Społeczeństwo

Bractwo więzienne

Dom byłych więźniów

Dom Bractwa Więziennego powstawał z ruiny wiele lat. Pieniądze zdobywano z dotacji resortu sprawiedliwości i z darowizn. Dom Bractwa Więziennego powstawał z ruiny wiele lat. Pieniądze zdobywano z dotacji resortu sprawiedliwości i z darowizn. Agnieszka Prusak / Polityka
Pod dachem Domu Miłosiernego Ojca kłębią się emocje. Byli więźniowie uciekli tu od bezdomności. Teraz niespodziewanie muszą dokonać wyboru: z kim trzymać? Życie już ich nauczyło, że zawsze trzeba być po jednej albo drugiej stronie.
Józef: - Biblię przeczytałem trzy razy od deski do deski.Agnieszka Prusak/Polityka Józef: - Biblię przeczytałem trzy razy od deski do deski.
Łukasz: - Kradłem, bo lubiłem, nie kradnę, bo już nie chcę.Agnieszka Prusak/Polityka Łukasz: - Kradłem, bo lubiłem, nie kradnę, bo już nie chcę.
Andrzej: - Chciałbym spotkać byłą żonę i poprosić ją o przebaczenie.Agnieszka Prusak/Polityka Andrzej: - Chciałbym spotkać byłą żonę i poprosić ją o przebaczenie.
Prezes Elżbieta: - Mam poczucie misji do wykonania.Agnieszka Prusak/Polityka Prezes Elżbieta: - Mam poczucie misji do wykonania.
Bractwo. Poszła fama, że miejsce będzie tylko dla więźniów z Wołowa.Agnieszka Prusak/Polityka Bractwo. Poszła fama, że miejsce będzie tylko dla więźniów z Wołowa.

Dom. Ruinę w centrum Wrocławia miasto przekazało stowarzyszeniu Bractwo Więzienne, założonemu przez księdza Jana Sikorskiego, dzisiaj emerytowanego kapłana, niegdyś duszpasterza skazanych. Bractwo zajmowało się ewangelizacją więźniów, nie prowadziło przytułków, dlatego skorzystało z pomocy ojca Włodzimierza, misjonarza z zakonu oblatów. Ojciec Włodzimierz pomagał byłym więźniom, jednego z nich, Jarka, polecił Bractwu Więziennemu – niech się zajmie remontem. Placówkę nazwano Domem Miłosiernego Ojca.

Dom powstawał z ruiny wiele lat. Pieniądze zdobywano z dotacji resortu sprawiedliwości i darowizn od chętnych. Odbudową zajmował się były więzień Jarek. Przy okazji na piętrze wyszykował mieszkanie dla własnej rodziny, zajmuje je dzisiaj z żoną i czwórką dzieci. Bractwo udzielało mu wszelkich pełnomocnictw, oficjalnie występował jako kierownik Domu. W odremontowanych lokalach umieszczano chore ptaki, jak niektórzy z poetyckim patosem nazywali wychodzących na wolność skazańców, którzy nie mieli dokąd wracać. Albo nie umieli powrócić. W więzieniu żyli w rytmie: pobudka, śniadanie, spacer, obiad, kolacja, gasić światło. Za bramą rytm się załamał. Trudno sprostać wolności.

Józef (54 lata). W życiu ani mi nie pomagało, ani nie przeszkadzało, że ojciec był rodowitym Francuzem. Przyjechał po wojnie do Polski, poznał kobietę, ożenił się i został. Ojca szanowałem. Za jego honor w 1980 r. pierwszy raz do więzienia trafiłem.

Poszedłem do restauracji w Bolesławcu. Siedział tam ormowiec, który zawsze do mojego ojca coś cierpiał. Wybuchła ogólna awantura. Ja uspokajałem takiego Gienka, który talerzami rzucał, a w drugiej sali ktoś ormowca pchnął nożem od tyłu. Poszło na mnie, dostałem 12 lat, chociaż pomawiał mnie tylko ormowiec, inni nic nie widzieli. Potem mi to zbili do pięciu.

Pobyłem trochę na wolności, dostałem za jedno włamanie półtora roku, za drugie dwa lata, jakoś tak szło. W nocy się włamywałem, rano szedłem do pracy. Miałem konkubinę Dankę, musiałem na nią zarabiać. Mieliśmy dwoje dzieci, Emilkę i Kamilkę, ale nam zabrali. Adoptowała jakaś rodzina z Warszawy. Nigdy ich więcej nie widziałem. Kamila już będzie miała 32 lata, Emilka od niej trochę młodsza.

Z tą konkubiną żyłem prawie 20 lat. No i kiedyś do domu nie wróciła. Spotykam taką znajomą, mówi, widziałam tę twoją Dankę u Leszka. Wpadłem do jego mieszkania, porozbijałem wszystko, on mi uciekł przez balkon, ją zawiozłem do mamy. Mama ją bardzo lubiła i szanowała, bo to była dobra dziewczyna, umiała wszystko zrobić. Ugotować, posprzątać.

Mama mówi, słuchajcie, widzę, że już nie dajecie sobie rady, po prostu się rozejdźcie. Coś mnie wzięło i mówię do Danki, że jeszcze pójdziemy na działki. Bo mama miała działeczkę i ja jej pilnowałem. I mówię tam do Danki: Pamiętaj, jeżeli jeszcze raz się dowiem, że chodzisz tam albo tam, to masakra będzie. A ona mi mówi, że i tak wróci do Leszka. Ja dostałem klapki na oczy, normalnie ciemno mi się zrobiło, nie widziałem, co zrobiłem. Jak się opamiętałem, to ona już leżała. Ale nie uciekałem, chciałem ją uratować. Zadzwoniłem po pogotowie, policję, ale było za późno. Dostałem osiem lat, bo sąd uznał, że nie miałem poczytalności.

W 2009 r. wyszedłem z więzienia. Już bez nogi, odjęli mi ją z powodu miażdżycy i błędów lekarskich. Mama zmarła rok wcześniej, ojciec już dawno. Sam zostałem, a na skórze mam cały swój życiorys, przeszłość w tatuażach. Najstarszy jest mściciel z biczem. Ten, co to robił, za bardzo nie umiał jeszcze, drugi mi poprawił i tak krzywo zostało. Tu mam „Śmierć komunie”, tyle że po angielsku. A ten smok z mieczem i w koronie to jest półzemsta, chodziło o tego ormowca. Smok ma pół korony. Jakby zemsta była cała, to smok miałby całą koronę. A ten żuczek to symbol więzienia w Strzelcach Opolskich. Ta jaskółka – Wiśnicz Nowy. Na rękach mam, można powiedzieć, wzorki wolnościowe. To jest tak zwany Tribal, tu jest Predator, a tu Indianka z pieskiem.

W więzieniu dostałem listę ośrodków pomocy. Tak tu trafiłem, Jarek przydzielił mi pokój na dole, żebym po schodach protezą nie stukał. Ja Jarka wciąż nazywam Prezesem, bo to dobry człowiek. Dostawałem zasiłku 440 zł, jemu płaciłem za czynsz 350 zł miesięcznie. Te pieniądze szły na remont budynku i tego typu rzeczy. Zostawało mi na życie 90 zł, ale i tak byłem zadowolony.

Żyję z dnia na dzień, do kobiet już nie chodzę. Książki tu są na miejscu, przeważnie jakieś biblie, o Boga pytania. Ja Biblię to chyba ze trzy razy przeczytałem od deski do deski. I jestem już spokojny.

Łukasz (23 lata). Jak miałem 13 lat, trafiłem do rodziny zastępczej, bo rodzice pili. Ta rodzina mieszkała koło Radomia, był tam mój brat, ja i ich troje dzieci. Uciekałem stamtąd trzy razy, chciałem wrócić do domu. Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej. Sędzia stwierdził, że mam iść do Puław do Młodzieżowego Ośrodka Szkolno-Wychowawczego, tam byłem z półtora roku. Z Puław też uciekałem. Wtedy zacząłem kraść.

Kradłem, łapali mnie, przywozili, i znowu kradłem, łapali mnie, przywozili. Kradłem, bo lubiłem. Najczęściej używałem łomu albo przez dach i przez szyby wentylacyjne. Nie myślałem o zyskach, lubiłem ryzyko i adrenalinę. Mnie nie kręcił Wołomin czy Pruszków, nigdy nie chciałem robić porwań, chodzić z pistoletem na sklepy czy jakieś wymuszenia. Narkotyków też nie używam, po prostu zwykły złodziej sklepowy, włamywacz. Wtedy byłem niepełnoletni i nic nie mogli mi zrobić. Trafiłem do schroniska dla nieletnich.

Jako dorosły wciąż kradłem, dlatego wsadzili mnie do dorosłego kryminału na ponad trzy lata. Tam się różnych ludzi spotyka, nie tylko złych. Także takich – oni najczęściej mają duże wyroki – którzy chcą naprostować małolatów.

Ale co taki mi może doradzić? Gdyby był mądry, toby tu nie siedział. Sam zrozumiałem w końcu, że to nie jest życie. Odkąd pamiętam, to wiecznie kraty, kraty, kraty. Jak wyszedłem z tego więzienia, to był luty, poszedłem do baru, kupiłem sobie piwo, zjadłem sobie, zadzwoniłem do siostry, do Ani, do Warszawy. Ona ma męża i dziecko. I już wiedziałem, że więcej kraść nie będę. Było, minęło.

Do Wrocławia przysłała mnie pani prezes Bractwa Więziennego. Przyjechałem tu jakoś przed świętami, pracowałem miesiąc na budowie, nie zapłacili mi, więc zrezygnowałem z tej pracy i miałem przestój. Później robiłem pod Zgorzelcem, hotel malowałem. Jeździłem na cały tydzień, na sobotę wracałem, a w poniedziałek rano znowu jechałem do Zgorzelca. Za pieniądze, które zarobiłem, kupiłem sobie rower, aparat cyfrowy sobie kupiłem, telefony pokupowałem.

Nigdy nic nie czytam, raz tylko książkę „Jest taka miłość”, napisał ją Ryszard Arlt. Był w więzieniu, nawrócił się. On opowiada swoje całe życie, że później zaczął Biblię czytać. Nie wiem, jak to jest, nigdy Biblii nie czytałem.

Kiedyś sobie w więzieniu powiedziałem, że pójdę do Częstochowy, i byłem. Chciałem zobaczyć, jak tam jest. Nudy, nie ma tam nic ciekawego, jedyne, co mi zapadło w pamięć z kościoła, to droga krzyżowa i jeden jej przystanek, nie pamiętam który, ale wydawało mi się, że jest związany ze mną.

Wczoraj szedłem ulicą i kobiecie wypadł telefon, nie słyszała tego, ale odzyskała ten telefon. Inna kobieta zgubiła torebkę, mogłem wziąć, nie wziąłem. Może chcę odpokutować to, co kiedyś zrobiłem? Bo kiedyś facet, któremu okradłem osiem razy kiosk, powiedział, że nie ma do mnie żalu. Tylko nie wybaczy mi jednego, że zamiast na komunii córki, spędził dzień na komisariacie. Powiedziałem mu, że już mu więcej kiosku nie okradnę. No bo mój ojciec na mojej komunii był.

Byłem złodziejem, a teraz już nie jestem. Powiedziałem sobie, że ja już nie wrócę do więzienia.

Andrzej (53 lata). To, co złego w życiu zrobiłem, staram się wyciszyć w sobie. Ogólnie powiem, że nie byłem dobrym człowiekiem ani dobrym ojcem.

Ten zabity to był mój były pracodawca, Kazik. Handlowaliśmy chemią gospodarczą. Był bardzo pazerny na pieniądze, oszukiwał klientów, nawet staruszki żyjące z maleńkiej renty, kawał świni. Złość na niego we mnie wzrastała i wzrastała. To ja wymyśliłem napad na niego i dobrałem sobie Ruskich.

Chcieliśmy go trochę oskubać. On zszedł do samochodu, podjechaliśmy pod magazynek, to było na uboczu i tam miał być dokonany napad, miałem być pobity i ja, i Kazik. Byliśmy związani, pobici, zabrano nam dokumenty, klucze, wszystkie pieniądze. Oni z tymi dokumentami mieli pojechać do jego mieszkania i to mieszkanie okraść. A nas związanych zostawić. Ale Kazik się bronił, kogoś kopnął i wtedy jeden z tych Ruskich wyjął nóż i go zabił. Dla mnie to był szok. Zostawiłem to wszystko, poleciałem do monopolowego, kupiłem trzy butelki wódki, dwie wypiłem duszkiem. I nic mi nie było, żadnej reakcji na alkohol. Dostałem 12 lat. W więzieniu najgorsze były dla mnie pierwsze dwa, nosiłem się z zamiarem, żeby pozbawić się życia.

Siedziałem w Wołowie, tam napotkałem ludzi ze Wspólnoty św. Jana Chrzciciela, to mnie odmieniło. W 2005 r. wyszedłem na wolność i przez ponad rok jeździłem ze Wspólnotą do Wołowa, do chłopaków, opowiadałem im, jak żyć z obrazem Boga i według jego reguł. Później Wspólnota pomogła mi załatwić pracę parkingowego. Wziąłem 5 tys. zł pożyczki w banku, córka spodziewała się drugiego dziecka, chodziło o remont jej mieszkania. Nie starczyło na remont, więc wziąłem następny kredyt 10 tys., potem znowu 20 tys. Za łatwo mi ten bank dawał forsę. Połowa poszła na remont, a drugą połowę przehulałem, słaby miałem jeszcze charakter.

Odszedłem od Wspólnoty, bo żyłem w grzechu. Wtedy taki, co go poznałem w Wołowie, zrobił ze mnie słupa. Otworzył na mnie firmę Autopol, samochody sprowadzał niby z zagranicy i wyłudzał pieniądze od klientów. Skończyło się tak, że ponownie znalazłem się za kratkami. Za te kredyty i za tego słupa. W więzieniu zrozumiałem swoje grzechy, a Wspólnota się ode mnie nie odwróciła, wstąpiłem do niej ponownie. Jak mnie nie wygonią, to aż do śmierci będę z nimi. Teraz czeka mnie kolejna operacja, przeszedłem już cztery, wycięli mi śledzionę. To dlatego, że w więzieniu zostałem pobity przez współwięźnia.

Mam jedno pragnienie. Chciałbym spotkać moją byłą żonę. Ona ma kogoś innego. Chciałbym ją spotkać i prosić o przebaczenie.

Prezes Elżbieta. Mam poczucie misji do wykonania. Z zawodu jestem urzędnikiem. Teraz prowadzę własny biznes – salon fryzjersko-kosmetyczny na Targówku w Warszawie.

Kiedyś zostałam zaproszona na spotkanie Bractwa Więziennego na Jasnej Górze, z okazji Dnia Dobrego Łotra. Tam przyjeżdżają modlić się więźniowie z całej Polski. Tak zaczęła się moja przygoda z Bractwem, tam zobaczyłam więźniów i poczułam się między nimi bardzo dobrze. Zaczęłam uczestniczyć w spotkaniach, jeździć do więzień. Po dwóch latach zostałam wybrana na prezesa.

Bractwo wrocławskie zostało rozwiązane, bo w ubiegłym roku na przełomie września i października dostawałam telefony od pani kurator, która zajmowała się tutejszymi podopiecznymi, że w Domu coś źle się dzieje, są malwersacje. Kiedy przejrzałam faktury, zauważyłam, że brakowało rozliczenia 40 tys. zł, złożyłam doniesienie do prokuratury.

Okazało się, że pan Jarek był tu władcą i nie dopuszczał nikogo, sam decydował o wszystkim. Odwołałam notarialnie pełnomocnictwo udzielone panu Jarkowi. Miał być mieszkańcem tego domu, a zaczął pokazywać swoją władzę i walczyć o swoją własność. Zameldował się nielegalnie, wszystko jest złożone w prokuraturze. Postępowanie w sprawie manka i eksmisji trwa.

Dla mnie największą bolączką było, że jeden człowiek, który został obdarowany takim zaufaniem, zniszczył wspaniałe dzieło. Wydawało się, że był bardzo nawrócony. Tu się ożenił, tu rodziły mu się dzieci. Nie pojmuję, jak pod pozorem tego nawrócenia się zniweczył wszystko, co dostał, a przede wszystkim zaufanie. Tylu ludzi czeka tu na miejsce. Mieszka zaledwie pięć osób, nie licząc rodziny pana Jarka, a mogłoby mieszkać trzy razy więcej.

Jarek. Były kierownik odmawia rozmowy. Adwokat mu tak doradził. Jedno, co może powiedzieć, to tyle, że to nie on ukradł, ale jego okradziono. Dom wyremontował z własnych pieniędzy, to jego własność, z której chcą go wyzuć. Broni nie składa, walczyć będzie do upadłego. Gdy wygra, wszystko chętnie opowie.

Dom. Dom ma przejąć inne katolickie stowarzyszenie, działające przy Zakładzie Karnym w Wołowie. Poszła fama, że miejsce będzie tylko dla więźniów wychodzących z Wołowa. Na razie wciąż pieczę nad placówką dzierży Elżbieta, prezeska warszawskiego Bractwa Więziennego, ale perspektywa zmiany zarządcy niepokoi tych mieszkańców, których pech polega na tym, że siedzieli tu i ówdzie, ale akurat nie w Wołowie.

Byli więźniowie, chcąc nie chcąc, trafili w sam środek rozgrywki, której prawideł nie pojmują. Stanąć muszą albo u boku pani prezes, albo przy panu Jarku, zdetronizowanym kierowniku. Problem jest realny, ktoś w końcu przecież zwycięży, trzeba dokonać właściwego wyboru.

Polityka 50.2012 (2887) z dnia 12.12.2012; Na własne oczy; s. 116
Oryginalny tytuł tekstu: "Bractwo więzienne"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Historia

O Niemcach, którzy z konieczności zostali Polakami

Książka naszego redakcyjnego kolegi Piotra Pytlakowskiego „Ich matki, nasi ojcowie”, której fragment publikujemy, opowiada o losach niemieckich dzieci mieszkających na ziemiach, które po II wojnie światowej przypadły Polsce.

Piotr Pytlakowski
15.09.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną