Dlaczego warto żyć powoli?

Wszystko wolno
Rozmowa z Carlem Honoré, brytyjskim pisarzem i autorem bestsellerowych książek o powolności, o tym, jak i po co w życiu zwalniać.
Carl Honoré: Kiedy zwalniasz z życiem, rozluźniasz się, masz czas na zauważenie i docenienie wielu rzeczy.
Thomas Barwick/Getty Images

Carl Honoré: Kiedy zwalniasz z życiem, rozluźniasz się, masz czas na zauważenie i docenienie wielu rzeczy.

Carl Honoré, urodzony w Szkocji, wychowany w Kanadzie, pisarz, współtwórca ruchu slow. Autor książek „Pochwała powolności” i „Pod presją”.
Insight-Visual UK / Rex Features/EAST NEWS

Carl Honoré, urodzony w Szkocji, wychowany w Kanadzie, pisarz, współtwórca ruchu slow. Autor książek „Pochwała powolności” i „Pod presją”.

Wydawnictwo Drzewo Babel/materiały prasowe

Wydawnictwo Drzewo Babel/materiały prasowe

Martyna Bunda: – Zegarek to piekielny wynalazek?
Carl Honoré: – Od niego się zaczęło. Pod nieobecność dokładnego zegara życie biegło trybem, który socjologowie nazywają czasem naturalnym. Ludzie robili różne rzeczy wówczas, gdy uznawali, że nadeszła na to właściwa pora, w takim tempie, jaki dyktował im nastrój, siły, zdrowie. Potem wymyśliliśmy dokładne zegarki, działające niezależnie od pogody. Zaczęliśmy promować punktualność jako cnotę obywatelską. Co dziś robi człowiek zaraz po przebudzeniu? Przytula się do partnera, względnie poduszki? Nie, natychmiast sprawdza, która jest godzina. Ale to nie zegarki są winne, że świat tak przyspiesza.

A co?
Wpływają na to różne czynniki, począwszy od tych kulturowych, ekonomicznych, na psychologicznych kończąc. Odkąd rozwinęła się technika, zaczęliśmy mierzyć czas precyzyjnie, kontrolować go i wyciskać z niego jak najwięcej. Przenosi się to na nasze życie osobiste. Zaczynamy żyć jak maszyny. Też chcemy robić wszystko szybciej. Szybka jazda, przemierzanie ulic szybkim krokiem. Nawet jogę chcemy ćwiczyć szybciej. Albo to: co piąty człowiek przerywa seks, żeby odebrać telefon lub przesłać esemesa, bo zależy mu na czasie. To absurd.

Ale ten styk szybkości i biznesu gubi nas i na innym, głębszym poziomie. Boimy się być sami ze sobą, a kiedy mamy moment ciszy, zaczynamy panikować, szukamy telefonu, zastanawiając się, czy ktoś do nas zadzwonił. Unikamy tych naprawdę trudnych pytań. „Kim jestem?” zastępowane jest przez „Gdzie są moje kluczyki?!”.

Pracował pan jako street-worker z dziećmi w Brazylii. Tam też widywał pan pośpiech?
Wtedy nikt nie miał telefonów, nie istniał Internet. Parę ostatnich lat rozwoju technologii zrobiło zasadniczą różnicę. Ale jeśli pyta pani, czy pośpiech jest jedynie problemem zachodnich wielkich miast, to sądzę, że jest to trend globalny. Kraje rozwijające się obserwują zachodni świat. Panuje wręcz jakiś wirus pośpiechu, choć oczywiście niektóre kraje są szybsze od innych.

A jeżeli chodzi o tamte dzieci ulicy: akurat one były bardzo blisko życia. Pracowały od małego, wykonywały obowiązki dorosłych. Widziałem, jak radząc sobie w tych trudnych warunkach, na własną rękę odkrywają świat, popełniają błędy, podejmują ryzyko. I mimo że miały straszne życie, że wielu rzeczy je pozbawiano, to miały też w sobie niesamowitą lekkość bytu. Potrafiły znaleźć radość w najprostszej zabawie, podejmowanej mimochodem, w przerwie między jednym a drugim obowiązkiem. Mam nadzieję, że moje dzieci będą takie, gdy będą dorastać.

Praca w slumsach w Brazylii to był jeden z tych momentów, które skłoniły mnie do uważniejszego życia.

Co to właściwie znaczy slow?
Definicja ze słownika języka angielskiego sugeruje wręcz jakiś rodzaj niezdolności, upośledzenia. Dla mnie slow to parę ważnych impresji. Na przykład: przedmieścia Rzymu, autobus spóźnia się 20 minut, ja wyciągnięty na ławce słucham Simona i Garfunkela śpiewających, jak wspaniale jest zwolnić i cieszyć się chwilą. Każdy szczegół tamtej sytuacji wrył mi się w pamięć: dzieciaki grające w piłkę, średniowieczna fontanna, gałęzie drzew ocierające się o mur. To było slow. Parę lat później złapałem się na tym, że już mi się takie sytuacje nie zdarzają. Że nie przestaję pędzić, klnąc w duchu każdego, kto blokuje mi drogę, bo idzie trochę wolniej. Nie widuję świata, szczegółów.

To nam zabiera pośpiech? Uważność?
Tracimy z oczu zasadniczą sprawę: nie żyjemy naszym życiem, które przecież bardzo szybko mija. Zadowalamy się jakimiś pozorami, kolejnymi gadżetami do zdobycia, wpędzając się w błędne koło. Bo koniec końców przez to zbyt szybkie tempo tracimy przede wszystkim poczucie wyjątkowości naszego życia. Wszystko wydaje nam się takie samo: ludzie ubrani w identyczne ubrania, jednakowe ulice, co więcej – my już nie potrzebujemy różnic. Chcemy, żeby wszystko było takie samo. To jest ostateczna logika tempa, zabierająca nam cały smak życia.

Wymowne słowo. To prawda, że bunt przeciw pośpiechowi, którego jest pan rzecznikiem i propagatorem, zaczął się w kuchni?
Ruch slow food rzeczywiście ma kilka milionów wyznawców, a zdrowe, niespieszne jedzenie napędza tę rewolucję. Podobnie jednak jak uważne rodzicielstwo czy lepszy seks. Kiedy zwalniasz z życiem, rozluźniasz się, masz czas na zauważenie i docenienie wielu rzeczy.

Nasze ciała też potrzebują wolniejszego tempa.
Począwszy od mózgów. Eksperci z tej dziedziny przekonują, że proces myślenia przebiega według dwóch trybów. Szybkie myślenie – uaktywniające w mózgu fale beta – jest racjonalne, logiczne i linearne. Wolne myślenie, które uaktywnia fale alfa i theta, jest intuicyjne i zawiłe, ale bardziej kreatywne. W ten drugi sposób myślimy tylko, gdy opada napięcie. Gdy mamy czas, by pozwolić pomysłom, aby dojrzewały w piwniczce na zapleczu głowy.

Pisze też pan, że najwięcej na tym podkręconym tempie tracą dzieci.
Przestają mieć czas na odkrywanie i zabawę. Kiedyś, gdy dzieci przychodziły do rodziców i mówiły, że im się nudzi, dostawały w odpowiedzi polecenie wyjścia na dwór, pobawienia się. Teraz po takim pytaniu rodzice łamią sobie głowę, zastanawiając się, co wymyślić, aby przerwać nudę ich dziecka. Dzieci przestają się uczyć, jak używać czasu i, co gorsza, przestają odkrywać.

Tymczasem ta swobodna zabawa, odkrywanie, jest jedną z najważniejszych potrzeb rozwojowych. W naturze nie ma ryzyka bez potrzeby, skoro więc np. 80 proc. młodych fok, z tych, które umierają przedwcześnie, ginie podczas zabawy, to znaczy, że ta zabawa ma ogromnie ważną funkcję. Co do ludzi – istnieje dość dobrze udokumentowana teoria, według której mózgi ludzkie wymagają więcej zabawy w dzieciństwie, żeby rozwinąć cały możliwy potencjał. Ostatnie badania pokazują też, że nie ma jakiejś przepaści pomiędzy dziećmi poddanymi rygorystycznemu programowi nauczania w wieku przedszkolnym a tymi, które przychodzą do szkoły bardziej nastawione na zabawę, z tą poprawką, że te pierwsze są na ogół niespokojne i mniej kreatywne.

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną