Rabat na prenumeratę cyfrową Polityki

kup taniej do 50%

Subskrybuj
Społeczeństwo

Z pucharu małą łyżką

Narciarska karawana w Jakuszycach

Główna bohaterka i tłumy kibiców. Główna bohaterka i tłumy kibiców. Leszek Zych / Polityka
Przy okazji postoju karawany Pucharu Świata w Jakuszycach okazało się, że biegi narciarskie to nie tylko prestiż i emocje, ale również kłopoty oraz dokładanie do interesu. Oraz że Polak potrafi: dopingować, zrobić z imprezy święto i kompletnie popsuć transmisję telewizyjną.
Bohaterowie drugiego planu - serwismeni (od lewej: Rafał Węgrzyn, Peep Koidu i Are Mets) w kontenerze polskiej ekipy.Leszek Zych/Polityka Bohaterowie drugiego planu - serwismeni (od lewej: Rafał Węgrzyn, Peep Koidu i Are Mets) w kontenerze polskiej ekipy.
Justyna, Justyna - wracało jak refren...Leszek Zych/Polityka Justyna, Justyna - wracało jak refren...

Boże, już widzę, co tu się będzie działo! – opętańczo wrzeszczy do mikrofonu konferansjer, gdy stało się jasne, że Justyna Kowalczyk wygra na jej ulubionym dystansie 10 km klasykiem. – To ona dała nam wiarę, że można dokonywać rzeczy wielkich, że ciężka praca popłaca, a teraz daje nam kolejne wzruszenia i za to ci, Justynko, dziękujemy!!! Jesteś wielka!!! Sto lat, sto lat, niech żyje, żyje nam!!!

Justyna, Justyna – wracało jak refren, a główna bohaterka zdawała się nieco przytłoczona tysiącami spojrzeń i atmosferą wielkiej nadziei. W długiej kurtce, przygarbiona, zakapturzona, truchtająca do swojej ekipy byle szybciej. W ogóle nie było po niej widać, że czuje się na Polanie Jakuszyckiej jak u siebie. Choć to przecież dla niej zorganizowano – po raz pierwszy w Polsce – zawody Pucharu Świata.

Zagadnięta deklarowała wprawdzie, że te starty to dla niej wyjątkowe wzruszenie, że gdyby mogła, wyściskałaby każdego z kibiców, ale równocześnie sprawiała wrażenie, że najchętniej schowałaby się w mysiej dziurze. Rozluźniła się dopiero po wygranej.

Ona inaczej nie umie. Przed każdym startem jest bliska płaczu, z nerwów – tłumaczy swoją podopieczną trener Aleksander Wierietielny.

Zlot gwiaździsty

Kto się na biegach zna, mógł w weekend (17–18 lutego 2012 r.) zobaczyć na własne oczy gwiazdy narciarskich biegów. Kontakt z zawodnikami utrudniał jednak nieco fakt, że byli wiecznie w biegu, również poza trasami: w drodze na trening i z powrotem – do busa, punktu serwisowego, hotelu.

Inna sprawa, że przeciętny kibic przyglądał się mistrzom olimpijskim i świata, nie rozpoznając, z kim ma do czynienia (bo ich twarze, zwykle schowane za goglami, nie są powszechnie rozpoznawalne), ale popularność głównych aktorów rosła w miarę upływu czasu. W sobotę, po finałach, bohaterowie dnia torowali sobie drogę w szpalerze kibiców, wykazując uprzejmą cierpliwość wobec proszących o autografy. – Lepsza okazja, by zrozumieć, że biegi to nie tylko Justyna, już się wam nie trafi – mówi zwycięzca piątkowego sprintu Kanadyjczyk Devon Kershaw (przez spikera zawodów z uporem maniaka przedstawiany jako David), po czym rusza wyściskać swoich serwismenów, a następnie w poszukiwaniu najlepszego cappuccino w Szklarskiej Porębie. – Od października do marca jestem poza domem. Bywa, że się budzę w hotelu i dłuższą chwilę zajmuje mi, zanim się zorientuję, gdzie jestem. Gdyby nie było miejsc, do których lubię przy okazji Pucharu Świata wracać, tobym zwariował – odmalowuje w imieniu wyczynowej społeczności trudy tułaczego życia.

Aby dostać się na trasy pucharowych zawodów w Jakuszycach, należało najpierw odstać swoje w śniegowej brei po kostki, w wyznaczonych punktach Szklarskiej Poręby, w oczekiwaniu na to, że któryś z kolejnych autobusów, oddanych przez miasto do dyspozycji kibiców, nie jest nabity po dach i się zatrzyma (transport własny odradzano na każdym kroku). Dla zobaczenia na własne oczy światowej czołówki biegaczy kibice byli jednak w stanie znieść bardzo wiele.

Tłum wysypywał się na wysokości Polany Jakuszyckiej i wpadał prosto na stragany zaopatrzone we wszystkie możliwe atrybuty kibica, stanowiska malowania twarzy oraz lokalną wersję misia z zakopiańskich Krupówek – tak samo brudnego i równie niestrudzonego w oferowaniu siebie jako obiektu fotograficznej pamiątki. Wśród sprzedawców gadżetów dominowali starzy wyjadacze; obrzuciwszy fachowym spojrzeniem krążące wokół polany grupki ludzi nabierali przekonania, że interesu życia tu nie zrobią. – Niewiele klienta. A i wymuskany jakiś, zdystansowany – dzieli się swoim spostrzeżeniem jeden ze straganiarzy.

Miejsc dla kibiców organizatorzy przewidzieli niecałe 5 tys. każdego z dwóch dni zawodów (– Na początek lepiej jeść małą łyżką – powtarzają w kuluarach), do tego jeszcze niemal wszyscy zostali ulokowani na stadionie, w okolicach startu i mety, gdzie nad godnym zachowaniem widzów czuwali ochroniarze, dla niepoznaki ubrani w kamizelki z napisem „Sędzia” (telewizja uporczywie pokazywała jakieś niekończące się ich utarczki z kibicami). Obawy dotyczyły przede wszystkim tego, że kibic puszczony samopas w las przy trasie może wyzwolić w sobie pokłady niechęci wobec największej rywalki Kowalczyk, Norweżki Marit Bjoergen. A taki wybryk mógł w jednej chwili zaszufladkować Szklarską Porębę jako miejsce niecywilizowane oraz biegom nieprzyjazne. Ostatecznie na leśne trasy zostały wpuszczone grupy małe i zidentyfikowane z imienia oraz nazwiska, dające gwarancję dobrych manier.

Ściśnięcie kibiców na stadionie odbiło się nieco na klimacie imprezy, co podkreślało kilku zawodników (– Przez pusty las to się biega na treningach). Z drugiej strony, atmosfera na trybunach w morzu biało-czerwonych flag była przednia, a owacje dzielono proporcjonalnie do uczuć i zasług. Wrażenie, że dmuchania na zimne było nieco za wiele, dało się jednak wśród kibiców odczuć. – Flagi na kijku nie można wnieść, bo kijek niebezpieczny. Musi być osadzona na drążku lekkim, typu bambus lub plastik. A w Norwegii ludzie wymachują flagami wielkimi jak spadochrony, na grubych palach. I jakoś nikt alarmu nie ogłasza – narzeka Magda Ligocka z Istebnej, która wraz z towarzyszami, uzbrojonymi w ciężkie pasterskie dzwonki, pamiątkę pucharowych zawodów w Austrii, przyjechała kibicować bratu Mateuszowi.

Obawy co do przyjęcia Bjoergen się nie potwierdziły, gdyż na wezwania mistrzów ceremonii norweską mistrzynię gromko oklaskiwano. Chociaż frakcja przekonanych o tym, że astma Marit to lipa i podkładka pod doping, była słyszalna, a jeden z jej przedstawicieli, Maciek z Dąbrowy Górniczej, miał nawet plan: znaleźć – mimo półtorametrowych zasp – jakieś ustronne miejsce na trasie biegu na 10 km klasykiem, pokasływać znacząco ku biegnącej Bjoergen oraz wykrzyknąć frazę, którą zawczasu przyswoił: – Marit, did you take your medicines?

Dzieło życia pana Juliana

Szacunek dla sportowca światowej klasy postanowił najpierw wyrazić Julian Gozdowiec, gospodarz Polany Jakuszyckiej i w tych stronach pomnik narciarstwa biegowego. Tuż po przyjeździe Norweżki do hotelu wręczył jej bukiet róż. Również dlatego, że czuje wobec Norwegów dozgonną wdzięczność za pomoc w lobbowaniu na rzecz włączenia Biegu Piastów, którym zawiaduje, do prestiżowego cyklu Worldloppet, 14 największych biegów masowych świata. Marit przyznała, że takie powitania przy okazji zawodów się nie zdarzają.

Na okoliczność imprezy Julian Gozdowiec musiał oddać władzę działaczom światowej federacji narciarskiej (FIS) i czuł się gościem we własnym domu. Ale bez niego wyczynowy świat nie zjechałby na polanę. Reklamę miejscu, jak mogła, robiła Justyna. Gdy przed trzema laty została w czeskim Libercu, od Polany Jakuszyckiej za miedzą, podwójną mistrzynią świata, na pytanie, co będzie porabiać w poniedziałek, odpowiedziała: A pojadę sobie pobiegać do pana Juliana. Prosto z Liberca przybyli więc do Szklarskiej Poręby dziennikarze skandynawscy, chcąc na własne oczy ujrzeć „kolebkę Justyny” i z ciekawości, co to takiego ta „Panajuliana”. Następnie posłali korespondencje o człowieku, który pierwszy raz zetknął się z biegówkami po tym, jak ewakuujące się spod Stalingradu wojska niemieckie zostawiły je w koszarach w jego rodzinnym Czortkowie, w dawnym województwie tarnopolskim; i który potem, już jako repatriant na Ziemiach Odzyskanych, krok po kroku zrobił z Polany Jakuszyckiej polską mekkę biegania na nartach.

Gozdowiec pomysłowi organizacji Pucharu Świata z początku przyklasnął, tym bardziej że Justyna nieraz powtarzała, że wystąpić przed polską publicznością to jej wielkie marzenie, a poza tym chodziło o promocję regionu. Im jednak więcej dowiadywał się, jak ta pucharowa machina wygląda, rosły w nim ambiwalentne uczucia. – Wszystko się kręci wokół telewizji. Potem w hierarchii ważności są vipy, a na końcu zawodnicy – komentuje z przekąsem, patrząc na trenujących biegaczy (– Śmigają jak TGV – ocenia nie bez podziwu) z okien swojego skromnego biura, ozdobionego prasowymi notatkami o Biegu Piastów, mapami tras oraz pamiątkowymi zdjęciami z dedykacjami zawodników, którym od lat użycza gościny.

Organizacja zawodów pociągnęła za sobą lawinę zakazów. Miejsca wcześniej powszechnie dostępne zostały zagrodzone, wstęp wzbroniony, na co narzekali starzy znajomi, uczestnicy Biegu Piastów, którzy przed tegoroczną edycją, planowaną na początek marca, chcieli na polanie potrenować. A Bieg Piastów to jest impreza nie w kij dmuchał: 5,5 tys. uczestników z 29 krajów, Puchar Świata się chowa, podkreśla Gozdowiec.

Telewizja bez obrazu

Dyktat telewizji dał o sobie znać już na etapie planowania. Na rekonesans przyjechał do Jakuszyc szef biegów w FIS Juerg Capol, stanął na polanie, przyłożył do oczu zwinięte dłonie, patrzył tak chwilę w różne strony, po czym oznajmił: kamery mają stać tu, tu i tam. Następnie zachwycił się panoramami, przenosząc je w wyobraźni na telewizyjny ekran, a niedługo później nastąpiła faza rozważań nad włączeniem do zawodów morderczego podbiegu pod Szrenicę. – Wspinaczkę pod Alpe Cermis podczas prestiżowego cyklu Tour de Ski ogląda w telewizji 200 mln ludzi, pięć razy więcej niż zwykłe zawody – tłumaczy burmistrz Szklarskiej Poręby Grzegorz Sokoliński, pogodzony najwyraźniej z myślą, że w szklanym pudle pot i łzy sprzedają się najlepiej. Ale pomysł zawodów o punkty ostatecznie porzucono.

Burmistrza Sokolińskiego impreza pochłonęła bez reszty, jego telefon stał się połączeniem alarmowym w sprawach małych i dużych: gdy podczas śnieżnej burzy zaginęła dwójka turystów (zgłoszenie się nie potwierdziło), gdy do hotelu goszczącego kilka ekip przyszła listowna wiadomość o podłożonej bombie (fałszywka; obyło się bez ewakuacji) oraz gdy odezwała się telewizja z pretensjami, że droga do Świeradowa-Zdroju, gdzie ma swoją kwaterę, jest nieodśnieżona i jeśli się to powtórzy, z transmisji będą nici. Połączył się więc burmistrz z wicemarszałkiem województwa i poprosił: Jurek, rzucaj sprzęt na Świeradów. I obrazki poszły w świat, a wraz z nimi nadzieje na promocję regionu.

Burmistrz Szklarskiej deklaruje, że na organizację takiej imprezy (w przeciwieństwie do skoków narciarskich deficytowej) miasto samodzielnie drugi raz się nie porwie. Bo prestiż prestiżem, ale gdy w następnej kampanii ktoś mu wyciągnie marnotrawienie publicznych środków, będzie musiał świecić oczami.

Bohaterowie drugiego planu

W cieniu telewizyjnych ciężarówek, tuż obok biathlonowej strzelnicy, swoje stanowiska mieli bohaterowie drugiego planu – serwismeni odpowiedzialni za przygotowanie sprzętu. W rządkach ciasno stanęło kilkadziesiąt kontenerów, w których od rana trwała praca w pocie czoła. Smarowanie, ścieranie, polerowanie, szlifowanie, chuchanie i dmuchanie w oparach proszków, parafin, smarów, przeróżnych związków, głównie na bazie fluoru. Przekroczenie progu kontenera to krok z zimy do tropików, w świat lepkiego powietrza o chemicznym zapachu oraz pary buchającej z żelazek, którymi wkleja się stosowne środki w powierzchnię narty.

O komforcie pracy mogli mówić serwismeni ekip szwedzkiej oraz norweskiej – przygotowujący sprzęt w ciężarówkach poruszających się w ślad za pucharowym cyrkiem. Pomalowany w narodowe barwy szwedzki tir, z wymowną rejestracją WAXERS (od ang. wax – wosk), robi wrażenie, ale i tak chowa się przy norweskim: lśniącej czarnej Scanii z olbrzymią naczepą, rozsuwaną na trzy strony, mieszczącą w klimatyzowanym wnętrzu wygodne stanowiska dla kilkunastu ludzi oraz setki połyskujących w stojakach nart z maleńkimi naklejkami (Marit B., Therese J., i tak dalej), wyglądających jak kredki w pudełku.

Narty dla okrętów flagowych norweskiej ekipy – Bjoergen i Petera Northuga (akurat do Szklarskiej nie przyjechał) – przygotowuje Szwed Perry Olsson. Stół z imadłami do mocowania nart dzieli z bratem Ulfem, który jeszcze nie tak dawno odpowiadał za serwis Kowalczyk. Perry mówi, że tego fachu nie uczą w szkołach, to jest wiedza nabywana latami, empirycznie, metodą prób i błędów. – Pracuję w zawodzie prawie 20 lat, od 15 nie robię niczego innego poza smarowaniem i wciąż są sytuacje, które mnie zaskakują – przyznaje dzień przed zawodami, jakby asekurując się na wypadek niepowodzeń, do których zresztą doszło, bo pucharowe zawody bez norweskich zwycięstw – to się prawie nie zdarza.

Serwismeni nie biorą się do pracy bez detalicznych do przesady raportów pogodowych, aktualizowanych non stop, ale z nich jeszcze nic nie wynika czarno na białym, bo trzeba mieć na uwadze nie tylko specyfikę pogodową, ale i klimatyczną. – Te same warunki atmosferyczne w Norwegii i w Polsce jeszcze nie oznaczają, że mamy do czynienia z identycznym śniegiem – tłumaczy zawiłości fachu Olsson.

W sobotę fachowość serwismenów została wystawiona na ciężką próbę, gdyż – po raz pierwszy od dawna – zawody w Jakuszycach odbywały się na śniegu naturalnym. Do tego jeszcze temperatura wokół zera, deszcz na przemian ze śniegiem, wilgotność wzmocniona mgłą, co razem tworzyło warunki rodem z koszmaru serwismena.

Ostatecznie o sukcesie Justyny przesądził manewr postawienia na narty bez smarów; przed startem tylko je przetarto papierem ściernym i posypano specjalnym proszkiem. Rafał Węgrzyn, pomagający w przygotowaniu nart dla Kowalczyk pod batutą estońskich wyjadaczy Are Metsa i Peepa Koidu, mówi, że testowali do końca, poza tym podglądali, jak się spisywały narty przygotowane przez konkurencję, bo w tym fachu trzeba mieć cały czas oczy i uszy otwarte.

Gdy Węgrzyn, zrelaksowany i szczęśliwy, odbiera gratulacje za sukces Justyny i opowiada o tajnikach fachu, Perry Olsson z zatroskaną miną pakuje sprzęt do Scanii. Karawana rusza dalej.

PS Mimo nadziei organizatorów zawodów Pucharu Świata w Polsce na promocję regionu i tej dyscypliny sportu, coś jednak musiało pójść kiepsko, bo transmisja TV była fatalna. Prawie w ogóle nie pokazywano biegaczy, jakby na trasie była tylko jedna, osamotniona kamera. Miliony telewidzów zostały całkowicie pozbawione emocji widowiska. Złość na TVP była tak duża, że szwedzka ekipa rozważała nawet złożenie oficjalnego protestu. Jacek Jaśkowiak, szef komitetu organizacyjnego, nie dziwi się temu oburzeniu. Tłumaczy, że gdy w sierpniu przyjechali do Jakuszyc rekomendowani przez FIS eksperci od pokazywania w telewizji biegów, w dziale realizacji transmisji TVP popatrzono na nich z góry: nie będą się Szwedzi mądrzyć, mamy doświadczenie ze skoków w Zakopanem. I wyszło, jak wyszło. – Szef Komisji Biegów FIS był wściekły: Jacek, jeśli chcesz, żeby biegi do Jakuszyc wróciły, musisz mi zagwarantować, że taka kompromitacja się nie powtórzy.

Polityka 08.2012 (2847) z dnia 22.02.2012; Na własne oczy; s. 100
Oryginalny tytuł tekstu: "Z pucharu małą łyżką"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Fotoreportaże

Czarodziejskie mury Sokołowska. Ludzie przyjeżdżają tu i zostają. Łatwo wsiąknąć

Tutaj rozgrywała się akcja ostatniej powieści Olgi Tokarczuk „Empuzjon”. Empuzy, żeńskie zjawy, czasem krwiożercze, odegrały w niej istotną rolę. Ale to tylko literacka fantazja. W realu Sokołowsko zamieszkuje coraz więcej dobrych duchów. Ich główne zajęcie – przywracanie ducha uzdrowisku.

Joanna Podgórska
15.11.2022
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną