Społeczeństwo

Świat skwierczy i bulgocze

Rozmowa z autorem książki kucharskiej dla niewidomych

„Większość informacji dociera do człowieka poprzez wzrok. Jak się nie widzi, jest trochę nudno. Chce się więcej wąchać, dotykać, smakować”. „Większość informacji dociera do człowieka poprzez wzrok. Jak się nie widzi, jest trochę nudno. Chce się więcej wąchać, dotykać, smakować”. Stanisław Ciok / Polityka
Rozmowa z Markiem Kalbarczykiem, współautorem pierwszej w Europie książki kucharskiej pisanej alfabetem Braille’a, o tym, jak bez zmysłu wzroku można cieszyć się urokami życia
Dla widzących strona pisana brailem to tylko chropowata powierzchnia, a niewidomy odczyta tam tekst.Erwin Wodicka/PantherMedia Dla widzących strona pisana brailem to tylko chropowata powierzchnia, a niewidomy odczyta tam tekst.
Marek Kalbarczyk wraz z recenzentem kulinarnym POLITYKI Piotrem Adamczewskim, wydał pierwszą w Europie książkę kucharską dla niewidomych „Smak na koniuszkach palców”.materiały prasowe Marek Kalbarczyk wraz z recenzentem kulinarnym POLITYKI Piotrem Adamczewskim, wydał pierwszą w Europie książkę kucharską dla niewidomych „Smak na koniuszkach palców”.

Joanna Podgórska: – Czy to prawda, że brak wzroku rekompensuje niewidomym lepszy słuch, węch, dotyk, smak?
Marek Kalbarczyk: – To mit. Niewidomi mają takie same zmysły jak wszyscy inni. Jeśli sprawiają wrażenie, że mają lepszy słuch czy węch, to tylko dlatego, że przykładają do tych zmysłów większą wagę. Zdolności dane od urodzenia kształcą w procesie wychowania, bardziej je rozwijają. Ja nie mam lepszego słuchu, tylko lepiej słucham.

Da się to trenować?
Da się usprawniać. Każdy może to robić. Weźmy dotyk. Dla pani strona pisana brailem to tylko chropowata powierzchnia, a niewidomy odczyta tam tekst. Nie dlatego, że ma jakieś zdolności dane od urodzenia, ale wyczulił dotyk. Pani po miesięcznym kursie mogłaby zrobić to samo. Wiele danych genetycznie zdolności można trzymać w uśpieniu albo wyćwiczyć. W książkach Ludluma czy Forsytha są opisy, jak trenuje się agentów specjalnych. Uczą się walczyć w idealnej ciemności, rozpoznawać obecność przeciwnika poprzez najlżejsze dźwięki czy ciepło bijące od człowieka. To skupienie na wzroku jest chyba domeną naszej cywilizacji. Hindusi czy Chińczycy więcej czują, wąchają, smakują. Traktują zmysły bardziej różnorodnie.

Razem z naszym redakcyjnym kolegą, znawcą kuchni Piotrem Adamczewskim, wydał pan książkę kucharską. Czy zanim wziął się pan za gotowanie, próbował pan jakoś trenować zmysł smaku?
Nie, to przyszło samo. Większość informacji dociera do człowieka poprzez wzrok. Jak się nie widzi, jest trochę nudno. Chce się więcej wąchać, dotykać, smakować. Uzupełnia się brak informacji resztą zmysłów. Pierwsze moje próby w kuchni odbyłem w szkole w Laskach. Tam prowadzi się z dzieciakami zajęcia kulinarne. Mój wychowawca uczył nas, jak obierać kartofle, zrobić placki czy schabowego. Niewidomi mają w kuchni problemy, które widzącym nie przychodzą do głowy. Na przykład, jak podczas obierania ziemniaków wyczuć brudne plamki, które należy wyciąć. Gotowanie to fascynujące zajęcie, dostarczające wielu wrażeń zmysłowych. Tworzenie potraw jest jak nakładanie kolejnych warstw smaku. Dlatego wydałem książkę kucharską, bo niewidomi często nie zdają sobie sprawy, że to może być dla nich proste. Najważniejsze, żeby w kuchni mieć idealny porządek, żeby wszystko zawsze leżało na tym samym miejscu.

Przez intensywniejszy trening smaku czy węchu niewidomi są predysponowani, by być świetnymi kucharzami?
Przede wszystkim smakoszami. W Warszawie, przez bodaj pół roku, funkcjonowała restauracja, gdzie było kompletnie ciemno, a niewidomi robili za kelnerów. Podawali dania do stołów na jeżdżących barkach i niczego nie wywalali. Widzący klienci przyznawali, że potrawy jedzone w ciemnościach nabierają większej intensywności, bo odbierane są tylko poprzez smak i zapach. Wtedy aromaty się uaktywniają, stają się bardziej jaskrawe. Jeśli chodzi o profesjonalne gotowanie, dla niewidomych sprawa nie jest prosta, bo kuchnia to mnóstwo urządzeń i narzędzi. W domu, oczywiście, można sobie pogotować, razem z widzącym albo i bez. To działa integrująco. Niewidomi nie muszą być traktowani jak dziwadło, a przez gotowanie mogą udowodnić otoczeniu, że potrafią sami coś zrobić.

I podobno krojona cebula nie szczypie ich w oczy. Dlaczego?
A to akurat proste. Bo podczas krojenia możemy mieć oczy zamknięte, a nawet odwrócić głowę, żeby zapach nie drażnił nosa.

Jest coraz więcej urządzeń, które pomagają niewidomym samodzielnie funkcjonować. Sam pan stworzył jedno z nich.
Jako informatyk współtworzyłem pierwszy syntezator mówiący po polsku, który trafił na rynek. To prosta rzecz, czyta wszystko, co pojawia się na ekranie komputera: maile, strony internetowe. Ale są też specjalne urządzenia, które pomagają niewidomym w kuchni. Na przykład płynomierz, który zakłada się na szklankę czy garnek i on sygnalizuje, kiedy naczynie jest pełne. Ale ja tego rzadko używam, bo na słuch da się wyczuć, ile nalewanej wody jest w naczyniu. Gdy się wsłuchać w skwierczenia i bulgoty, wiele rzeczy da się wyczuć w kuchni. Po zapachu można wyczuć, czy zasmażka jest gotowa, czy podsmażana cebula jest już złotawa albo kiedy przewrócić smażony kotlet na drugą stronę. Potem, żeby sprawdzić, czy rzeczywiście jest gotowy, trzeba postukać w powierzchnię, czy jest twarda i wydaje odpowiedni dźwięk. Taki suchy.

Ale czerwonej od zielonej papryki pan dotykiem ani węchem nie odróżni.
Nie, ale od tego jest tester kolorów. Przykłada się go do powierzchni i on mówi: czerwony. Powinien go mieć każdy niewidomy, bo pomaga się ubrać, dobrać skarpetki od tej samej pary albo choćby stwierdzić, czy po wyjściu gości światło w pokoju jest zapalone czy zgaszone. Ale żeby go dostać, trzeba przejść procedury: pisać aplikację, zapłacić procent wkładu własnego. Najtańszy kosztuje 700 zł. Podobnie z wagą. Zwykłą można kupić powiedzmy za 50 zł, a mówiącą za 500 zł. Jakim prawem niewidomy ma płacić więcej? Przecież nie jest winien swojej ułomności.

 

Pan mnóstwo zwiedza. Jak to robić nie widząc?
Szykujemy teraz fundacyjną wycieczkę do Lwowa. Rozmawialiśmy, co chcemy tam robić. Oczywiście będziemy zwiedzać zabytki, takie jak cmentarz Łyczakowski, bo czegoś o historii miasta trzeba się dowiedzieć. Ale to, co głównie nas interesuje, to klimat. Idziemy na rynek i słuchamy. Każde miasto ma swój dźwięk. Na Białołęce, gdzie mieszkam, jest pod tym względem nudno; kupa samochodów i tyle. Słabo, nie? No, a jak się pójdzie na Piwną czy pod kolumnę Zygmunta, zaczyna się coś dziać. Staromiejskie knajpki to festiwal dźwięków i zapachów. Albo okolice rynku w Krakowie. Pachną restauracje, małe antykwariaty, sklepy z butami. Po zapachu wiadomo, co się mija. Wy, widzący, nie zwracacie na to uwagi.

Gdy czytałam pana wrażenia ze zwiedzania Mazowsza, poczułam wręcz odrobinę zazdrości, bo prowincja mazowiecka dla widzących to niemal synonim brzydoty.
Tak, żona mi mówiła, że wygląda trochę nudno, ale i tam da się odnaleźć piękne miejsca, takie jak stadnina koni huculskich nad rzeczką w miejscowości – nomen omen – Ślepowrony. Rodzina mi opowiada, a ja sobie wyobrażam, jak to wygląda. Albo muzeum w Mławie. Wszędzie w muzeach są gabloty, tam na szczęście muzeum jest nienowoczesne i gablot jest mało. Wszystko można wziąć do ręki: rusznice, strzelby, pistolety. Rewelacja! Obok w dziale biologicznym mogłem dotykać młodego wypchanego żubra, rysia, tchórza. A w archeologicznym – kamiennego posążka pogańskiego bożka sprzed 2 tys. lat. A koło Mławy jest restauracja Mazowiecka, gdzie można zjeść schabowy przekładaniec z ananasem, serem i cebulką. Fantastycznie zrobiony.

Ale architektura pozostaje niedostępna.
Nie do końca. Wydajemy przewodniki brailem z obrazkami tyflograficznymi, których kontury są wypukłe. Na ich podstawie architekturę można sobie wyobrazić. Zwłaszcza gdy dodać do tego na przykład dźwięk z wnętrza kościołów. W ogóle wiele rzeczy można odtworzyć wyobraźnią. Gdy byłem kawalerem i umawiałem się na randki, miałem pewną smykałkę. Po głosie wiedziałem, jakie dziewczyna ma włosy: kolor, długość, fryzura. Zgadywałem bez pudła. Nie mam pojęcia, jak to robiłem. Potem przy żonie mi to zanikło, bo przestałem chodzić na podryw.

Ma pan swoją ulubioną dźwiękowo-zapachową mapę zwiedzanych miejsc?
W Warszawie, kiedy w niedzielę żona mnie ciągnie do kościoła, to ja chętnie, ale na Starówkę do katedry. Bo tam, jak zagrają organy... Akustyka jest ciepła, rozwijająca dźwięk, tak że aż niesie. To nie echo, to coś więcej. Do tego zapach kadzidła. A jak się wyjdzie po mszy: tłumy, stragany, stukot końskich kopyt. Jedno z moich największych turystycznych odkryć to grecki amfiteatr w Epidauros na Półwyspie Peloponeskim. Rany Boskie, jak tam się klaśnie na scenie, szok! Akustyka idealna. Nawet szepty z dołu słychać w najwyższych rzędach. W takie miejsca chce się wracać. Jadąc do Grecji zatrzymaliśmy się w Skopje i zwiedzaliśmy bazar; w połowie słowiański, w połowie muzułmański. Tam się nasłuchałem, bo mnóstwo handlujących zaczepia, nagabuje, przekonuje; gwar, harmider, a do tego pachną olejki, przyprawy, drewno oliwkowe, sery. Są miejsca fantastyczne nie tylko dla oka. Wiem, że podczas jedzenia wrażenia wzrokowe odgrywają ważną rolę, ale ja za to wymyślam potrawy ciekawe tyflograficznie; wypukłe, ukształtowane jak rzeźba terenu. Na przykład coś, co nazwałem sudetkami – kompozycja różnych mięs, ułożonych nieregularnie w wielkiej żaroodpornej formie. A do tego tu wystaje marchewka, tu jabłuszko, tu śliwka suszona. W dotyku – jak Sudety.

 

Pan nie widzi od zawsze?
Zanim straciłem wzrok, przez kilkanaście lat byłem słabowidzący. Tak jak moja mama i dwóch z czterech moich synów. Genetyczne uwarunkowanie, które dotknęło rodzinę.

Pamięta pan kolory?
Coraz słabiej. Jak próbuję przypomnieć sobie czerwień, trwa to coraz dłużej i jest coraz mniej jaskrawa. Blaknie. Pamiętam obrazy, ale one mają więcej kształtów niż kolorów, rozmywają się w szarości.

Żeby odczytać tyflografiki, czyli rysunki o wypukłych konturach, trzeba chyba mieć świetnie rozwiniętą wyobraźnię przestrzenną?
Trzeba ćwiczyć. Wielu niewidomych tego nie potrafi. Jedzie się od góry do dołu, punkt po punkcie, linia po linii. Trochę jak w obrazie telewizyjnym. Piksluje się. Niewyćwiczony niewidomy zanim dojdzie do dołu obrazka, zapomni już, co było na górze. Trzeba trenować pamięć dotykową, żeby złożyć obraz w całość. I można to robić coraz szybciej, gdy się ćwiczy od dziecka. W Polsce brak systemu profesjonalnej rehabilitacji. W szkole niewidomych uczy się przede wszystkim czytać tekst, nie obraz. Ale czytanie brailem też jest trudne i dlatego wielu niewidomych tego nie lubi i jak już nie muszą, bo skończą szkołę, to nie czytają.

Jak już pan dotykiem prześledzi cały rysunek, to w głowie powstaje jego obraz?
Tak. Mógłbym go nawet narysować. Ale ja lubiłem się uczyć. Mapę Polski mam w głowie bardzo dokładnie. Żona szuka w atlasie Białowieży, a ja bez mapy mogę dokładnie określić jej położenie względem Warszawy.

Deklaruje pan, że dziś bycie niewidomym to tylko utrudnienie, a nie dyskwalifikujące kalectwo. Wydaje pan przewodniki turystyczne, książki kucharskie, otwierając dla osób niewidomych kolejne obszary. Co będzie następne?
Marzę, żeby zbudować dla niewidomych ośrodek rehabilitacyjny, jakiego jeszcze nie było. Chodzi o rehabilitację z wykorzystaniem wody i śniegu. Norwegowie prowadzą rehabilitację na śniegu. Puszczają niewidomych z górki na nartach czy sankach, by ćwiczyli koordynację ruchową i wyczucie przestrzeni. Nie może być tak, że jak niewidomy wstanie, to boi się zrobić krok do przodu. Musi czuć, gdzie jest słupek, ściana, regał.

Jak czuć?
Nie wiem. Dyskutuje się o tym. Chyba dźwiękowo, na zasadzie echolokacji. To też można wyćwiczyć. Są lepsze i gorsze dni. Jak człowiek jest wypoczęty, nie nagadał się za dużo i ma świeży słuch, to idąc zatrzyma się 10 cm przed przeszkodą, bo ją wyczuje. Jak ruszy na nartach czy sankach, przestanie się bać przestrzeni. Jeśli całe dnie siedzi w fotelu, wszystko budzi w nim lęk.

A co z wodą?
Woda to jest bezpieczne otoczenie. Pływać można niemal bez obaw, że człowiek boleśnie zderzy się z przeszkodą. Problem w tym, że nie wie, gdzie jest – zupełnie jak człowiek widzący na środku oceanu. W moim wymarzonym ośrodku byłoby udźwiękowione jezioro. To bardzo proste. Na brzegu ustawia się małe nadajniki, nic wielkiego. W słuchawkach niewidomy odbiera dźwięki sygnalizujące, w którym kierunku jest brzeg. Można by wtedy puścić niewidomych na kajaki. Ja na kajak nie mogę dziś wejść bez osoby widzącej. A wystarczy ustawić jezioro dźwiękowo i świat staje się bardziej dostępny.

 

Marek Kalbarczyk – informatyk, autor poradników matematycznych i rehabilitacyjnych, współzałożyciel i prezes społeczny fundacji Szansa dla Niewidomych. Współtwórca pierwszego dostępnego na rynku syntezatora mowy po polsku. Za działalność społeczną odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski.

Marek Kalbarczyk jest też autorem książek „Świat otwarty dla niewidomych”, „Czy niewidomy może zostać prezydentem?”, przewodników „Mazowsze to nie tylko Warszawa”, „100 najpiękniejszych miejsc w Polsce – zabytki i krajobrazy wreszcie dostępne dla niewidomych i słabowidzących”, „Dotknij Wrocławia”. Ostatnio, wraz z recenzentem kulinarnym POLITYKI Piotrem Adamczewskim, wydał pierwszą w Europie książkę kucharską dla niewidomych „Smak na koniuszkach palców”.

Polityka 04.2012 (2843) z dnia 25.01.2012; Coś z życia; s. 79
Oryginalny tytuł tekstu: "Świat skwierczy i bulgocze"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kultura

Butelki z benzyną w formacie JPG, czyli sztuka protestu

Od kilkunastu lat chodzę na demonstracje dopominające się o prawa kobiet czy mniejszości. Grzecznie już było – mówi grafik Jarek Kubicki, twórca plakatów, które stały się wizualnymi symbolami obecnego protestu.

Jakub Knera
28.10.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną