Społeczeństwo

Strajk matek

Ciężka dola współczesnych matek

Elastyczny urlop, partnerskie podziały w opiece i rozwiązania instytucjonalne sprawiają, że Szwecja ma znacznie wyższy poziom dzietności niż Polska - tłumaczy Elżbieta Korolczuk. Elastyczny urlop, partnerskie podziały w opiece i rozwiązania instytucjonalne sprawiają, że Szwecja ma znacznie wyższy poziom dzietności niż Polska - tłumaczy Elżbieta Korolczuk. Leanne Pedersen/Masterfile / EAST NEWS
Rozmowa z dr Elżbietą Korolczuk o tym, czego dziś wymaga się od matek i dlaczego kobiety nie chcą podjąć tych wymagań.
Elżbieta Korolczuk: Kościół i politycy mówią kobietom – my się zajmiemy twoją macicą i sumieniem, ale żołądkiem zajmij się sama.Smith Collection/Getty Images/FPM Elżbieta Korolczuk: Kościół i politycy mówią kobietom – my się zajmiemy twoją macicą i sumieniem, ale żołądkiem zajmij się sama.
Elżbieta Korolczuk pracuje na Södertörns University w Sztokholmie i zajmuje się analizą ruchów społecznych i społecznymi aspektami nowych technologii reprodukcyjnych w Europie Środkowo-Wschodniej.Leszek Zych/Polityka Elżbieta Korolczuk pracuje na Södertörns University w Sztokholmie i zajmuje się analizą ruchów społecznych i społecznymi aspektami nowych technologii reprodukcyjnych w Europie Środkowo-Wschodniej.

Artykuł w wersji audio

Agnieszka Krzemińska: – Czy jest coś wspólnego, co łączy współczesne matki?
Elżbieta Korolczuk: – Ja bym powiedziała, że dziś macierzyństwo jest wręcz terenem walki politycznej i kulturowej. W Polsce mamy wizję matki Polki, opartą na zasadzie poświęcenia kobiety i wartościach narodowych, ale też ponowoczesny model intensywnego macierzyństwa – intensive mothering, czyli rodzicielstwo traktowane jako zadanie do wykonania, wymagające nakładów finansowych, czasu, kompetencji i wiedzy. Ten model, opisany przez Sharon Hays w kontekście amerykańskim, jest osiągalny tylko dla klas wyższych, ale narzucany jako wzorzec aspiracyjny całemu społeczeństwu. To rodzi frustrację, a zwykłe matki, patrząc na celebrytki chwalące się drogimi gadżetami kupowanymi dla swoich dzieci, mają poczucie winy, że nie są w stanie dać własnemu dziecku „tego, co najlepsze”.

Matki celebrytki zwykle mają ciała niematek. Żadnych rozstępów, zwiotczeń skóry, cellulitów.
Bo kolejny wzorzec związany ze współczesnym macierzyństwem dotyczy właśnie sfery ciała. W mediach pojawiły się obrazy kobiet w ciąży czy młodych matek, podkreślające ich seksualność. Potencjalnie wyzwalające, stały się niestety źródłem presji. Media forsują wzór idealnego ciała, więc młoda matka nie może wyglądać jak matka, nie może się „zapuścić”. Ten nurt wpisuje się w ogólnoświatowy kult młodości i wiarę, że współczesna medycyna daje nam władzę nad ciałem i pozwala je kształtować. Ale i to nie koniec, bo następnym, bardzo popularnym, modelem rodzicielstwa jest macierzyństwo bliskości, które znowu kładzie nacisk na bliską relację emocjonalną i cielesną matki i dziecka.

Czy to nie jest element intensywnego macierzyństwa?
Nie zawsze. Tak zwane matki tygrysice przede wszystkim podnoszą kompetencje dziecka – zaczynają od trenowania asertywności już podczas ciąży, potem uczą języków, muzyki, sztuki i współzawodnictwa. Wysokonakładowa produkcja geniuszy ukierunkowanych na karierę jest w pewnej opozycji do rodzicielstwa bliskości, przywiązującego największą wagę do emocji. Tak czy inaczej wszystkie te wzorce stanowią źródło presji na kobiety, a wybór któregoś – lub próba ich pogodzenia – obarczony jest ogromnym ryzykiem, bo jak pokazuje w swoich badaniach dr Sylwia Urbańska z Instytutu Socjologii UW, na kobiety spada odpowiedzialność nie tylko za zdrowie dziecka, ale i kształtowanie jego osobowości.

Wymagania w stosunku do matek są tak duże, że w 100 proc. nikt nie jest im w stanie podołać.
Dlatego trzeba sobie pozwolić na bycie „wystarczająco dobrą matką”. Należy założyć, że relacja z dzieckiem może mieć swoje gorsze momenty, a efekt nie będzie idealny. Jednym z najbardziej przerażających trendów jest instrumentalizacja uczuć i emocji matek w stosunku do dzieci. Otóż usprawiedliwieniem powrotu do aktywności zawodowej kobiet jest często fakt, że to jest dobre dla dziecka, gdy widzi zadowoloną matkę. To skądinąd prawda, tylko co z uczuciami i potrzebami kobiet? Czy wciąż jeszcze mają do nich prawo? Dziś kobieta w ciąży nie tylko nie może wykonywać pewnych czynności czy jeść pewnych rzeczy, ale nie może też czuć niektórych emocji. Jej uczucia są podporządkowane dobru płodu, a potem dziecka. W efekcie matka znika. Nie przez przypadek w debacie na temat aborcji pojawia się określenie kobiety jako inkubatora.

Tylko czy debata wokół miejsca i statusu macierzyństwa to nie jest problem całego zachodniego świata?
Tak, ale sytuacja Polek jest wyjątkowa, bo z jednej strony silniej niż gdzie indziej funkcjonują u nas wzorce tradycyjne promowane przez Kościół katolicki i część sceny politycznej, z drugiej jesteśmy pod wpływem nowoczesnych wizji macierzyństwa i rodziny, a jednocześnie pomoc państwa dla rodzin z dziećmi jest znikoma.

Politycy mówią o instytucjonalnej opiece, wydłużaniu urlopów macierzyńskich, dofinansowaniu żłobków, przedszkoli i zabiegów in vitro.
Na razie wygląda na to, że z tych postulatów ostanie się tylko wydłużenie urlopu macierzyńskiego i to jest absurd, bo tylko na dłużej przywiąże kobiety do domu. Miałam nadzieję, że chociaż te urlopy będą bardziej elastyczne. W Szwecji urlop rodzicielski trwa półtora roku, ale można go wykorzystać do 8 roku życia dziecka, pracując np. na pół etatu, i dzielić z partnerem, tak jak jest parze wygodniej. Zdarza się, że to ojciec bierze większą część urlopu, a nie matka. Ten system sprawia, że mężczyźni w większym stopniu mogą poczuć się współpartnerami w wychowaniu dzieci. Poza tym praktycznie wszystkie szwedzkie dzieci mają zapewnione miejsce w żłobkach i przedszkolach lub u opłacanych przez gminy opiekunów dziennych. Elastyczny urlop, partnerskie podziały w opiece i rozwiązania instytucjonalne sprawiają, że Szwecja ma znacznie wyższy poziom dzietności niż Polska.

U nas macierzyństwo jest mocno sprywatyzowane.
Po tym jak w latach 90. zamknięto ponad 80 proc. żłobków, dziś istnieją one tylko w 10 proc. gmin w Polsce! W naszym systemie dobrze radzić sobie z rodzicielstwem mogą przede wszystkim dobrze sytuowane kobiety mieszkające w miastach, które stać na opiekunkę, mają nieco lepszy dostęp do żłobków i przedszkoli (także prywatnych) i częściej są w bardziej partnerskich związkach. Często pomagają matki i teściowe, ale brak wsparcia systemowego zmusza kobiety do płacenia ogromnej ceny za posiadanie dzieci. Nic dziwnego, że coraz częściej poprzestają na jednym lub w ogóle z nich rezygnują.

To paradoks, bo badania dowodzą, że od 30 lat ponad 75 proc. Polaków uważa założenie rodziny za największą wartość. Najwyraźniej deklaracje i marzenia to jedno, a rzeczywistość skrzeczy, bo poziom dzietności stale spada.
W 2011 r. wyniósł 1,39, czyli o połowę mniej niż w latach 70., ale też nie ma co liczyć na poprawę bez wsparcia systemowego oraz wciągnięcia do pomocy mężczyzn. Chodzi o „umatczynienie” społeczeństwa, czyli aby kwestia opieki – przede wszystkim nad dziećmi, ale też osobami niepełnosprawnymi czy starszymi – przestała być domeną kobiet i by zajęcie to uzyskało społeczny szacunek i wartość. „Gazeta Wyborcza” starała się przekonać ojców do opieki nad dziećmi swoją akcją „Powrót taty”, ale niewiele z tego wyszło. Nie funkcjonujemy w próżni społecznej, nie wychowujemy dzieci w zamkniętym pudełku, więc trzeba o równości mówić zarówno w domu, jak i w szkole, w mediach, w sferze publicznej. Co stoi na przeszkodzie, by w szkole uczyć wszystkich podstaw opieki nad dziećmi, gotowania czy prasowania po to, by chłopcom wpajać, że czynności te nie są ujmą dla mężczyzny? Niestety, wizerunek mężczyzny, który zajmuje się „męskimi” zajęciami, jest u nas podtrzymywany – widzimy polityków uganiających się za piłką, a nie opiekujących się dziećmi czy wnukami. Nadal mężczyźni z wózkami w przestrzeni publicznej to rzadkość.

Na razie badania pokazują, że przeciętny Polak spędza z dzieckiem mniej czasu niż przed telewizorem. A nieliczni ojcowie, którzy zdecydowali się na urlopy rodzicielskie, nagle odkrywają, jak żmudna, pracochłonna i społecznie niedoceniana jest opieka nad dzieckiem.

Jednak współczesne kobiety żyją w innej rzeczywistości niż nasze babki czy matki i potrafią głośniej mówić o tym, czego chcą od partnera czy życia?
Rzeczywiście w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat zasadniczo zmieniała się wizja kobiecości i rodzicielstwa. Mówiąc obrazowo, nasze babcie szły w pole z dzieckiem i kładły je w zbożu z nadzieją, że nic mu się nie stanie i nikt się temu nie dziwił; nasze matki, mimo że miały dzieci, pracowały i zdobywały wykształcenie, ale miały wsparcie w instytucjach państwowych. Dziś wizja kobiecości i modele wychowywania są diametralnie inne – o wiele więcej wymaga się zarówno od kobiet, jak i od matek. Ale jednocześnie wzrasta tolerancja dla innych modeli życia i coraz więcej kobiet, które nie chcą mieć dzieci, może się do tego przyznać.

Tylko że od razu przyczepia się im opinię egoistek, karierowiczek i feministek.
Tak, bo nadal funkcjonuje przekonanie, że kobiecość jest oparta na roli macierzyńskiej, a wcale nie musi. Zresztą w Polsce macierzyństwo od lat jest ogromnie upolitycznione. Jedna z pierwszych debat społecznych dotyczyła przecież aborcji, choć w trudnych latach 90. nie była ona przecież najważniejszym z polskich problemów. Dyskusja ta ciągnie się do dziś, a teraz doszło in vitro. O ile rozrodczość i seksualność są od 20 lat jednym z najważniejszych tematów politycznych, o tyle kwestie związane z opieką są pomijane. Kościół i politycy mówią kobietom – my się zajmiemy twoją macicą i sumieniem, ale żołądkiem zajmij się sama. Kobiety, nawet jeśli nie wszystkie otwarcie protestują, czują presję polityczną, ekonomiczną i kulturową i po prostu od tego uciekają. To rodzaj strajku reprodukcyjnych kobiet, które mówią: sorry, ale na takich warunkach nie chcemy w tym uczestniczyć.

Bezdzietnych mężczyzn też jest coraz więcej.
To jest trend ogólnoświatowy, że mężczyzn nieposiadających dzieci jest więcej niż kobiet. Ale niewątpliwie należy sobie zadać pytanie, dlaczego coraz częściej również oni nie chcą mieć dzieci.

Nie dlatego, że się ich zmusza do opieki?
Zawsze kończy się na tym, że nikt nie chce zmywać tych cholernych naczyń, ale dziś zarówno kobiety, jak i mężczyźni podejmują decyzję o dziecku w sposób coraz bardziej świadomy, ważąc za i przeciw, zastanawiając się, czy mogą sobie pozwolić – finansowo, organizacyjnie i emocjonalnie – na rodzicielstwo. Dlatego jako społeczeństwo powinniśmy umożliwić im wykonywanie rodzicielstwa, które nie będzie aż tak kosztowne i nie będzie się wiązało z aż takim poświęceniem. Może wtedy decyzja o pierwszym czy kolejnym dziecku będzie przychodziła im łatwiej niż dziś.

rozmawiała Agnieszka Krzemińska

Dr Elżbieta Korolczuk jest socjolożką i aktywistką feministyczną. Pracę doktorską o relacjach matka-córka obroniła w Szkole Nauk Społecznych Instytutu Filozofii i Socjologii PAN. Pracuje na Södertörns University w Sztokholmie i zajmuje się analizą ruchów społecznych i społecznymi aspektami nowych technologii reprodukcyjnych w Europie Środkowo-Wschodniej. Wraz z antropolożką dr Renatą Hryciuk jest redaktorką wydanej przez Wydawnictwo Uniwersytetu Warszawskiego książki o macierzyństwie w Polsce „Pożegnanie z Matką Polką?”.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ja My Oni

Wyrażanie i regulowanie emocji

Marzena Martyniak o tym, jak człowiekowi może pomóc inteligencja emocjonalna.

Katarzyna Czarnecka
12.02.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną