Rozmowa z Grzegorzem Cieleckim, antykwariuszem

Zapomniany świat majora Downara
Jeden lubi oglądać Klossa po raz dwudziesty, drugi relaksuje się przy lekturze powieści milicyjnej. Ci, którzy szukają ich w naszym antykwariacie, to często ludzie stateczni, z dobrą pozycją zawodową, tytułami naukowymi - mówi Grzegorz Cielecki.
„Większość kryminałów z PRL można po parę złotych kupić bardzo łatwo, w antykwariatach, u bukinistów, na pchlim targu czy na Allegro”.
Stanisław Ciok/Polityka

„Większość kryminałów z PRL można po parę złotych kupić bardzo łatwo, w antykwariatach, u bukinistów, na pchlim targu czy na Allegro”.

Stanisław Ciok/Polityka

Stanisław Ciok/Polityka

Stanisław Ciok/Polityka

Joanna Podgórska: – Z tą powieścią milicyjną to ironicznie czy na serio?
Grzegorz Cielecki: – Na pewno jest w tym sporo ironii. Nasz klub to w dużej mierze forma zabawy: wyszukiwanie smaczków w peerelowskich kryminałach, nieudolności pisarskich, niezamierzonej śmieszności. Jak w każdym masowym gatunku literackim także i tu trafiają się oczywiście nieźli autorzy i dobre książki. Jeden lubi oglądać Klossa po raz dwudziesty, ja zresztą również mam tę przypadłość, drugi relaksuje się przy lekturze powieści milicyjnej. Ci, którzy szukają ich w naszym antykwariacie, to często ludzie stateczni, z dobrą pozycją zawodową, tytułami naukowymi. Bywa rektor jednej z prywatnych uczelni, pani doktor prawa, pewien wydawca. Wpadają raz w miesiącu, biorą po dwie, trzy książki do poduszki, na podróż. Są też klienci bardzo młodzi, dla których PRL to historyczna ciekawostka, ale zobaczyli jakiś film Barei i ich zainteresowało. Miałem parę przypadków licealistów, którzy prosili, żeby im coś takiego wybrać, bo szykują prezentację maturalną o powieści milicyjnej.

Kiedy ta przypadłość zaczęła się u pana?
Pierwszą styczność z takimi kryminałami miałem oczywiście w podstawówce.

Myślę o nawrocie choroby.
Od założenia klubu minęło 10 lat. A zaczęło się od przypadku. W prezencie dostałem paczkę około 100 książek, wśród nich sporo kryminałów. Podczytywałem je sobie w wolnych chwilach. Leżały na podłodze za kanapą, a odwiedzający mnie znajomi pytali, co to. Okazało się, że oni też lubią ten gatunek. Po paru rozmowach przy piwku powstał pomysł, by założyć klub. Zawsze miałem skłonność, by gromadzić wokół siebie znajomych, ale żeby punktem stycznym spotkań był jakiś temat. To jest jakiś punkt odniesienia. Jak w każdym tego typu środowisku, osób zaangażowanych jest kilka czy kilkanaście, a reszta to satelici, sympatycy.

Wcześniej był pan prezesem klubu poetyckiego i animatorem pisma „Próba atmosfery”. Można powiedzieć, spory rozrzut.
Można powiedzieć: przepaść. Choć powieść milicyjna też może być poetycka, jak się na nią odpowiednio spojrzy. To jest związane z pewnymi etapami w życiu. Gdy człowiek jest młodszy, ciągnie go poezja, ale z upływem czasu coraz bardziej – proza. A że powieść milicyjna, to przypadek. Łatwo mi sobie wyobrazić, że prowadzę jakiś inny klub. To chęć, by coś robić poza pracą zawodową, i potrzeba, by pozostawić jakiś namacalny ślad. W jednym i drugim klubie wydawaliśmy antologie, zbiorki. W klubie MORD wydajemy „Serię z Warszawą”. Właśnie ukazał się 29 tom, a kolejne są w produkcji.

To są kryminały trudno dostępne, które miały niskie nakłady?
Też, ale głównie takie, które nigdy nie ukazały się w formie książkowej, tylko były drukowane w prasie, w odcinkach. Tak zwane gazetowce. To one mają znaczenie dla koneserów gatunku. Większość kryminałów z PRL można po parę złotych kupić bardzo łatwo, w antykwariatach, u bukinistów, na pchlim targu czy na Allegro. Są tytuły rzadsze, ale jest ich niewiele. Natomiast jeśli ktoś interesuje się konkretnym autorem i dowiaduje się, że jest książka, której nie zna, chętnie ją kupi po cenie księgarskiej. To białe kruki wydawane w nakładzie klubowym 100–200 egzemplarzy. Rozchodzą się poprzez klub i pocztę pantoflową. Nie są osiągalne w normalnej dystrybucji. Prawie całą robotę redakcyjną wykonuje jedna osoba. Pozyskane fundusze inwestujemy w wydanie kolejnego tomu.

Skąd się wie, gdzie i kiedy ukazywały się gazetowce?
Nie wie się. Szuka się po omacku w różnych „Nowinach Rzeszowskich” i „Głosach Szczecina”. Są w klubie dwie osoby, które siedzą w bibliotekach i wertują stare roczniki. Mamy w bazie już 200 pozycji kryminalnych, nigdy niewydanych w formie książkowej. Większość z nich będziemy się starali opublikować. Autorów z tzw. wielkiej czwórki, czyli Helena Sekuła, Anna Kłodzińska, Jerzy Edigey, Zygmunt Zeydler-Zborowski, mamy już w niemal stu procentach wydanych. Do tej grupy trzeba by jeszcze dorzucić Barbarę Gordon, ale jej dzieła w całości wyszły książkowo w PRL.

Mam wrażenie, że moda na powieść milicyjną to kwestia pokoleniowa. Czterdziestolatki szukają wspomnień z dzieciństwa?
Niewątpliwie jest to szukanie atmosfery i detali ze świata minionego. A dzieciństwo to okres, który każdy jakoś tam w sobie pielęgnuje. Zaraz ktoś powie: nieprawda, to były głupie propagandówki, co tam można znaleźć. A tam można znaleźć np. opisy nieistniejących już lokali gastronomicznych. Choćby głośnej kiedyś mordowni Jantar przy ul. Świętokrzyskiej. Odnalazłem opisy już w pięciu książkach. Ostatnio w „Zakatarzonym masażyście” Zeydlera-Zborowskiego. O, proszę: „– Byle tylko nie do tego cholernego Jantara – skrzywił się sierżant. – Straszna speluna. Trudno zrozumieć, że takie coś znajduje się w reprezentacyjnym punkcie w Śródmieściu”. Jantar musiał paść we wczesnych latach 80., w klubie są osoby, które go jeszcze pamiętają. Można się pokusić o szukanie pocztówek z tego okresu. Może na którejś będzie jego szyld. Albo mignie w jakimś starym filmie, np. u Barei.

Nas fascynują właśnie takie głębinowe, drobiazgowe poszukiwania. Podczas spotkań klubowych oglądamy też stare filmy. Nie po to, by śledzić fabułę, bo każdy ją dobrze zna, ale po to, by na stop-klatkach zatrzymywać detale: witryny, hasła typu: „Spawaj tylko w kasku”, neony. Organizujemy klubingi, czyli spotkania plenerowe, podczas których odwiedzamy miejsca opisane w powieściach milicyjnych, szukając tego, co pozostało. Chociaż autorzy uprawiali czasem realizm magiczny; mylili tropy, opisując nieistniejące lokale, budynki czy nawet ulice. Ale one są wpisane w tkankę warszawską, która jak najbardziej istniała. Deszyfracja tych map jest fascynująca. I to jest ta część działalności klubu, którą traktuję serio – wątki varsavianistyczne.

Paryżanin, który ostatni raz widział swoje miasto 25 lat temu, mógłby się dzisiaj trochę zdziwić. Warszawiak by zgłupiał. Szukacie miasta, które w sporej części zniknęło.
Nie ma chyba miasta, które zmieniałoby się tak szybko. Rok w Warszawie to jest epoka. Na miejscach ruder powstaje 20 nowych apartamentowców. Pojawiają się coraz to nowe sklepy i lokale. Weźmy choćby budynek przy ul. Jana Pawła II nr 65. Od kiedy padł sklep monopolowy U Grażynki, było tam już pięć kolejnych lokali: cukiernia, spożywczy, barek ze zdrową żywnością, kuchnia hinduska, od paru tygodni jest drogeria zielarska. Więc co tu mówić o lokalach rodem z PRL? Właśnie padł ostatecznie słynny bar kawowy Jaś i Małgosia, istniejący od 1967 r. Na szczęście zdemontowany neon trafił do muzeum na Pradze.

 

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną