Oferta na pierwszy rok:

4 zł/tydzień

SUBSKRYBUJ
Osoby czytające wydania polityki

Wiarygodność w czasach niepewności

Wypróbuj za 24,99 zł!

Subskrybuj
Społeczeństwo

Z dwururką do kina

Myślałem, że zamiast pójść na „Pokłosie” Pasikowskiego, wystarczy przeczytać recenzje i już wszystko wiadomo. Idąc do kina, człowiek naraża się na szereg nieprzyjemności, a to: fatyga w zimną listopadową porę, wydatek na bilet, przebywanie w ciemności w sali, która jest do połowy pusta (na „Pokłosiu” też), podczas gdy druga połowa rozmawia przez komórki, chrupie popcorn, a to wszystko w dyskretnym zapaszku starego tłuszczu.

Unikam, jak mogę, filmów o Zagładzie, nawet połączone siły Hollywood i Spielberga nie były w stanie zaciągnąć mnie na „Listę Schindlera”. Kicz zrobiony na kościach przodków to dla mnie za dużo. Podzielam pogląd profesora Śpiewaka, który w TVN powiedział, że doświadczenia Holocaustu nie sposób wyrazić w formie kinowej, gdyż film z założenia obliczony jest na sprzedaż, na kasę. Z kolei prof. Barbara Engelking, autorka znakomitych książek („Szanowny panie gistapo” i inne), zaprezentowała odmienny punkt widzenia: jeżeli sztuka nie przetworzy Holocaustu na swój język, to skąd następne pokolenia będą wiedziały, co to było za doświadczenie? Ten pogląd też rozumiem i naprawdę wybieram się do rabina, żeby rozsądził – chodzić czy nie chodzić na filmy o Zagładzie?

Staram się nie chodzić, ale czytam recenzje, tym razem wyjątkowo liczne. Organ salonu, piórem Tadeusza Sobolewskiego, pisze z entuzjazmem: „To na film Władysława Pasikowskiego trzeba prowadzić licealistów...”. Król salonu, Andrzej Wajda, chwali. W „Rzeczpospolitej” Barbara Hollender „cieszy się, że film taki jak »Pokłosie« powstał.

Polityka 47.2012 (2884) z dnia 21.11.2012; Felietony; s. 106
Reklama