Rabat na prenumeratę cyfrową Polityki

kup taniej do 50%

Subskrybuj
Społeczeństwo

Czasami jest jak makiem zasiał

Sylvie Guillem - największa współczesna primabalerina

Sylvie Guillem urodziła się 25 lutego 1965 r. w Paryżu. Występowała na wszystkich najważniejszych scenach baletowych świata. Sylvie Guillem urodziła się 25 lutego 1965 r. w Paryżu. Występowała na wszystkich najważniejszych scenach baletowych świata. Bill Cooper / Sadler's Wells Theatre
Tak jak w każdym zawodzie, sukces jest złożony z kilku elementów. Dla baletnicy podstawą jest posiadanie odpowiednich warunków fizycznych, trochę, ale lepiej dużo, talentu, dobrego zdrowia i uporu osła połączonego z pracowitością mrówki - mówi Sylvie Guillem.
„Stosunek tancerza do swojego ciała jest odmienny niż u osoby innej profesji. Ocenia się nas według tego, co możemy z niego wycisnąć”.Bill Cooper/Sadler's Wells Theatre „Stosunek tancerza do swojego ciała jest odmienny niż u osoby innej profesji. Ocenia się nas według tego, co możemy z niego wycisnąć”.

***
Publikujemy rozszerzoną wersję rozmowy z Sylvie Guillem - największą primabaleriną naszych czasów, która ukazał się w nr. 8 POLITYKI.

*** 

Nie marzyła jak wiele innych małych dziewczynek, aby zatańczyć w „Dziadku do orzechów”. Chciała zostać sportsmenką. Mówi o sobie, że jest chłopczycą (garçon manqué). Kiedy więc pojawia się na spotkaniu, nie jestem zbytnio zdziwiona, że ubrana jest w spodnie od dresu i sportowe buty, a ruchami przypomina trochę wyrostka z francuskich przemieść, zamiast eteryczną istotę ze świata baletu przyodzianą w zwiewne jedwabie. Wspaniale czuła się w roli Charlesa d'Éon de Beaumont, francuskiego szpiega przełomu XVIII i XIX wieku, słynnego z noszenia damskich sukien, w którego postać wcieliła się w spektaklu wystawianym w renomowanym Sadler's Wells Theatre w Londynie. Jej kreacje hipnotyzują widownię, a giętkie ciało zdaje się wykonywać bez wysiłku najtrudniejsze „pas”. Niektórzy twierdzą, że prawdziwą gwiazdą jest w świecie baletu ostatnią. Piekielnie utalentowaną, pracowitą, charyzmatyczną, inteligentną, z osobowością, którą ze sceny wręcz poraża publiczność. Po niej już nie będzie baletnicy, która tańcu poświęciłaby całą siebie. Swoje życie. A pewnie jeśli byłaby taka potrzeba, nie zawahałby się oddać i duszę.

Kamilla Staszak: – Podobno chciała pani zostać gimnastyczką jak Nadia Comaneci?
Sylvie Guillem: – Była moją idolką. W domu rodzinnym nikt się baletem nie interesował. Nie słuchano nawet muzyki poważnej. Mama pracowała jako nauczycielka wychowania fizycznego, a ja od małego byłam całkiem zwinna, więc wysłano mnie do Narodowego Instytutu Sportu. Chciałam zdobywać olimpijskie medale. Do baletu trafiłam przez przypadek. Kiedy miałam 10 lat, poszłam na dodatkowe zajęcia do szkoły baletowej, gdyż nauka tańca miała mi pomóc w karierze gimnastyczki.

Mówiąc szczerze, sam trening sportowy mnie trochę nudził, a balet zaczął wciągać coraz bardziej. Na koniec roku wystąpiłam w przedstawieniu i było to dla mnie jak objawienie. Na scenie poczułam rodzaj niezwykłej euforii, nieznaną mi wcześniej ekscytację. Kiedy dostałam propozycję kontynuowania nauki w balecie, bez wahania się zgodziłam. I tak, w wieku 11 lat, znalazłam się wśród małych szczurków.

Szczurków?!
Petit rat – tak nazywa się uczennicę szkoły baletowej przy l’Opéra de Paris. Przez długi czas nie traktowałam mojego tam pobytu jako ostatecznego zrządzenia losu, które zdecyduje o moim całym życiu. Raczej jako przystanek ku czemuś bliżej nieokreślonemu. Nie czułam parcia, aby za wszelką cenę zostać baletnicą. Rodzice mnie do niczego nie zmuszali. Mój pobyt w szkole traktowałam trochę jak wyjazd na kolonię.

Panuje przekonanie, że taka szkoła to ciężka praca fizyczna, pot i łzy…
Jest gorzej. To wojskowa dyktatura. Do wytężonej pracy byłam przyzwyczajona, ale balet jest, choć dziś to się już trochę zmienia, instytucją wysoce zhierarchizowaną i poddaną niezmiennym niemal od wieków regułom. Nawet najzdolniejsza, ale młoda baletnica nie miała szans zatańczenia głównej roli, musiała czekać w kolejce, przechodząc kolejne stopnie kariery. A czas dla tancerki jest nieubłagany. Dopiero Rudolf Nuriejew, kiedy został dyrektorem, dokonał małej rewolucji, pozwalając komuś utalentowanemu i gotowemu na intensywną pracę na szybsze zdobycie wyższej pozycji i możliwość znalezienia się na scenie nie tylko w ogonach, zarezerwowanych dla początkujących.

Podobno twierdził, że była pani jedyną kobietą na ziemi, z którą mógłby się ożenić.
Dla ludzi z mojego pokolenia nie był tylko najsłynniejszym tancerzem baletowym. Był bogiem. A przy tym mężczyzną o niezwykłym uroku osobistym. Wiele mu zawdzięczam. Mieliśmy podobną wrażliwość. Artystycznie rozumieliśmy się w pół słowa. Oboje byliśmy wymagający zwłaszcza dla siebie i nie znosiliśmy mierności innych, co często objawiało się naszym zniecierpliwieniem. Nasze relacje nie należały więc do najłatwiejszych, gdyż cechował nas także brak umiejętności komunikowania się w sposób dyplomatyczny.

Niejednokrotnie dochodziło do bardzo burzliwych scen. Jeśli nie chciałam czegoś zrobić, nie bałam się powiedzieć mu tego prosto w oczy i twardo broniłam swoich racji. Oczywiście jemu to się nie podobało. Zaczynał rzucać przekleństwami i wówczas robiłam to samo. Kiedy krzyczał, wrzeszczałam jeszcze głośniej. W końcu zrozumiał, że musi w stosunku do mnie zmienić sposób postępowania, jeśli mamy razem osiągnąć sukces. A ponieważ darzyliśmy się obopólnym szacunkiem, dochodziło do ugody.

Czy to wówczas otrzymała pani przydomek Mademoiselle Non?
Nazwano mnie tak w Londynie, kiedy tańczyłam już w The Royal Ballet. Myślę, że asertywność jest w życiu bardzo potrzebna. Ale trzeba dokładnie wiedzieć, czego się nie chce, aby móc sensownie umotywować swój sprzeciw i potrafić zaproponować coś w zamian. Dziś odnoszę wrażenie, że sprzeciw stał się jakąś dziwną modą. Wcześniej nie było możliwości, aby baletnica miała czelność sprzeciwić się dyrektorowi lub choreografowi. Wynika to z faktu poddania tancerek od najmłodszych lat wręcz wojskowej dyscyplinie, o której już wspominałam. Bez niej nie byłoby możliwości stworzenia z naszych ciał perfekcyjnych maszyn, gotowych do czynności niemal nieosiągalnych. Sprawia to, że psychika baletnicy zatrzymuje się na etapie dziecięcym, a dziecko nie ma prawa sprzeciwiać się woli dorosłych.

Pani ten stan wiecznego infantylizmu potrafiła przerwać?
Prawdopodobnie dlatego, że nie marzyłam o zostaniu baletnicą. Nie czułam się więc zagrożona wyrzuceniem, bo to nie byłby dla mnie koniec świata. W ten sposób uniemożliwiłam, aby mną manipulowano poprzez strach. Chciałam robić to, co czułam, pozostając przy tym szczęśliwą. Los zdecydował, że pomimo moich licznych nie, które pomogły mi wywalczyć wolność artystyczną, nikt mnie z zawodu nie wyeliminował.

Ale mianował pierwszą feministką w balecie.
Doprawdy? Wolałabym określenie podkreślające bardziej kobiecość.

W wywiadzie dla brytyjskiego The Guardian stwierdziła pani, że się czuje chłopczycą.
Co nie wyklucza, że kobiecość bardzo mi się podoba. Feminizm za bardzo kojarzy mi się z kobietami z wąsami wychodzącymi na ulicy, aby palić biustonosze. Nie cierpię postawy macho, ale feminizm w skrajnej odmianie też jest dla mnie odpychający. Gotowa jestem walczyć, aby kobiety miały takie same prawa jak mężczyźni. Bardziej jednak chodzi tutaj w moim odczuciu o równe traktowanie i szacunek dla człowieka bez podziału na płeć taką lub inną.

Co jest potrzebne, aby stać się największą primabaleriną?
Tak jak w każdym zawodzie, sukces jest złożony z kilku elementów. Dla baletnicy podstawą jest posiadanie odpowiednich warunków fizycznych, trochę, ale lepiej dużo, talentu, dobrego zdrowia i uporu osła połączonego z pracowitością mrówki. Trzeba wiedzieć, do którego wsiąść pociągu, kiedy właśnie przejeżdża. Ważni są także współtowarzysze podróży. Nie cierpię dyscypliny, ale bez niej nic bym nie osiągnęła. Nie ma możliwości, abym wyszła wieczorem na scenę bez codziennego kilkugodzinnego treningu.

A pasja?
Żyję w swoim marzeniu. Balet stał się całym moim życiem, choć początkowo to on mnie wybrał, a ja instynktownie poszłam za swoim przeznaczeniem. Jeśli dla kogoś praca nie jest jednocześnie zajmującym hobby, nie wróżę takiej osobie triumfów.

Kiedy jest pani już na scenie, co jest najważniejsze?
Bycie perfekcyjną. Dlatego nieustannie mam wrażenie, że nigdy nie jestem wystarczająco dobrze do jakiejś roli przygotowana. Ciągle chcę coś dopracować, poprawić i chyba dlatego żadne przedstawienie nie jest takie samo. Wyczuwam to jakby podskórnie i poprzez jakość ciszy.

Istnieją różne rodzaje ciszy?
Oczywiście. Czasami jest jak makiem zasiał i nikt nie śmie nawet chrząknąć. Nie skrzypnie żaden fotel. Wyczuwam wstrzymywane oddechy. Sala jest jak zaczarowana. I magia sztuki zaczyna działać. Potem przychodzą do mnie ludzie i zwierzają się, że zmieniłam ich życie. Dziwne, nieprawdaż?

Taniec jest sztuką tajemną, obecną w życiu ludzi od czasów prehistorycznych. Poprzez taniec próbowaliśmy łączyć się z bogami, gdyż był obecny w różnych rytuałach religijnych. Nie wystarczy więc nauczyć się kręcić pięciu piruetów i robić to bezdusznie. Publiczność to wyczuje i będzie wolała kogoś mniej sprawnego technicznie, ale potrafiącego przekazać tajemnicę.

A trema?
Za każdym razem kiedy mam wyjść na scenę umieram ze strachu, gdyż w czasie przedstawienia na żywo wszystko może się zdarzyć. Ale ten niepokój nauczyłam się przekształcać w rodzaj energii, która dodaje mi skrzydeł. Nie chodzi tylko o możliwości techniczne, ale poświęcenie całym swoim jestestwem. Zawsze staram się obdarzać jak najbardziej hojnie publiczność, która dopiero taki dar doceni. Taniec jest dla mnie misją, którą muszę wypełnić. Obowiązkiem, który ktoś na mnie nałożył, choć nigdy za życia nie dowiem się kto i dlaczego.

Czuje się pani misjonarką baletu?
Misjonarką emocji. Kiedy udaje mi się poprzez to co robię dotrzeć do ludzkich uczuć jest to najpiękniejsza chwila jaką mogłabym sobie wyobrazić. 

Ze zdziwieniem przeczytałam, że lubi pani jeść. A więc łamie kolejny stereotyp – baletnicy żywiącej się tylko sztuką, bo od innej strawy mogłaby przestać być łabędziem. Jak to możliwe?
Ano jakoś. Faktycznie, jeść nie tylko lubię, ale i mogę. Mój metabolizm bez problemu radzi sobie z ulubionymi suchymi kiełbaskami lub włoską wędliną, nie pozostawiając niepotrzebnego grama tłuszczu na biodrach. Kucharką nie jestem najlepszą, gdyż szkoda mi czasu. Wolę jeść.

 

Nie bała się pani porzucić ciepłej posady gwiazdy w Operze Paryskiej, aby przenieść się do londyńskiego The Royal Ballet?
Zrobiłam to właśnie dlatego, że wyobraziłam sobie siebie w komforcie, który by mnie zbytnio rozleniwił. Nikt nie wierzył, że odejdę. Myśleli, że tylko straszę, bo przecież, ich zdaniem, porzuciłabym miejsce, o którym wszyscy marzą, więc nie mogłam po prostu powiedzieć adieu. Zaryzykowałam odejście, nie mając żadnej gwarancji angażu gdziekolwiek indziej. Propozycja z Londynu przyszła tydzień później i to ja dyktowałam warunki angażu.

Zdarzyło się jednak pani kiedyś żałować jakiegoś swojego „non”?
Owszem. Uparłam się, że nie włożę kostiumu, który dla mnie zaprojektowano. Wymyśliłam sobie swój własny, który okazał się beznadziejny. Jednak w sprawie decyzji naprawdę ważnych… doprawdy nie pamiętam. Myślę, że dokonywałam właściwych wyborów, gdyż kierowałam się instynktem, a nie czystą logiką i rozumowaniem. Oczywiście takie działania należy podejmować z głową, ale kierować się sercem.

Łatwo powiedzieć, ale jak to zrobić?
Zbliżyć do siebie i słuchać co mamy do powiedzenia.  

Komu sprzedała pani duszę, że w wieku 46 lat, który dla wielu baletnic jest zaawansowaną emeryturą, ciągle jest rozchwytywaną primabaleriną?
Bez mojego ciała, będącego przecież instrumentem mojej pracy, końskiego zdrowia, które mnie nie opuszcza, nigdy bym nie zaszła tam, gdzie jestem w tej chwili, i rzeczywiście już dawno musiałabym się zająć czymś innym. I Bogu, czy jak go tam zwiemy, codziennie dziękuję za ten podarunek.

Ale skarży się pani na poranne bóle wstając z łóżka…
Które towarzyszyły mi już, kiedy miałam 20 lat. Ból jest obecny w moim życiu od zawsze i nauczyłam się go przezwyciężać, choć kiedyś przychodziło to łatwiej niż dziś. Trudno jest się jednak do niego przyzwyczaić i być może pewnego pięknego dnia będę po prostu miała go dość.

Co więc powoduje, że jednak ma pani ochotę się z tego łóżka podnosić?
Moja praca. Ona mnie nakręca, bo ciągle mam zbyt wiele pomysłów do zrealizowania. I ludzi do poznania, których cenię i chciałabym z nimi współpracować. Obecnie jest to Bill Viola, amerykański artysta zajmujący się sztuką wideo oraz instalacjami. Lubię współpracować z artystami wywodzącymi się z innych dziedzin sztuki i łączyć ich pomysły z tym, co robię.

Trudno jest znaleźć dobrego partnera do tańca?
Bardzo. Na całe szczęście jestem już na takim poziomie zawodowym, że to ja ich sobie wybieram lub mam tę wspaniałą wolność, że mogę jakieś zaproszenie przyjąć lub odrzucić.

W życiu prywatnym też się pani udało. Z fotografem Gillesem Tapie jest pani w związku od wielu lat, choć nigdy nie został sformalizowany.
Ponad 24 lata. A instytucja małżeństwa jako sposobu na rozwód nigdy nie wydawała mi się interesującym pomysłem.

Czy pani przygoda z fotografią to pod jego wpływem?
Francuski „Vogue” chciał zrobić ze mną wywiad i zaproponował zdjęcia mody. Stwierdziłam, że modelką to ja nie jestem ani zbytnio ochoty zostać nie mam. Nie widziałam siebie też w żadnym z portfolio znanych fotografów, które dano mi do wglądu. Wówczas znajomy Gillesa, który widział, że bawię się raczej, niż robię zdjęcia, takim aparacikiem dla idiotów, powiedział, że powinnam sama zrobić sobie sesję. „Vogue” wykazał się dużą odwagą, do ostatniej chwili trzymał 8 stron na publikację, nie wiedząc, co otrzyma. Gilles ustawił w pracowni światła, wyszedł i sama zaczęłam siebie fotografować.

Dlaczego nago?
Moja praca polega na wcielaniu się w różne postaci. Tu miałam ochotę pokazać się bez makijażu, kostiumów i całej otoczki towarzyszącej baletowi. Pokazać siebie taką, jaka jestem naprawdę.

Jak poradziła sobie pani z nieśmiałością, o której często wspomina?
Jest ciągle ze mną, ale nauczyłam się ją przezwyciężać. Poza tym stosunek tancerza do swojego ciała jest odmienny niż u osoby innej profesji. Ocenia się nas według tego, co możemy z niego wycisnąć. Pozwalamy je nieustannie dotykać innym ludziom. Jesteśmy przyzwyczajeni, że jest spocone. Normalnie ktoś ubiera się rano i rozbiera wieczorem. Tancerze robią to po kilka razy w ciągu dnia. Wszystko to sprawia, że nasz stosunek do ciała różni się od przeciętnego i pozbawiony jest powszechnej wstydliwości. Poza tym jestem wychowana w kulturze śródziemnomorskiej, gdzie wszyscy są bardziej dotykalscy niż np. tacy Anglicy.

Ale mieszkając wśród Anglików w Londynie czuje się pani doskonale, jeżdżąc np. do pracy na rowerze?
Trzy lata temu przeprowadziłam się do Szwajcarii i mieszkam teraz w Crans Montana, gdzie zakochałam się w swoim ogródku. Poświęcam mu każdą wolną chwilę, a mój wielki biały kot wącha na wolności kwiatki i inne rośliny, które sama posadziłam. Od razu uprzedzam pytanie, które stawiają mi często ludzie – nie, nie przeniosłam się tam, aby płacić mniej podatków! Cieszę się, że mogę spędzać więcej czasu na łonie natury, gdyż pozwoliło mi to zbliżyć się do samej siebie. Do Londynu wracam bardzo często ze względu na pracę, ale także dlatego, że zostawiłam wielu przyjaciół. Dużo jednak podróżuję po całym świecie.

Między innymi do Łodzi na Spotkania Baletowe.
Był to dla mnie pierwszy pobyt w Polsce i jestem pod urokiem tamtejszego cmentarza żydowskiego. To miejsce magiczne. Jakby wyjęte żywcem z jakiejś scenografii. Razem z Russellem [Maliphantem, z którym Sylvie występowała w Operze Narodowej – przyp. red.] spacerowaliśmy po Łodzi i stwierdziliśmy ze smutkiem, że ulice niewiele różnią się od paryskich czy belgijskich, widzieliśmy postępującą uniformizację stylu życia. Doceniam niezaprzeczalne zalety współczesnej cywilizacji. Ale ten ogłupiający pęd ku konsumpcji i zaślepienie fałszywymi błyskotkami mnie denerwuje. Tym bardziej że prowadzi do zanikania lokalnego kolorytu.

Regionalni rzemieślnicy mają olbrzymie problemy, aby się utrzymać, a wytwarzają unikalne przedmioty. Mogę spędzić godziny podziwiając ich prace w postaci jakiś tkanin, ubrań, mebli, biżuterii, dywanów, naczyń itp. Uważam, że należy ich chronić i wspomagać w ich niepowtarzalnej pracy, a mniej zachwycać się wyrobami znanej marki, które kosztują fortunę, a wszędzie są takie same. Konsumujemy coraz więcej nie zdając sobie sprawy z wartości rzeczy. Jak wiele z nich po prostu marnujemy. I nie szanujemy planety, na której żyjemy. A to przecież nic wielkiego zacząć choćby od sortowania śmieci lub oszczędzania światła. Osobiście wodę po umyciu sałaty używam do podlewania ogródka. Takich drobnych codziennych gestów można uzbierać dziesiątki. Dla mnie ekologia, której jestem wielką zwolenniczką susząc głowę na ten temat wszystkim moim znajomym, to między innymi umiejętność powiedzenia sobie STOP! Tego już więcej nie potrzebuję, bo szczęścia w posiadaniu nie znajdziemy. Życie na Ziemi nie zostało dobrze ułożone, ale to mi sami je takim uczyniliśmy, choć lubimy zrzucać winę na innych. I dalej na oślep gonimy za władzą, pieniędzmi lub ulegamy ślepej konsumpcji. Niszczymy siebie nawzajem i środowisko. Oczywiście zdarzają się pozytywne wyjątki, ale w tłumie niestety giną. 

Czy chciała pani mieć dzieci?
Nie miałam czasu. Był taki moment w życiu, że mniej pracowałam i zastanawiałam się, czy powinnam urodzić. Ale szybko pojawiły się nowe propozycje zawodowe. Pozostanie zatem po mnie kilka filmów lub nagrań przedstawień. Choć zapewne nie przekażą tego, co w balecie najistotniejsze – chwil uniesienia, wzruszenia i ekscytacji. Moich i publiczności.

Nie zastanawiała się pani jednak nad tym, czy za 20 lat nie będzie tego żałowała?
Było to jedno z pierwszych pytań jakie sobie zadałam. Wyobraziłam sobie jednak, że takie dziecko, któremu poświęciłabym swój czas i siebie, za 20 lat trzasnęłoby drzwiami i wykrzyczało, że byłam najgorszą z matek.

Różnie z tym bywa. Znam też przykłady na pozytywne układy rodzinne.
Całe szczęście! Rezultat jest jednak zawsze ryzykowny. Poza tym jest już nas za dużo na tej planecie, więc sprowadzanie na nią jeszcze jednego nieszczęśnika, nie wydawało mi się konieczne. Wystarczy popatrzeć co się dzieje wokół- wojny, dziura ozonowa, kataklizmy, wkrótce zabraknie surowców naturalnych, katastrofy nuklearne itd. Doprawdy dziękuję. Nie chcę zgotować takiego los komuś z mojej krwi. Ze spokojnym sumienie zrezygnowałam więc z posiadania potomstwa. Nas już tutaj nie będzie, ale szczerze współczuję problemom, z jakimi będą się musiały zmierzyć kolejne pokolenia.   

 

Sylvie Guillem urodziła się  w 1965 roku w Paryżu. Jako 10-latka rozpoczęła naukę w Szkole Tańca Opery Paryskie, gdzie będąc jeszcze uczennica w wieku lat 16 dostała angaż, a rok później była już koryfejką (stanowisko w zespole baletowym: jeszcze nie solista, ale już nie członek corps de ballet). W wieku 19 lat zatańczyła główną partię w balecie „Jezioro łabędzie”. Po debiucie Rudolf Nureyev nadał jej nominacje „danseuse etoile”, czyli primabalerinę, a więc najlepszą tancerkę w zespole baletowym. W 1987 roku Guillem zatańczyła w teatrze La Scala na prapremierze baletu ”Don Kichote” w choreografii  Nureyeva. Rok później opuściła Paryż i dostała zatrudnienie w londyńskim The Royal Ballet jako Principal Guest Artist (Główną Artystkę Zaproszoną). Tańczyła główne partie w baletach:  „Bajadera”,  „Jezioro łabędzie”, „Kopciuszek”,  „Giselle”, „Śpiaca królewna”, „Manon” itd. Guillem współpracowała m.in z Mauricem Bejartem, Michaiłem Barysznikowem, Akram Khanem, Williamem Forsythe’m, Robertem Lepage’m, Russellem Maliphantem, z zespołem American Ballet Theater itd. Występowała na wszystkich najważniejszych scenach baletowych świata. Jest także autorką choreografii. W 2003 roku otrzymała z rąk królowej Elżbiety II Order Imperium Brytyjskiego, a w 2009 francuską Legię Honorową. 

Polityka 08.2012 (2847) z dnia 22.02.2012; Coś z życia; s. 84
Oryginalny tytuł tekstu: "Czasami jest jak makiem zasiał"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Fotoreportaże

Czarodziejskie mury Sokołowska. Ludzie przyjeżdżają tu i zostają. Łatwo wsiąknąć

Tutaj rozgrywała się akcja ostatniej powieści Olgi Tokarczuk „Empuzjon”. Empuzy, żeńskie zjawy, czasem krwiożercze, odegrały w niej istotną rolę. Ale to tylko literacka fantazja. W realu Sokołowsko zamieszkuje coraz więcej dobrych duchów. Ich główne zajęcie – przywracanie ducha uzdrowisku.

Joanna Podgórska
15.11.2022
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną