Rękodzieło robi karierę

Ręka do dzieła
W cenie jest to, co pomysłowe, niepowtarzalne i wykonane ręcznie. Każdy może zostać artystą?
Anna Traczewska, właścicielka firmy metka by traczka, zaczęła od woreczków na bieliznę.
Leszek Zych/Polityka

Anna Traczewska, właścicielka firmy metka by traczka, zaczęła od woreczków na bieliznę.

Zofia Borucińska, założycielka galerii Las Rąk Laboratorium Rękodzieł. To nie tylko targ, także szkoła rękodzieła.
Leszek Zych/Polityka

Zofia Borucińska, założycielka galerii Las Rąk Laboratorium Rękodzieł. To nie tylko targ, także szkoła rękodzieła.

Fotel z plastikowej beczki autorstwa Roberta Pludry i Jakuba Sobiepanka. Jeden z hitów ostatniej edycji Przetworów.
Przetwory/Materiały promocyjne

Fotel z plastikowej beczki autorstwa Roberta Pludry i Jakuba Sobiepanka. Jeden z hitów ostatniej edycji Przetworów.

Anna Traczewska, zanim zaczęła utrzymywać się z szycia podróżnych woreczków na bieliznę, zajmowała się komunikacją marketingową i piarem. Rozkręcała znane marki telewizyjne. Rękodzieło zaczęło się u niej sześć lat temu. – Chciałam obdarować przyjaciółki na gwiazdkę prezentami zrobionymi własnoręcznie. Nie wiem, skąd przyszedł mi do głowy pomysł na woreczki, ale okazał się genialny – mówi. Kupiła lniany materiał w paski, wszyła tasiemkę do ściągania i uszyła proste, nieduże woreczki. – Dziewczyny piały z zachwytu. Zgłaszały się po kolejne – idealna rzecz na prezent. Traczewska wyszukiwała coraz to nowe materiały: satynę, jedwab, organzę. Haftowała napisy: na jednych „clean”, na innych „not so clean”.

Czas na szycie miała tylko wieczorami, po pracy. Aż ciężko zachorowała. Po wyzdrowieniu mogła wrócić do korporacji albo spróbować żyć z tego, co cieszy ją najbardziej. Tworzyć. Szyć. Wynajęła pracownię i założyła firmę metka by traczka. Na początku trudno było się z tego utrzymać. – Do takiego kroku potrzebna jest odwaga – mówi. – Ale opłacało się. Teraz udaje się jej sprzedawać nawet 140 kompletów woreczków miesięcznie, każdy po 120–130 zł, choć w niektórych miesiącach bywa dużo gorzej. Pieniądze są mniejsze niż w korporacji. – Ale zajęłam się tym, co stało się moją życiową pasją – przekonuje.

Pchli targ sztuki

Zofii Borucińskiej rękodzieło kojarzyło się z tzw. sztuką ludową, nie bardzo ją to pociągało. Kiedyś pracowała w Stoczni Gdańskiej, była dziennikarką, zajmowała się teatrem plastycznym. Po urodzeniu dziecka szukała zajęcia, które mogłaby wykonywać w domu. Trafiła na internetowe forum: jak się rozwijać, będąc mamą. Kobiety, które wymieniały się tam pomysłami i doświadczeniami, w realu szyły chusty, torby, robiły biżuterię. Wciągnęło. Zofia wyszukała w Internecie kilka sklepów z półfabrykatami, spróbowała. Cieszyło ją dobieranie kamieni i koralików, zawijanie srebrnych drutów, łączenie szlachetnych materiałów z plastikiem. Postanowiła sprzedawać. Kolczyki, bransoletki, wisiorki. Pierwszymi klientkami były koleżanki z forum.

Zainteresowanie rosło – przyjemny sposób podreperowania budżetu domowego. Pomyślała, że potrzebne jest miejsce, w którym twórcy rękodzielnicy mogliby na stałe wystawiać swoje prace i je sprzedawać. W listopadzie 2010 r. założyła galerię Las Rąk Laboratorium Rękodzieł. – Chciałam stworzyć coś pomiędzy pchlim targiem a sztywną galerią sztuki – mówi. – I to mi się w dużej mierze udało. Teraz promuje twórców, organizuje targi i prowadzi warsztaty rękodzielnicze.

Tego typu galerii jest w Polsce niewiele; niektóre niedługo po otwarciu, pomimo dużego zainteresowania, szybko zamknięto. Dochody z niemasowej sprzedaży nie starczały na czynsz i pensje. Bo z jednej strony coraz bardziej doceniamy wartość oryginalnych i rękodzielniczych wyrobów, a z drugiej nie do końca przekłada się to na wysokość sumy, którą jesteśmy w stanie za nie zapłacić. Oczywiście, kryzys. Ale też pokutuje przekonanie, że skoro babcie i mamy – żyjące w wiecznym niedoborze – potrafiły szyć i przerabiać wszystko ręcznie, to jest to robota darmowa. Nie przychodziło do głowy, że może mieć wartość rynkową.

Galeriom internetowym łatwiej jest się utrzymać. To one zresztą były pierwsze na polskim rynku rękodzieł i jest ich też bez porównania więcej. Pierwsze galerie powstały jakieś 7 lat temu. Julita Wojczakowska, studentka weterynarii, była na wakacjach w USA. Bardzo jej się podobały torebki w tamtejszych butikach, ale stać ją było tylko na jedną z nich, czarną, w kształcie teriera. Po powrocie postanowiła uszyć sobie torbę na wzór tej, na którą nie starczyło jej pieniędzy. Dużą, z naturalnego lnu, z nadrukowanymi czarno-białymi kotami. Kotom dorobiła korony z kryształów. Torba bardzo się spodobała koleżankom ze studiów. Pomysł na portal internetowy okazał się rozwiązaniem idealnym.

Tak powstała Pakamera, największa dziś galeria z handmadem w Polsce. – To był świetny czas. Minął właśnie szał na Zarę i ludzie zaczęli doceniać rzeczy, które są inne niż wszystkie. Na początku sprzedawałam to, co zrobiłam ja i moje koleżanki. Potem zachęcałam innych. W pewnym momencie machina ruszyła. Teraz tworzy dla Pakamery 800 twórców z całej Polski. Od uczennic liceum po emerytki, od amatorów po znanych i docenionych artystów.

Wirtualna przestrzeń galerii internetowych sprzyja skróceniu dystansu między amatorem a profesjonalistą. Prace jednych i drugich stoją obok siebie i, jak w książce „Handmade. Praca rąk w postindustrialnej rzeczywistości”, zauważa socjolożka Justyna Pospychała, status dzieła nie zawsze definiowany jest przez status jego twórcy. Tutaj każdy może zaistnieć.

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną