Społeczeństwo

20 lat z komórką

20 lat komórek w Polsce - jak się zmieniły, jak zmieniły nas

O tym, jak telefon komórkowy zmienił nam życie, możemy się przekonać w każdej chwili. Wystarczy w ramach eksperymentu przez kilka dni przestać go używać. O tym, jak telefon komórkowy zmienił nam życie, możemy się przekonać w każdej chwili. Wystarczy w ramach eksperymentu przez kilka dni przestać go używać. helle / PantherMedia
Po 20 latach z komórką przy uchu Polacy zmienili się nie mniej niż telefony. Zryły one całą rzeczywistość: nasze zachowania, obyczaje, a nawet poczucie czasu i miejsca. Telefonia mobilna okazała się fantastycznym interesem, który przeżywa właśnie kolejną rewolucję.
Od tego się zaczęło...Jeden z pierwszych telefonów komórkowych, zwany cegłą lub kaloryferem.Leszek Zych/Polityka Od tego się zaczęło...Jeden z pierwszych telefonów komórkowych, zwany cegłą lub kaloryferem.
Nokia 8110 - popularny telefon z klapką, zwany bananem.materiały prasowe Nokia 8110 - popularny telefon z klapką, zwany bananem.
Polityka
Polityka
Polityka
Polityka

Do dr. Mirosława Filiciaka nie jest łatwo się dodzwonić. Odbiera połączenia tylko z numerów, które zna. Najlepiej najpierw wysłać mu esemesa z informacją, kim się jest i czego się chce. Z reguły oddzwania. Swoje zachowanie ten medioznawca ze Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej, zajmujący się wpływem nowoczesnych technologii na rzeczywistość społeczną, nazywa higieną telefoniczną. Uważa, że po okresie zachłyśnięcia się telefonem komórkowym jego przeciętny polski użytkownik normalnieje. Nie odbiera już połączeń na pogrzebach, w kinie czy podczas romantycznej kolacji.

Jeszcze całkiem niedawno Polak był zachwycony, kiedy mógł odebrać połączenie na ulicy, bo każdy widział, jak mu się dobrze wiedzie. Właściciele cegłowatych radiotelefonów analogowej sieci Centertel, która równo 20 lat temu rozpoczęła erę telefonii komórkowej w Polsce, swoje aparaty nosili nawet w tych miejscach, gdzie nie mieli zasięgu. Chodziło o efekt biznesowo-społeczny. Wiadomo, że jak ma telefon, to znaczy – figura. W półświatku ten typ zachowań funkcjonował jako: fura, skóra i komóra. Teraz, kiedy komórkę – statystycznie rzecz biorąc – ma każdy (aparatów jest niemal dwa razy więcej niż mieszkańców Polski), telefon jest dobrem właściwie niezauważalnym.

O tym, jak telefon komórkowy zmienił nam życie, możemy się jednak przekonać w każdej chwili. Wystarczy w ramach eksperymentu przez kilka dni przestać go używać. Zespół badawczy pod kierownictwem dr. Filiciaka takie badanie przeprowadził na licealistach. Większość z nich przed przymusowym odstawieniem komórki twierdziła, że korzysta z niej rzadko. Badani przez 24 godziny zamiast telefonów nosili zwykłe notatniki i mieli w nich zapisywać każdą sytuację, w której zamierzali sięgnąć po aparat. Niektórzy zapisali po kilka kartek, nim rano zdążyli dojść do szkoły. – Wpływ telefonu komórkowego na nasze życie często nam umyka, bo jako technologia towarzysząca nam zawsze i wszędzie staje się przezroczysta. Ale zarazem jest bardzo intymna i osobista. Zresztą w wywiadach, zwłaszcza z młodymi ludźmi, często pojawiają się porównania telefonu do bielizny – mówi dr Filiciak.

Krajobraz z masztem

Niewiele jest przedsięwzięć, które w ostatnich 20 latach tak bardzo zmieniły krajobraz Polski. Może trochę dróg i wiaduktów, może kolorowe centra handlowe. Ale to telefonia komórkowa – od Tatr po Bałtyk – rozstawiła 26,8 tys. nadajników, tak że nie sposób dziś spojrzeć, by na horyzoncie nie trafić wzrokiem na maszt anteny. Pokrycie 95 proc. powierzchni kraju cyfrowym sygnałem to było przedsięwzięcie bez precedensu, wymagające ogromnego kapitału.

W lutym 1996 r. o wielkim szczęściu mogły mówić dwie firmy – Era i Plus. Dostały koncesje na budowę cyfrowej sieci komórkowej GSM (nowocześniejszej, tańszej i oferującej znacznie wyższą jakość połączeń niż działający od 1992 r. analogowy Centertel). Telefonię GSM wprowadzały nad Wisłę polskie spółki: w Erze pierwsze skrzypce grał Elektrim; Plus był przedsięwzięciem państwowych gigantów KGHM Polska Miedź, Petrochemii Płockiej i Polskich Sieci Elektroenergetycznych. Ale miały zachodnich współudziałowców, którzy wnieśli do interesu technologiczny know-how i dostęp do kapitału. Odbierając koncesje firmy od razu obiecały miliard dolarów inwestycji, ale szybko okazało się, że to dopiero początek. Tylko w rekordowych latach 2007–09 operatorzy komórkowi wyłożyli na rozwój sieci łącznie 11,3 mld zł.

Oczywiście nie było to bezinteresowne – wzrost liczby chętnych na komórki nad Wisłą przekraczał najbardziej optymistyczne prognozy. W latach 2000–05 liczba abonentów przyrastała co 12 miesięcy o 30–50 proc. To oznaczało wielki przypływ gotówki. Operatorzy przyzwyczaili się, że zamykając rok w rubryce „przychody” wpisują zazwyczaj 7–8 mld zł, co z kolei przekłada się na zyski, bo telefonia komórkowa od początku była pomyślana jako biznes z wysoką marżą. Według raportu Urzędu Komunikacji Elektronicznej (UKE) z 2010 r., który badał inwestycje na rynku telekomunikacyjnym w Polsce, w porównaniu z telefonią stacjonarną oraz telewizją kablową to właśnie operatorzy komórkowi wydali na infrastrukturę najmniej w stosunku do osiąganych przychodów (ledwie 15,2 proc.).

W 2003 r. Centertel (sieć Idea), który najpóźniej włączył się do wyścigu GSM, jako ostatni zaraportował niewielką stratę 100 mln zł. Od tego momentu wszyscy trzej operatorzy co roku zarabiają na czysto po ok. 1 mld zł każdy. Prawdopodobnie, bo można to jedynie szacować na podstawie jawnych raportów finansowych Plusa. W 2005 r. Idea zmieniła się w Orange, w 2011 r. Era w T-Mobile. Zostały wchłonięte przez globalne marki telekomów i tych informacji ujawniać nie chcą.

Pod strzechą

Polacy niezwykle szybko przekonali się do telefonów komórkowych. Bo też byli na nie skazani. Era GSM w początkach swojej działalności (1996 r.) ogłosiła konkurs. Telefon komórkowy i półroczny abonament za darmo dla tego, kto udokumentuje najdłuższe oczekiwanie na założenie telefonu stacjonarnego. Wyniki zaskoczyły nawet organizatora konkursu. Rekordzista czekał prawie 50 lat. – Ja sam zostałem podłączony do centrali po 25 latach. Jeszcze w 1998 r. w kolejce do założenia telefonu stacjonarnego czekało 2 mln Polaków. Biznes komórkowy musiał wypalić – mówi Tomasz Kulisiewicz z firmy Audytel, badającej rynek telekomunikacyjny w Polsce.

Początkowo barierą była jeszcze cena. Pierwsze aparaty kosztowały równowartość dzisiejszych 20 tys. zł i były z reguły leasingowane. Połączenia – nie dość, że drogie, to jeszcze współdzielone, czyli część kosztów ponosił również odbierający połączenie. Pierwsi użytkownicy telefonów do dziś wspominają, jak to nieraz słyszeli, aby nie dzwonić do nich z komórki. Polacy polubili przenośne telefony, kiedy weszła technologia GSM. Era i Plus przez pierwsze miesiące spijały śmietankę z rynku. Zdobywały najbogatszych klientów.

 

Później zaś nastało promocyjne szaleństwo. Telefony zaczęły być subsydiowane. Klient płacił za aparat ułamek jego ceny. Resztę spłacał później w rachunku, nawet o tym nie wiedząc. Kiedy już miał aparat, siłą rzeczy zaczynał go używać, mimo że koszty połączeń były relatywnie wysokie. – Podstawą były promocje, które Polacy bardzo szybko pokochali. To my wypromowaliśmy walentynki w Polsce. Dla nas to było jeszcze jedno święto, pod które mogliśmy podłączyć jakąś promocję. Za nami od razu poszły inne branże – wspomina Bogusław Kułakowski, były prezes Ery.

Szybko okazało się, że Polak jest niestały w uczuciach. Chętnie zmienia operatorów. No, i bardzo lubi nowości. Nowe modele zaczęły wchodzić na polski rynek z niewielkim opóźnieniem w stosunku do premier światowych. Polacy byli jedną z najszybciej zrastających się z komórką nacji w Europie. Ulegaliśmy wszystkim trendom, które przetaczały się przez kraje zachodnie. Przestaliśmy kupować zegarki. Na przystanku na pytanie, która godzina, można było usłyszeć: nie wiem, zapomniałem komórki. Zmienialiśmy obudowy. Ściągaliśmy kretyńskie dzwonki. Zaczęliśmy słuchać muzyki w telefonie. Przestaliśmy kupować tanie fotograficzne aparaty cyfrowe. A teraz ostatnie minuty życia odliczają producenci nawigacji samochodowych – to też jest już w telefonie.

Komórka w szarej komórce

Miejscem, gdzie komórki dokonały bodaj najistotniejszych zmian, są – zdaniem badaczy – szare komórki, czyli nasza mentalność i świadomość. Przemodelowaniu uległy podstawowe pojęcia jak czas i przestrzeń. A to za sprawą tego, że kiedyś dzwoniło się do miejsca, dziś dzwonimy do człowieka. Stary podział na czas pracy i odpoczynku powodował, że od godzin porannych do popołudniowych dzwoniliśmy do Kowalskiego do pracy, a później do jego domu. A jeśli Kowalski nie miał telefonu, to go odwiedzaliśmy. – Nikt nie badał, jak bardzo spadła liczba osobistych kontaktów od czasu upowszechnienia się telefonu komórkowego, ale jest to trend powszechnie zauważalny. Trudno mówić, że zniszczyło to relacje międzyludzkie. Raczej je zmieniło, i to niekoniecznie na gorsze. Jest wiele rzeczy, które łatwiej nam wyznać przez telefon niż osobiście – mówi Tomasz Jędrkiewicz, badacz postaw i zachowań konsumenckich z firmy Grupa IQS. Jego zdaniem, telefon przebudował również relacje pomiędzy dziećmi i rodzicami. Spowodował, że są bardziej partnerskie. – Rodzice nie muszą tak surowo egzekwować zakazów. Jeśli dziecko spóźnia się do domu, zawsze mogą zadzwonić i spytać, co się stało – opowiada Jędrkiewicz.

Komórka – zwiększając poczucie bezpieczeństwa – wzmocniła niezależność kobiet, uwolniła biznes zza biurek, zmieniła styl życia osobistego. Ingerencja tego urządzenia w życie ludzkie jest tak duża, że – zdaniem niektórych badaczy – telefon stał się przedłużeniem naszego ciała. – Potwierdza to bardzo popularny syndrom fantomowych wibracji: uczucie, że nasz telefon drga, choć akurat w danym momencie wcale tak nie jest, nikt do nas nie dzwoni. Ale są rzeczy istotniejsze. Inaczej magazynujemy i szeregujemy informacje. Te, które kiedyś zapamiętywaliśmy, dziś wyrzucamy z pamięci. Zawsze możemy zadzwonić i spytać, gdzie dokładnie się umówiliśmy – mówi Wojciech Ozimek, prezes firmy One2Tribe, która produkuje aplikacje na telefony komórkowe.

Na komórkę można popatrzeć również z drugiej, ciemniejszej strony. – Wyobraźmy sobie, że ktoś każe nam nosić urządzenie, dzięki któremu będzie zawsze wiedział, gdzie jesteśmy. O każdej porze dnia i nocy będzie mógł nam przeszkadzać. A jeśli się postara, nawet podsłuchiwać każde nasze słowo. Urządzenie to spowoduje, że nawet w domu będziemy czuli się jak w pracy, bo szef zawsze będzie mógł kazać nam coś zrobić – mówi dr Filiciak. I opisuje problem komórek służbowych, którymi pracodawcy obdarzają pracowników, tak naprawdę biorąc ich na psychiczną smycz. To spośród podobnie myślących – i mogących sobie na to pozwolić – rekrutuje się największa liczba osób budzących powszechne zdumienie, czyli świadomych nieposiadaczy telefonu komórkowego. Są jeszcze ci, którzy telefonu nie mają, bo nie potrafią go obsłużyć: są na to za starzy albo za młodzi.

Obecnie za akceptowalny moment, w którym można dać dziecku komórkę, uchodzą piąte urodziny. Jeszcze parę lat temu musiało na nią czekać do Pierwszej Komunii.

Morderczy wyścig o minuty

Skoro jest tak dobrze, to skąd się biorą kasandryczne prognozy, dotyczące rozwoju telefonii komórkowej? Z licznych publikacji można odnieść wrażenie, że branża telefonii komórkowej znalazła się na krawędzi. Nieoficjalnie i pesymistycznie jej przedstawiciele mówią, że biznes przestaje się opłacać. – Spokojnie, wiele w tym biadoleniu pozy obliczonej na wywieranie nacisku – mówi Anna Streżyńska, wieloletnia szefowa UKE, która jako regulator rynku narzuciła operatorom twarde reguły gry, pilnując wywiązywania się z obietnic inwestycyjnych i sprawdzając uzasadnienie dla dyktowanych odbiorcom cen.

Operatorom może chodzić m.in. o poluzowanie przepisów, które właściwie uniemożliwiły rozbudowę sieci na terenach objętych ekologicznym programem Natura 2000 i w uzdrowiskach. Operatorzy wiedzą też, że za chwilę może wejść w życie prawo, które ukróci licytowanie się w reklamach na szybkość mobilnego Internetu (dziś podaje się zazwyczaj teoretyczne wartości, np. do 100 Mb/s, osiągane tylko w laboratoriach).

Według badań firmy Audytel w zeszłym roku po raz pierwszy od początku branży spadła średnia liczba wygadanych przez abonentów minut. Nie jest przypadkiem, że ani Orange, ani T-Mobile nie upubliczniają swych wyników finansowych. – Zagraniczni właściciele mają świadomość, że nadchodzą czasy morderczej konkurencji. Stąd, póki mogą, starają się wyciskać jeszcze ostatnie zyski – mówi jeden z ekspertów, proszący o anonimowość. Eldorado skończyło się już wcześniej, gdy pojawił się czwarty operator Play (założony przez telekomunikacyjną Netię, aktualnie własność funduszy inwestycyjnych z Grecji i Islandii). Wpuszczono go w 2007 r. na rynek na preferencyjnych warunkach. Dostał na przykład od UKE przywilej, dzięki któremu inne sieci musiały płacić podwójnie za każdą rozmowę, która kończyła się w sieci Play. W ten sposób mógł robić promocje „za każde dwie minuty połączenia przychodzącego dajemy ci jedną minutę gratis”.

 

W teorii biznesu o takich graczach mówi się zakłócacz, chuligan (ang. disruptor), czyli burzyciel starego porządku, który podgryza zastany układ, zmuszając konkurentów do zmiany cen i strategii. Play idealnie zagrał napisaną mu przez regulatorów rolę – w ciągu pięciu lat wydarł dla siebie 7 mln klientów, a do tego jeszcze rozpętał wojnę cenową. Gdy jeszcze w 2005 r. płaciliśmy 1,20–1,50 zł za minutę połączenia, to teraz jest to 5–20 gr. W marcu 2012 r. nastąpił kolejny przełom. Play, a za nim pozostali operatorzy, wprowadzili taryfy, w których za stałą opłatę miesięczną (np. 79 zł) otrzymujemy nieograniczoną liczbę minut połączeń do wszystkich sieci. Przed czym cała branża broniła się przez dwie dekady.

To, co jest dobre dla klienta, nie zawsze jest dobre dla biznesu. W ciągu 10 lat tzw. wskaźnik ARPU, czyli uśredniony rachunek płacony co miesiąc przez statystycznego użytkownika, spadł z prawie 100 zł do 40 zł. Nie da się też w nieskończoność rozwijać tylko dzięki przyrostom liczby abonentów. Już dziś – jako się rzekło – niemal każdy ma komórkę. To oznacza, że nowego klienta trzeba wydrzeć konkurencji. Dlatego żaden z operatorów nie może zwolnić tempa obniżki cen ani odpuścić sprzedawania subsydiowanych, tak bardzo ukochanych przez Polaków „telefonów za złotówkę”.

Smartfon – rewolucja

Tymczasem telefon ze zwykłej słuchawki stał się smartfonem, kieszonkowym komputerem z dotykowym ekranem, potężniejszym niż niejeden biurkowy laptop. Kiedyś subsydiowanie telefonu to był wydatek 500–800 zł (do odzyskania w wysokim comiesięcznym rachunku). Teraz do „smarfona za złotówkę” trzeba dołożyć nawet 2000 zł. I jak to sobie potem powetować w malejącym wciąż rachunku?

Smartfonowa rewolucja oznacza bardzo głębokie zmiany w sposobie działania operatorów komórkowych. Jeszcze 10 lat temu podstawową usługą telekomunikacyjną była transmisja połączeń głosowych. Teraz będzie się nią stawać transmisja danych, wykorzystywanych do surfowania po Internecie oraz danych wymienianych przez tysiące aplikacji instalowanych w smartfonach. To wymaga od operatorów olbrzymich nakładów na infrastrukturę.

Sieci, które z takim mozołem budowali przez ostatnią dekadę, zaczynają się powoli zatykać, są zbyt wolne. Firmy telekomunikacyjne jeszcze spłacają państwu licencje na telefonię trzeciej generacji 3G (w 2000 r. zobowiązały się zapłacić po 650 mln euro za licencje na UMTS), a tu już trzeba startować do przetargów o kolejne pasma, w których będzie można budować sieci oparte na nowszej technologii LTE i HSPA+.

LTE (z ang. Long Term Evolution) to sieć przystosowana do transmisji danych z dużymi prędkościami. Nie musi to być zaraz 100 Mb/s, oferowane w reklamach operatorów. Użytkownikom w zupełności wystarczy 10 Mb, co pozwala oglądać materiały wideo w rozdzielczości HD. Sygnał musi być jednak stabilny i sieć nie może się przeciążać. Dlatego operatorzy zajadle walczą o każdą kolejną koncesję na pasma radiowe, które na aukcje wystawia państwo rękami szefowej UKE Magdaleny Gaj.

Czarny koń cyfrowy

Na razie 60 proc. częstotliwości, kluczowych dla mobilnego Internetu LTE, skupił w swych rękach Zygmunt Solorz-Żak, w imperium złożonym z Plusa, Cyfrowego Polsatu i pomniejszych spółek (kupionych właśnie ze względu na posiadane koncesje na pasma radiowe).

Twórca Polsatu jest uznawany za czarnego konia całego komórkowego wyścigu. Postawił wszystko na jedną kartę i rok temu kupił Plusa, zaciągając w bankach jeden z największych kredytów w historii polskiej przedsiębiorczości. Solorz testuje model biznesowy, który znany jest tylko teoretycznie, ale nikt go jeszcze na świecie w takiej skali nie sprawdził: All-IP, czyli serwowanie klientom wszystkich nowoczesnych usług cyfrowych (głos, wideo, telewizja, Internet), wyłącznie w oparciu o protokół internetowy. – W USA już widać wyraźnie, że klienci mogą dużo zapłacić za atrakcyjne treści medialne, byle były im podane w wygodnej formie na każde możliwe cyfrowe urządzenie – mówi Grzegorz Bernatek z firmy Audytel. W takiej sytuacji Solorz, mający za sobą potęgę telewizji, sieć nadajników i 14 mln abonentów Plusa, ma sporo asów w talii. Pytanie tylko, czy abonenci zechcą przepłacać za transmisję paczek z danymi tak słono, jak jeszcze 10 lat temu przepłacali za połączenia głosowe?

Kolejny duży przetarg na częstotliwości właśnie się zaczyna. Tu jednak dochodzi do klinczu, bo operatorzy będą w stanie sporo zapłacić państwu za licencję, ale jeśli zapłacą zbyt wiele, nie wystarczy już na kosztowne inwestycje w sprzęt i infrastrukturę.

Na dłuższą metę operatorzy będą musieli ciąć koszty, na przykład wspólnie budując kosztowne sieci. Polskie Euro 2012 to pierwsza w dziejach tak duża impreza sportowa na świecie, podczas której nie ma problemu z zasięgiem komórek. Jak to możliwe? Mamy w Polsce 4 stadiony i 4 operatorów. Każdy zbudował potężną infrastrukturę na jednym z nich, a potem dopuścił do niej konkurentów. Proste? T-Mobile i Orange już inwestują wspólnie w sieć – powołały spółkę, kosztami dzielą się po połowie. W Wielkiej Brytanii taka współpraca zakończyła się ostatecznie fuzją. T-Mobile i Orange działają pod wiele mówiącą nazwą Everything Everywhere, czyli wszystko wszędzie. Ten największy obecnie operator na Wyspach ma 28 mln klientów i 37 proc. rynku. W Polsce ze względu na konkurencję na taką fuzję zgody regulatorów nie będzie. Ale na współpracę? Czemu nie?

Koniec historii?

Wiele wskazuje na to, że na razie Polacy używają smartfonów w sposób bardzo smart, czyli korzystają z Internetu głównie wtedy, gdy mają do niego dostęp przez darmowe Wi-Fi (na przykład w biurze albo przy domowej Neostradzie). Co może zburzyć biznesowy plan operatorów, którzy chcieliby zarabiać na przesyłaniu paczek danych.

Optymistycznym sygnałem jest jednak to, że jak wynika z badań jednego z operatorów, komórka jest trzecim – obok portfela i kluczy do domu – przedmiotem, który zawsze mamy ze sobą. Na pytanie, co wolelibyśmy stracić – telefon czy portfel – większość ankietowanych stwierdziła, że portfel. W nowoczesnej komórce – smartfonie – mieści się cały świat współczesnego człowieka. Jego kontakty, zdjęcia z najważniejszych momentów, pamiątkowe listy (w formie esemesów albo coraz częściej e-maili), daty urodzin przyjaciół, aplikacje, które zapisują, ile przebiegł kilometrów, albo z kim się spotkał w ciągu ostatnich kilku miesięcy. To już chyba coś zupełnie innego niż telefon – to swoisty integrator człowieka ze światem. Na jubileusz 20-lecia burzliwa historia klasycznej „komóry”, czyli cegłówki z klawiaturą, anteną i szarym ekranem, właśnie dobiega końca. Ale całkiem nowa era smartfona – dopiero się zaczyna.

 

Kalendarium

Telefony dla wybranych

18 czerwca 1992 r. – rusza telefonia Centertel. Pierwsze komórki (cegły) pracują w systemie analogowym (NMT). Pierwsi Polacy mogą porozmawiać przez telefon bez kabla.

1 lutego 1996 r. – 1 miliard dolarów obiecują wyłożyć dwie firmy – później Era i Plus, które chcą rozwijać w Polsce technologię cyfrowej telefonii komórkowej (GSM). To rewolucja – mniejsze aparaty, niższe opłaty, znacznie lepsza jakość połączeń.

16 września 1996 r. – wyścig o pierwszeństwo wygrywa Era, która zaczyna świadczyć usługi. Krzesimir Dębski na zlecenie firmy pisze symfonię.

1 października 1996 r. – dołącza drugi operator Plus. Na początku można dzwonić tylko w dużych miastach, poza nimi nie ma zasięgu.

Luty 1997 r. – najtańszą formą korzystania z telefonu jest SMS; mimo to kosztuje aż 80 gr, dlatego każdy stara się zmieścić w 160 znakach.

1 marca 1998 r. – startuje trzeci operator (sieć Idea, własność Telekomunikacji Polskiej). Rozpoczyna się walka na promocje, ale nie na ceny.

Telefony dla wszystkich

2 czerwca 1998 r. – Simplus (produkt sieci Plus) to pierwszy pre-paid – można kupić komórkę bez pokazywania dowodu, telefon ładuje się za pomocą kodu z karty-zdrapki. Kilka dni później startuje Era Tak Tak.

Grudzień 1998 r. – w Polsce jest więcej telefonów komórkowych (11,45 mln) niż stacjonarnych.

18 czerwca 1999 r. – „Darmowe minuty staniały” – ironizują satyrycy. Sieć Plus wprowadza pierwszy abonament, w którego cenę wliczone są darmowe minuty.

21 grudnia 2000 r. – minister łączności podpisał koncesje dla 3G – budowy cyfrowej sieci komórkowej trzeciej generacji (technologia UMTS). To pierwszy krok do połączenia komórki z Internetem – zmiana rewolucyjna, dlatego operatorzy płacą za koncesję po 650 mln euro każdy.

Luty 2002 r. – Nokia wprowadza kultowy model 6310i. To jedyny telefon, który się nie zestarzał, do dziś na allegro fabrycznie nowy model kosztuje powyżej 1 tys. zł.

26 lutego 2004 r. – na ulicach pojawia się tajemnicza łapa. 13 marca Era ogłasza „pechowy dzień dla konkurencji”. Startuje jej tania marka Heyah, która jako pierwsza na rynku oferuje połączenia poniżej złotówki. Wprowadza również sekundowe naliczanie. Po raz pierwszy „płacisz za to, co wygadałeś”.

Internet wchodzi w komórki

3 września 2004 r. – Plus zaczyna świadczyć usługi 3G w technologii UMTS. Na początku ściągnięcie jednego e-maila jest dużym sukcesem. W bólach i zerwanych połączeniach rodzi się epoka mobilnego Internetu.

Kwiecień 2005 r. – W zasięgu sieci UMTS jest 15 proc. ludności kraju. Działa w 10 większych miastach.

16 marca 2007 r. – startuje czwarty operator, Play. Rozpoczyna się wojna nie tylko na promocje, ale i ceny.

1 czerwca 2007 r. – 99,5 proc. ludności kraju jest już w zasięgu telefonii komórkowej. Pozostałe 0,5 proc. ma problem – operatorzy wyhamowują tempo stawiania nowych masztów. Niektórzy do dziś nie mogą korzystać z telefonu komórkowego.

Wrzesień 2007 r. – W Polsce jest już więcej aktywnych kart SIM niż obywateli. Niektórzy mają po dwie komórki oraz modem mobilnego Internetu.

Czerwiec 2008 r. – rekordowy rok: operatorzy komórkowi wydali 3,84 mld zł na inwestycje w infrastrukturę.

Era smartfona

Grudzień 2009 r. – sprzedał się milionowy smartfon, pomimo bardzo wysokich cen Polacy pokochali telefony bez klawiatury.

Marzec 2010 r. – Ostatni klienci analogowego Centertela są proszeni o przeniesienie się do Orange. Grupa TP przygotowuje zamknięcie sieci.

29 czerwca 2011 r. – Zygmunt Solorz-Żak płaci 15 mld za Polkomtel (sieć Plus) – ostatni filar zamierzonego ambitnie telekomunikacyjno-medialnego imperium. Dzień później zależny od niego Cyfrowy Polsat uruchamia dostęp do szybkiego Internetu w technologii LTE. Od tego dnia Internet w naszej komórce może działać szybciej niż na linii stacjonarnej.

Grudzień 2011 r. – co trzeci sprzedawany w Polsce nowy telefon komórkowy to smartfon.

Polityka 25.2012 (2863) z dnia 20.06.2012; Temat tygodnia; s. 23
Oryginalny tytuł tekstu: "20 lat z komórką"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ja My Oni

Samice alfa: czego nie dostają, kogo poszukują?

Silne kobiety współczesne: z jakimi mężczyznami mają największe szanse na udany, trwały związek.

Ryszarda Socha
09.02.2016
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną