Ptaszenie, czyli podglądanie ptaków

Styl lotu zimorodka
Jak odnaleźć frajdę w ptaszeniu – podglądaniu i podsłuchiwaniu ptaków.
Ptaszenie zaczyna się romantycznie i niewinnie, od lornetki za kilkadziesiąt złotych i niedzielnych spacerów po parku.
Erich Schlegel/Corbis/BEW

Ptaszenie zaczyna się romantycznie i niewinnie, od lornetki za kilkadziesiąt złotych i niedzielnych spacerów po parku.

BEW, AN

BEW, EAST NEWS

Kto przyjrzy się ptakom nieco uważniej, dość szybko odkryje ich prywatne sprawy. Gęsi i łabędzie łączą się w pary na całe życie (a przynamniej do śmierci jednego z partnerów). Trochę się też zdradzają, ale nie tak jak najmniejsze ptaszki, których życie uczuciowe to pasmo przelotnych romansów. Będą też krwawe dramaty, niestety, najczęściej kończące się pożarciem głównego bohatera. A także radość spotkań z niespodziewanymi wędrowcami.

Pojawiają się tam, gdzie w ogóle nie powinno ich być, jak słowik syberyjski, który w grudniu 2005 r. poszukiwał owadów na brzegu niezamarzniętej rzeczki na przedmieściach przysypanego śniegiem Białegostoku. Słowiki syberyjskie gnieżdżą się w tajdze wschodniej Azji, grudnie spędzają w tropikalnej Azji Południowo-Wschodniej i dotąd obserwowano je w Europie tylko dwukrotnie. Albo mewy z Ameryki – regularnie odwiedzają Polskę.

Mniej więcej 250 gatunków ptaków zakłada w Polsce gniazda, kolejne sto często tu zagląda, setka pojawia się przez kilka, czasem kilkadziesiąt lat, albo i zupełnie wyjątkowo, jak np. sieweczka morska, której gniazdo znaleziono dotąd tylko raz.

Kto ptasi i po co

Między Odrą i Bugiem widziano więc w ciągu ostatnich dwustu lat 450 gatunków ptaków. To całkiem sporo, niewiele mniej niż na Wyspach Brytyjskich albo w Holandii. Tymczasem w Polsce ptaki podgląda kilka, góra kilkanaście tysięcy osób, natomiast w Wielkiej Brytanii ponad milion. Królewskie Towarzystwo Ochrony Ptaków od lat szczyci się, że jest największą brytyjską organizacją pozarządową. Ekonomiści wyliczyli, że mimo kryzysu Brytyjczycy w ostatnim roku wcale nie ograniczyli wydatków na ziarno i inne specjały sypane ptakom do karmników. W USA książki, lornetki, lunety, kamery, sprzęt do nagrywania głosów, budki lęgowe z kamerami, wysyłające obraz do komputera lub telewizora, ubrania i buty, płyty z głosami, ziarno do karmników, noclegi podczas wycieczek – czyli cały biznes ptasiarski – wart jest 25 mld dol. Rocznie ptasiarze zapewniają Ameryce około 60 tys. miejsc pracy. W Holandii powstały wyspecjalizowane szajki okradające obserwatorów z lornetek i lunet. Rabusie nie mają później problemów ze sprzedażą sprzętu na chłonnym rynku. Na ptaki patrzą Niemcy, Francuzi i cała Skandynawia, zwłaszcza Szwecja i Finlandia, mimo że mnóstwo ptaków ucieka stamtąd przed długą, ciemną i siarczystą zimą.

Ptaszenie zaczyna się romantycznie i niewinnie, od lornetki za kilkadziesiąt złotych i niedzielnych spacerów po parku. W skrajnej postaci może doprowadzić do – nie ma jeszcze dobrego polskiego słowa – tzw. twitchingu (od angielskiego twitch, oznaczającego drganie lub tik nerwowy). Twitcher to osobnik gotowy rzucić wszystko, wziąć urlop na żądanie albo opuścić rodzinną uroczystość i przejechać setki kilometrów, by zobaczyć ptaka, którego jeszcze nie ma na życiowej liście. Wielu obserwatorów nie ceni jednak wyczynowców, uważając, że pogoń za wynikiem stępia przyrodniczą wrażliwość. Tak czy inaczej – ptaszenie wciąga.

W Polsce, jak wszędzie na świecie, są wśród ornitologów amatorów ptasiarze niedzielni, którzy może i nie wiedzą, co to takiego grubodziób, za to cieszą się ze spotkań z ptakami pospolitymi, choćby z parkową sikorką i kwiczołem w przydomowym karmniku. Spora grupa, nieco bardziej obeznana z ptakami, choć bardzo często bez studiów biologicznych, wspiera profesjonalnych naukowców w badaniach i publikuje w jak najbardziej naukowych czasopismach. Jeszcze inni obserwują tylko nad ulubionym jeziorem, w przeciwieństwie do wyczynowców jeżdżących setki kilometrów dla jednego ptaka.

Co można wyptasić

Na przykład tylko po to, by na jeziorze pod Zamościem zobaczyć sterniczkę pochodzącą z Azji Środkowej, szlamca długodziobego rodem z Ameryki, odpoczywającego na dnie spuszczonego stawu pod Poznaniem, birginiaka – być może nawet aż z Alaski, pływającego w ujściu Wisły, albo owego słowika syberyjskiego, który zamiast w Białymstoku powinien zimować w Tajlandii.

Wiosna to najlepszy czas na podglądanie ptaków – są w ciągłym ruchu. Na przełomie lutego i marca wróciły skowronki, czajki i żurawie. Później, przez cały marzec, ku tundrze Dalekiej Północy ciągnęły tysiące gęsi zbożowych i białoczelnych. W tym samym kierunku odleciały z naszych lasów, parków i pól eleganckie jemiołuszki z czubkiem na głowie, które spędziły zimę na poszukiwaniu owoców jemioły, równie eleganckie górniczki, czyli północne skowronki, oraz śnieguły przypominające białe wróble.

Zaraz po Wielkanocy meldują się pierwsi podróżnicy, którzy zimę spędzili w ciepłych krajach. W Indiach były dziwonie, których jaskrawoczerwone samce śpiewają u nas fletowym głosem w nadwodnych wiklinach. Bezpośrednio z Afryki przylatuje reszta owadożernego drobiazgu. Stamtąd docierają też niektóre mewy oraz ptaki drapieżne: rybołowy, kanie, orliki, błotniaki oraz bataliony, łęczaki i kuliki, czyli tzw. siewki, ptaki ze śmiesznie długimi dziobami i zazwyczaj bardzo długimi nogami, przydatnymi, gdy – jak siewki – żyje się na bagnach i mokradłach.

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną