafia się jednemu na ośmiuset–tysiąc, raczej w wieku emerytalnym, częściej mężczyznom niż kobietom – więc parkinsonik, który nigdy nie wygrał czwórki w totka czy stówy na loterii (gdzie szansa jest taka sama), może mieć słuszną pretensję, że los jest dla niego niesprawiedliwy, bo komu innemu dał, co miał dobrego, a jemu zostawił zło. Ale wyłudzanie współczucia prowadzi do tego, że wokół ciebie powstaje próżnia, której obiecałem sobie unikać. Kiedy więc znajomi pytają mnie, jak sobie radzę, odpowiadam jak Anglik: – I am fine! I oni, jak Anglicy, pospiesznie akceptują ten beztroski ton, chociaż obie strony zdają sobie sprawę, że to nie całkowita prawda: – To świetnie!

Właściwie najbliższy prawdy z tym samopoczuciem byłem nie wtedy, kiedy parkinson istotnie mniej mi dokuczał, ale wtedy, kiedy wracałem do domu zmęczony, marząc, jak to zaraz wyciągnę się w fotelu – a tu czekał na mnie mój pies Trep, z nadzieją wymachując ogonem. Nie zdarzyło się, żebym go zawiódł i chociaż na kwadrans nie wyszedł z nim na dwór, znów udając jak Anglik: – I am fine! I oto okazuje się, że niemożliwe staje się możliwe, że ołowianymi nogami można przebierać, że wcale nie jesteś najważniejszy na świecie – i to ci robi dobrze, to cię uczy samodyscypliny. Bracia w niedoli, sprawcie sobie psa!

 

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną