Jego życiowe hobby - pisanie podań

Znachor
Od 42 lat pan Zbigniew dniami i nocami wystukuje na maszynie sądowe pisma, interweniujące w różnych ludzkich sprawach. Hobbystycznie.
Zbigniew Choroszyński żyje z wygranej w totolotka.
Stanisław Ciok/Polityka

Zbigniew Choroszyński żyje z wygranej w totolotka.

Ludzie kserują sobie pisma Zbynia jako prawniczą poezję, zmieniają tylko nazwiska i daty.
osde8info/Flickr CC by SA

Ludzie kserują sobie pisma Zbynia jako prawniczą poezję, zmieniają tylko nazwiska i daty.

Na dole pism przybija pieczątkę: Choroszyński, Kunów, ul. Warszawska, nie-magister. Oprócz Dżeka Londona książek nigdy nie czytał, bo nie jest ich ciekaw. Baza merytoryczna to odkładane przez kioskarkę przeterminowane gazety prawnicze oraz książka adresowa (ogólnopolska). Polska B, której nie stać na adwokatów, widzi w nim swojego trybuna. Życiowy bilans: 14 zużytych maszyn do pisania plus cztery kserokopiarki. Stan kawalerski – wpadł w taki procesowy wir, że się nie ożenił, nie urodził mu się syn, nie kupił Poloneza. Plany: kontynuować wojnę o sprawiedliwość do ostatniego tchnienia.

Stylistyka osobista

Mieszka w domu, gdzie przyszedł na świat. Dom liczy cztery pokoje, zajęte korespondencją po sufit, którą wstępnie zawsze czytała jego mamusia, zmarła przed dwoma laty. On, absolwent technikum budowlanego, wchodził w życie jako diagnosta wytrzymałości betonu. Był 1969 r., kombinowanie objęło całą Polskę, a najbardziej budowlankę. Zbynio dostał zatrudnienie w Przedsiębiorstwie Robót Kolejowych, skąd oddelegowano go do Machowa. Miał wyliczyć, ile kradnie kierownik budowy nasypu, podejrzewany o dopisywanie kierowcom lewych kursów z ziemią. Podczas objazdu kontrolnego Starem 20 wyrwało Zbynia razem z fotelem i wyleciał przez szybę szoferki.

Kilkanaście miesięcy leczył urazy, a kiedy wrócił, powiedziano, że już nie pracuje. Pozbawiony środków, wyprzedawał ojcowiznę (na targ poszła świnia, krowa, sieczkarnia) i stawiał w pisaniu pierwsze kroki, domagając się zadośćuczynienia. Tak zastał go 1974 r. Kiedy już nic nie było do sprzedania, narodził się u Zbynia upór i niepowtarzalna językowa stylistyka. Chcąc dopiąć swojej sprawy, zabrał maszynę do pisania i ruszył w Polskę, żeby do wszystkich miast, gdzie są sądy, osobiście wnieść pismo. Spał pod wiaduktami, w lasach, pustostanach, zbierał złom, stołówką mu były śmietniki, a kompanami – wyrzuceni z zakładów, a potem przez żony; pijący, zobojętniali. Rozkładał się z maszyną w dworcowych poczekalniach i mobilizował ich, kazał dyktować życie w szczegółach. Aż zaczęli przekazywać sobie: szukaj, człowieku, Choroszyńskiego, to jest językowy znachor.

Jego styl w biurokratach musi wzbudzać niepokój: „Negatywna decyzja może przenieść się w postaci chorób na Pana/i, dzieci i pokolenia”; „Jeśli wierzy Pan/i w fatum, proszę sprawę potraktować priorytetowo, żeby los nie zrewanżował się”; „Z ruin ziemskiego życia Wam to obwieszczam”. Ludzie kserują sobie pisma Zbynia jako prawniczą poezję, zmieniają tylko nazwiska i daty.

Własną rentę I grupy uzyskał dopiero po 7 latach pisania. Tyle czasu wmawiano mu, że „syndrom Klippel-Feila” (zespół krótkiej szyi) to wrodzona wada budowy – nie jest możliwe, żeby wbiła się w korpus podczas tamtego wypadku. Do pism dołączał swoje zdjęcia z młodości, gdzie wyraźnie widać, że posiadał szyję. Poddali się.

Uderzenie jednorazowe

Ponieważ każdy kąt domu zajmują ludzkie listy, letnią porą Choroszyński przyjmuje klientów na ganku, zimą – żeby kolejki nie trzymać na mrozie – siada przy stoliku na poczcie.

Pod domem parkuje pan K. ze skserowaną dokumentacją. Ma pod Iłżą dużą piekarnię, już raz skorzystał z drygu Zbynia do niestandardowego wyrażania krzywd, samej ich esencji. Kiedy K. wyjeżdżał z domu furmanką, huknął w niego samochód, uszkadzając biodro i płot, za co Zbynio wywalczył odszkodowanie.

Tym razem K. – już inwalida, niezdolny do samodzielnej egzystencji, domaga się dodatkowo renty cywilnej od zakładu, w którym tamten samochód, co go trzepnął, był ubezpieczony. Z wyrównaniem. Ostatni moment, bo długo już nie będzie żył, ma 70 lat i chce coś zostawić dzieciom.

Choroszyński nieskomplikowane casusy załatwia od razu, skrótowo pyta o rodzaj zdarzenia, po czym dyktuje treść. Najczęściej pisma są rozpatrywane pozytywnie po jednym uderzeniu. O przesłanie dokumentów prosi klienta dopiero, kiedy sądy, komisje itp. stawiają opór.

Raz w tygodniu pcha na pocztę wózek załadowany bieżącymi sprawami: odwołania, zażalenia, rewizje, podania, apelacje, apelacje od odwołań. Żeby nie zgubić się, sprawom nadaje sygnatury; sprawy wkłada do teczek; teczki w grubsze skoroszyty; skoroszyty w pudełka po spożywce, oznaczane alfabetycznie.

Co jakiś czas robi tzw. happeningi uderzeniowe. Akcje polegają na zrzuceniu do sądu (w Radomiu, Ostrowcu, Szczecinie) partii 100 tys. pism, co powoduje paraliż, gdyż kilkunastu urzędników cały dzień musi spędzić na kosmetyce, czyli biciu pieczęci przy każdym poleconym (w znaczki zaopatruje się na koszt własny).

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną