Społeczeństwo

Jak żyć, pani asystent?

Kim są asystenci rodzinni?

Asystentki rodzinne: od lewej: Urszula Samulak, Julita Wirkus-Ostrowska, Joanna Szymańska. Asystentki rodzinne: od lewej: Urszula Samulak, Julita Wirkus-Ostrowska, Joanna Szymańska. Krzysztof Mystkowski / KFP
Są takie rodziny, które trzeba uczyć, że w domu się sprząta, dzieci się myje i myśli się o tym, że trzeba coś zjeść. Gdyńscy asystenci rodzinni udowadniają, że warto.
Asystę otrzymują rodziny, które chciałyby odmienić swoje życie, ale nie mają możliwości, atutów, mocnych stron – w pracy socjalnej określa się to słowem „zasób”.PantherMedia Asystę otrzymują rodziny, które chciałyby odmienić swoje życie, ale nie mają możliwości, atutów, mocnych stron – w pracy socjalnej określa się to słowem „zasób”.
Program „Rodzina bliżej siebie” umożliwia dostęp do pedagoga, psychologa, psychiatry, terapię dla dorosłych dzieci alkoholików (DDA).andlun1/Flickr CC by 2.0 Program „Rodzina bliżej siebie” umożliwia dostęp do pedagoga, psychologa, psychiatry, terapię dla dorosłych dzieci alkoholików (DDA).

Bieda nie jest już wstydem. Do biedy łatwo się przyznać – do braku pieniędzy, bezrobocia, długów, zagrożenia eksmisją. Przeciętni Kowalscy, zgłaszający się do ośrodków pomocy społecznej, otwarcie o tym mówią. Tak też – wydawałoby się – wyglądają powody, dla których wiele dzieci trafia dziś do domów dziecka czy rodzin zastępczych. Ale bieda to zwykle tylko objaw choroby, która gryzie Kowalskich. Ich nieumiejętność prowadzenia czegoś tak oczywistego jak rodzina wymaga wnikliwszej diagnozy i leczenia.

Temu właśnie służy gdyński projekt „Rodzina bliżej siebie”. Ciągle ma on charakter innowacji, choć w 2015 r. instytucja asystenta rodzinnego powinna z mocy ustawy wejść do polskiego systemu pomocy społecznej. W Gdyni już przed pięcioma laty powołano asystentów i dano każdemu pod opiekę siedem rodzin. Żeby dobrze poznać domowników, zdiagnozować sytuację, znaleźć właściwe sposoby działania, praca z rodziną musi potrwać średnio trzy lata.

Na pierwszy ogień poszły te objęte nadzorem kuratorów sądowych, zagrożone ograniczeniem praw rodzicielskich. – Mówiłyśmy sobie, że jesteśmy głosem dzieci, mamy patrzeć ich oczami – opowiada Justyna Stefanowska, najpierw asystentka rodzin, obecnie konsultantka dla pracowników socjalnych.

W ciągu tych pięciu lat wymyślono rozmaite formy edukacji i terapii. Jednym podopiecznym MOPS opłaca kursy i badania lekarskie potrzebne do podjęcia pracy. Innych kieruje do „Szkoły dla rodziców”, na warsztaty wyboru partnera życiowego albo warsztaty gospodarowania pieniędzmi. Albo na „Sztukę codzienności” – zajęcia ukazujące, że życie ma swój rytm, trzeba wstać rano, przygotować dzieciom kanapki, wyjść, by poszukać pracy. Niby oczywiste, lecz nie dla wszystkich. Jest też dostęp do pedagoga, psychologa, psychiatry, terapia dla dorosłych dzieci alkoholików (DDA). Asystenci proponują podopiecznym różne przyjemności – teatr, wyjście do restauracji, wyjazd integracyjny na weekend do ośrodka wypoczynkowego. Dla wielu to nowość, odkrycie. Ale najważniejsze są rozmowy, rozmowy i jeszcze raz rozmowy. Spotkania średnio dwa razy w tygodniu.

Anna ma w domu trzech chłopców – 14, 11, 3 lata. Wcześniej był jeszcze Zdzisiek, konkubent i ojciec chłopców. Dwoje dorosłych dzieci Anny przed laty zabrał jej pierwszy mąż. Asystentka Urszula Samulak trafiła do Anny i Zdziśka, bo groziło im wyrzucenie z mieszkania. Z powodu długów. Oboje mają trzecią grupę inwalidzką, liczyli, że to ich ochroni. Ale te czasy minęły. Gdyby wylądowali na bruku, dzieci trafiłyby do pieczy zastępczej. Po serii wizyt diagnoza asystentki brzmiała: głównym problemem jest Zdzisiek i jego chora relacja z Anną, zdominowaną, sprowadzoną do roli podnóżka. Mężczyzna lubi alkohol i swobodę.

Znikał na tydzień, wracał pijany, bez grosza. Nie bił, marudził. Anna myślała: nie dam rady sama z trójką dzieci. Nie liczyła, ile Zdzich daje, a ile zabiera – w jedzeniu, mieszkaniu, wydatkach na papierosy.

On deklarował chęć poprawy, ale udziału w terapii antyalkoholowej odmawiał. Urszula Samulak postawiła na Annę. Kurs florystyczny. Na Boże Narodzenie Anna porobiła stroiki. W punkcie sprzedaży choinek bardzo się spodobały. Nie mogła nadążyć z nowymi. Radość – pieniądze z pracy własnych rąk! Powoli nabierała śmiałości, poczucia, że jest coś warta. Dziś pyta retorycznie: – Czy kochająca osoba może tak wyjść, nie myśleć, czy mamy co jeść, czy nie mamy? Dom traktował jak hotel, a nas jak zabawki. Ale każdy człowiek ma jakąś godność. Zdzich, odstawiony od piersi, znalazł inną panią. Potem chciał wrócić do Anny. Odmówiła. Kontakty z dziećmi – proszę bardzo.

Anna pracuje dziś w firmie sprzątającej. I znalazła oparcie – w rodzinie Zdzicha. Jego mama pomaga przy wnukach, brat z żoną podtrzymują na duchu. Asystentka pomaga Annie skompletować dokumenty do sądu o alimenty na dzieci. Ważne, że kobieta po latach bierności bierze los rodziny w swoje ręce.

Rodzinie Krystyny Joanna Szymańska asystuje już trzeci rok. Krystyna u fryzjera nie patrzy w lustro, zamyka oczy. Nie akceptuje siebie. Wychowywała się bez miłości, zostawiona własnemu losowi przez matkę alkoholiczkę. Lekko opóźniona intelektualnie, 38 lat, otyła, z zaćmą. Ale ma ładną twarz. Oraz sześcioro dzieci z pięcioma mężczyznami. Klientką pomocy społecznej jest od dawien dawna. W jej ślady idzie najstarsza córka, która lada moment urodzi drugie dziecko.

Gdy Szymańska przyszła do Krystyny po raz pierwszy, zastała brudne dzieci, i straszny bałagan. Bałagan w życiu też. Panie z MOPS przez prywatne kontakty załatwiły przyśpieszenie zabiegu na zaćmę, bo ten brud pewnie brał się po części z niedowidzenia.

Aktualny partner Krystyny, ojciec 3-letniej Zosi, jest alkoholikiem. Pracuje, ale sporo wydaje na wódkę i papierosy. Krystyna, na początku zupełnie bierna, uczy się wymagać, wyznaczać granice. Z dumą opowiada asystentce, jak ostatnio nie wpuściła Józka do domu – był pijany i śmierdzący, bo mu puściły zwieracze. Początkowo Zosia nie miała własnego łóżka. Biegała spać do taty. Asystentka wraz z kuratorką przekonały mamę, żeby kupić małej osobne spanie. To ten rozkładany fotel obok kanapy.

Teraz matka i asystentka zastanawiają się wspólnie, jak pomóc chłopcom. Starszy uczy się w szkole specjalnej, przyjmuje leki tłumiące agresję, ma kłopoty z sercem. Młodszy, 13-latek, jest w normie intelektualnej, ale słabo czyta i pisze. Asystentka znalazła wolontariuszkę chętną do pomocy, bo widzi, że szkoły nie mają innego pomysłu, jak tylko odepchnąć problem od siebie. Zwykłe szkoły przerzucają trudne dzieci do specjalnych, szkoły specjalne – do młodzieżowych ośrodków wychowawczych. Potem z dzieci wyrastają matki i ojcowie. I tak się to toczy.

U Kasi i Tomka Joanna Szymańska prowadzi diametralnie inne rozmowy. Zgoła filozoficzne – o konsumpcjonizmie, minimalizmie, hierarchii wartości, o tym, że człowiek z telefonem pre-paid nie musi być gorszy od tego z wypasionym smartfonem. Kasia i Wojtek (33 i 34 lata) to małżeństwo z dwójką dzieci (6 i 3 lata). Kasia zgłosiła się do MOPS w sierpniu 2011 r. z powodu bezrobocia, perspektywy utraty dachu nad głową, nastrojów depresyjnych. Wojtkowi męska duma nie pozwalała szukać pomocy. Nie będzie mi obca baba dyktować, co mam robić – powtarzał żonie w związku z wizytami Szymańskiej. Miał wtedy pracę na noc. Gdy przychodziła, twardo spał w drugim pokoju. Trochę czasu musiało upłynąć, nim się włączył.

Z pomocy finansowej korzystają rzadko. Ważne było zetknięcie z innymi ludźmi, wiedza, że mieli podobne kłopoty i sobie poradzili. W domu rodzinnym Wojtka był problem alkoholowy. Szymańska skontaktowała go z klientem, który przeszedł terapię dla DDA. Wojtek się zdecydował. Dziś rozmawia o tym bez oporów: – Program dał mi pewność siebie, przekonanie, że DDA nie jest metką na całe życie, że coś zależy ode mnie, że mam prawo na przykład domagać się od pracodawcy lepszego traktowania. Mam prawo uwierzyć, że będzie lepiej, choć w życiu miałem pod górkę. No i wiem o niebezpieczeństwie powielenia wzorca wyniesionego z domu.

Kasia skończyła kurs opiekuna osób starszych, po którym łatwo o pracę. Potem oboje zrobili prawo jazdy. Bez pomocy MOPS nie byłoby ich stać na konsultacje psychologa. – Właściwie nie przypuszczałam, że dzieci można wychowywać bez agresji i krzyku, innego działania rodziców nie znałam – opowiada Kasia. Podpatrywała wcześniej sąsiadkę, której dziecko ma zespół Downa. Podziwiała cierpliwość. Teraz sama wie, jak rozmawiać, negocjować. Widzi, że syn to docenia. W domu rodzinnym wciąż słyszała: a nie mówiłem, że ci się nie uda. Teraz wróciła do szkoły średniej, by przygotować się do matury, do której nie podeszła przed laty. Artur zaczął myśleć o studiach, przerwanych na trzecim roku. I o własnej firmie. Gdy ma przyjść Szymańska, mówią dzieciom, że ciocia przyjdzie.

Iza ma 21 lat, Tomek, jej mąż – 34. Oboje przeszli przez dom dziecka, oboje leczą się w poradni zdrowia psychicznego, dlatego mają II grupę inwalidzką. U niej stwierdzono borderline (zaburzenie osobowości), u niego – osobowość depresyjno-agresywną oraz skłonność do alkoholu. Ale trzyma się nieźle, w ciągu roku zapił dwa razy, jednodniowo. Poznali się na terapii grupowej. Ona uczy się zaocznie w liceum, on pracuje na czarno. Asystentka Urszula Samulak trafiła do nich, gdy na horyzoncie pojawiło się dziecko, teraz 9-miesięczne. Pracownicy socjalni bali się, czy młodzi podołają opiece nad dzieckiem. Jest dobrze. Początkowo Iza broniła mężowi dostępu do synka.

Dziś się kłóciliśmy z Tomkiem – opowiada asystentce. – On chciał iść zapalić, a ja: nie, najpierw zajmij się dzieckiem. W 90 proc. kłótnie to moja wina.

Nie jest tak źle – twierdzi Tomek. – Kłótnie stały się teraz rzadsze, krótsze, Iza się mocno zmieniła. Według Izy to efekt psychologa, którego załatwiła pani Ula. Bez psychologa raz dwa byliby po rozwodzie.

Grażyna i Piotr, z dwójką dzieci, niepijący, pracujący, bez długów, bez kredytów, nie pasują do obrazu klientów pomocy społecznej. Pod skrzydła asystentki Julity Wirkus-Ostrowskiej trafili dwa lata temu via sąd rodzinny. – Miałam sprawę o pobicie córki. Ona mnie uderzyła, a ja jej wlałam kablem – relacjonuje Grażyna. Nastoletnia córka poskarżyła się koleżance. Koleżanka opowiedziała w szkole. Tej samej, do której Grażyna kilkakrotnie zwracała się wcześniej o pomoc, bo sobie nie radziła. Szkoła zawiadomiła policję. Rozpętało się piekło, bo Beata twierdziła, że oboje rodzice ją katowali, opowiadała szokujące rzeczy. Dziś już wiadomo, że w zeznaniach dziewczyny było mnóstwo kłamstw. Ale Grażyna i Piotr dostali wyroki w zawieszeniu, spore.

Wyrodni rodzice – taka przylgnęła etykieta. Wszyscy na nich postawili krzyżyk. Julita Wirkus-Ostrowska bywała w ich domu trzy razy w tygodniu, wysiadywała po dwie, trzy godziny. Obraz przestawał być taki czarno-biały. Surowi – owszem. Zapracowani niesłychanie, w piekarni, głównie w nocy, po 260–300 godzin miesięcznie, siedem dni w tygodniu. Wracali zmęczeni. Wieczorami Beata i jej młodszy brat zostawali sami. Dziewczyna miała sporo obowiązków. Zaczęła się buntować przeciwko wszystkiemu.

Piotrowi asystentka zaproponowała „Szkołę dla ojców” oraz terapię DDA, Grażynie „Szkołę dla rodziców”. Do tego pomoc pedagoga, psychologa, psychiatry. Uczyli się, jak stosować kary, jak skłonić dziecko do nauki. Zrozumieli, że nie mogą oboje pracować w nocy. On został w piekarni, ona zatrudniła się jako pomoc kuchenna. Mają mniej pieniędzy, ale żyją lepiej. Zbliżyli się do dzieci. Julicie Wirkus-Ostrowskiej cały czas coś w Beacie nie grało, uśmiech nagle zastępował grymas wściekłości, jakby różne osoby były w jednym ciele. Asystentka doszła do wniosku, że przydałby się psychiatra. Okazało się, że są zaburzenia psychiki. Beata jest leczona. Grażyna przestała się jej bać.

W 2008 r., gdy Gdynia startowała z programem asystentury rodzinnej, pracownicy socjalni przewidywali, że 40 proc. dzieci z rodzin objętych taką indywidualną intensywną pracą i tak w ciągu roku trafi do pieczy zastępczej. Trafiło 8 proc. Więc szefostwo MOPS zwielokrotniło liczbę asystentów. Z czasem w Gdyni zaczęto w ten sposób pracować także z bezdomnymi, niepełnosprawnymi oraz usamodzielnianymi wychowankami domów dziecka.

Asystę otrzymują rodziny, które chciałyby odmienić swoje życie, ale nie mają możliwości, atutów, mocnych stron – w pracy socjalnej określa się to słowem „zasób”. Trafiają też rodziny z zasobami, ale bez motywacji do wyzdrowienia, którym dobrze się żyje na cudzy rachunek. Wreszcie – te na zakręcie, które przycisnął do ściany splot okoliczności. Chodzi o to, by szybko wyszły na prostą i nie uzależniły się od wsparcia z zewnątrz.

Gdynia na projekt „Rodzina bliżej siebie” zdobyła pieniądze unijne. Ale teraz co roku miasto zwiększa swój udział w jego finansowaniu, aż do całkowitego przejęcia, gdy skończą się pieniądze z Unii. To się po prostu opłaci – mniej dzieci trafia do pieczy zastępczej, więcej dorosłych odnajduje się w życiu i od dwóch lat zmniejsza się łączna liczba podopiecznych MOPS.

Pozytywne gdyńskie doświadczenia wpłynęły na rozwiązania w ustawie o wspieraniu rodziny i systemie pieczy zastępczej, przyjętej już w ubiegłym roku. Przewidziano w niej instytucję asystentów, tyle że odłożono sprawę do 2015 r. – samorządy naciskały, twierdziły, że nie mają na to pieniędzy. Jeszcze gorszy od zwłoki jest zapisany w ustawie limit: liczba rodzin przypisanych do asystenta nie może przekroczyć dwudziestu. Oby w praktyce ta dwudziestka nie stała się normą. W Gdyni obawiają się, że w takim przypadku z asystentury wyjdzie karykatura. I do wielu samorządowców nie dotrze, że to jednak działa.

Imiona uczestników projektu zostały zmienione.

Polityka 48.2012 (2885) z dnia 28.11.2012; Kraj; s. 38
Oryginalny tytuł tekstu: "Jak żyć, pani asystent?"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Świat

UKRAINA: Wołodymyr i jego drużyna

Prezydent Wołodymyr Zełenski wystartował z najbardziej ambitnym programem reform w historii kraju. Krytycy twierdzą, że ta niecierpliwość zgubi albo jego, albo Ukrainę.

Oleksandra Iwaniuk
18.09.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną