Społeczeństwo

Romanca

Reportaż o Romach, którzy zamienili dziecko na Audi

Proces Mora i Kingi przed białostockim Sądem Okręgowym ruszył w grudniu 2012 r. Proces Mora i Kingi przed białostockim Sądem Okręgowym ruszył w grudniu 2012 r. Michał Kość / Agencja Wschód
Nikt w świecie nie chciał mieć dziecka bardziej niż Moro i Kinga w Białymstoku.
Wiadomo jedynie, że Dorian, który miał mieć na imię Mikołaj, teraz jest Bogdanem.Ilya Postnikov/PantherMedia Wiadomo jedynie, że Dorian, który miał mieć na imię Mikołaj, teraz jest Bogdanem.

Moro i Kinga nie mogli mieć własnego dziecka, więc rozglądali się za jakimś do kupienia. To było półtora roku temu, kiedy Moro miał 23 lata, a Kinga 24. Półtora roku temu Moro był kimś lepszym niż teraz – miał trochę pieniędzy i niemiecki samochód do zaoferowania w zamian za dziecko o imieniu Dorian.

Winą Mora i Kingi było to, że nie znali oficjalnego prawa, znali tylko prawo cygańskie. Kiedy zaczęli to tłumaczyć, strasznie się poplątali i od słowa do słowa wyszło tak, że teraz oboje siedzą w więzieniach, a Dorian dostał na imię Bogdan i wyjechał.

Moro urodził się w Białymstoku, a Kinga w Tomaszowie Mazowieckim, mieszkali w Bydgoszczy, ale przyjechali do Białegostoku do mamy Mora, urodzonej w Puławach, która jednocześnie była dalszą ciotką Kingi. Babcia Kingi i dziadek Mora byli rodzeństwem, ale w prawie cygańskim wszyscy Cyganie to rodzina. Moro i Kinga byli oboje piękni jak król i królowa Cyganów, choć byli biedni.

W rubryce zawód Moro wpisywał: wszystko, co wpadnie w ręce. Moro miał za sobą gimnazjum. Kinga nie umiała pisać, w rubryce zajmowane stanowisko służbowe lub rodzaj wykonywanych czynności wpisywano jej: nie dotyczy. W Bydgoszczy urząd pracy proponował Kindze zawody pakowacz i pracownik utrzymania czystości, ale nie zgłaszała się we wskazane miejsca. Mama Mora jako swoją dziedzinę podawała handel obwoźny, podczas gdy przede wszystkim wróżyła z rąk. Ale żyli zgodnie, do szczęścia brakowało im jedynie dziecka.

Ioan i Sonia mieli kłopot odwrotny, dlatego że mieli tak dużo dzieci, że zostawiali je w szpitalach po urodzeniu. Półtora roku temu Ioan i Sonia mieli oboje po 33 lata, Sonia urodziła się w Breszowie, a Ioan gdzie indziej, ale też w Rumunii, a do Białegostoku przyjechali dlatego, że słyszeli o hojności tutejszych ludzi. Najpierw byli w Gdańsku, Szczytnie i Mrągowie, ale spotkali tam ludzi skąpszych niż w Białymstoku.

Ioan i Sonia byli oficjalnie bezrobotnymi Rumunami w podróży, ale byli oboje piękni i mieli same piękne dzieci. Ostatnie zostawili w szpitalu w Wadowicach, kiedy jechali od granicy słowackiej na północ. Półtora roku temu Ioan z córką Kasandrą chodził po białostockim bloku w centrum i prosił lokatorów o pieniądze na jedzenie dla rodziny, a Moro i Kinga, jak Cyganie przed Cyganami, otworzyli przed nimi mieszkanie mamy Mora i w dużym pokoju wdali się z Ioanem w rozmowę o przekleństwach płodności i bezpłodności.

Kinga kochała Mora, a Sonia Ioana, a oni też je kochali na swój sposób. Moro był ruchliwy, jego komórka dzwoniła dlatego, że Moro prawie zawsze miał do sprzedania jakieś używane samochody albo chociaż dywany. Żenił te rzeczy z ludźmi, realizując ich tęsknoty, podczas gdy jego najgłębsze pragnienie o dziecku imieniem Dorian nie dawało mu spać i jeść. Moro i Kinga próbowali nawet bezskutecznego in vitro.

A Ioan z Rumunii pożądał samochodu Audi A4, dlatego Moro pojechał pod miasto zamienić swojego 20-letniego Mercedesa na 20-letnie Audi – Ioan sławił samo słowo Audi, nie grymasił, jeśli chodzi o przebiegi. Mercedes Mora był trochę zepsuty, dlatego klient dzwonił w tej sprawie, ale Moro, który ciągle rozmawiał przez telefon, wiedział też, kiedy nie odbierać. Usiadł do komputera i podrobił ubezpieczenie Audi, aby wszystko już było w porządku dla Ioana.

 

Bo Ioan najpierw zaproponował, żeby sobie Moro i Kinga wzięli jako swoje to dziecko Ioana i Soni zostawione w szpitalu w Wadowicach, lecz Moro zadzwonił tam i zetknął się ze słowem adopcja, czyli – kłopot. Zadzwonił także do szpitala gdzie indziej w Polsce, bo tam też Ioan i Sonia zostawili dziecko, jadąc na północ kraju, ale znów był kłopot. Dlatego Ioan powiedział, że to nic, bo Sonia znowu jest w czwartym miesiącu i Moro będzie mógł wziąć nowe dziecko w zamian za Audi i 20 tysięcy. Ale potem Ioan powiedział, że wcale tak nie mówił i że boi się Cyganów.

Ioan i Sonia mówili, że bali się dlatego, że Moro i Kinga oszaleli z uczucia do dziecka. Kinga mówiła, że nie zna w świecie drugiego imienia tak przepięknego jak imię Dorian, choć po polsku chciała dać dziecku na imię Mikołaj, żeby miało imieniny w Mikołajki. Dlatego Moro i Kinga zapłacili Soni za lekarza, bo byli ciekawi, czy to na pewno jest chłopak, i potem Moro tańczył ze szczęścia po Białymstoku z papierami USG. Szczęśliwi Moro i Kinga wyglądali dziwnie, dlatego Bianca, siostra Ioana, która również przybyła z rodziną korzystać ze szczodrości białostocczan, skarżyła się, że Moro chciał poderżnąć Ioanowi gardło ze szczęścia i zastrzelić go. Ale potem Bianca powiedziała, że wcale tak nie mówiła.

Kinga ze szczęścia zachciała rodziny wielodzietnej, dlatego proponowała odkupienie dziecka Bianki i jeszcze jednej kuzynki, które były w ciąży, ale panie się nie zgodziły. A jeśli chodzi o nienarodzonego Doriana, Bianca doradzała bratu, czyli Ioanowi, żeby go nie sprzedawał, bo Bóg patrzy. Ioan mówił, że ze względu na wzrok Boga nie chciał sprzedawać i dlatego uciekł z rodziną do Gdańska.

W Gdańsku telefon Ioana dzwonił równie często jak w Białymstoku, dlatego że Moro chciał wiedzieć, jak się miewa jego syn w brzuchu Soni, czy Sonia ma co jeść i jakiej jakości to jedzenie. Moro i Kinga kochali Doriana widocznego na USG z całego serca, płakali mówiąc o nim, gromadzili ubranka i mleko w proszku. Ioan wciąż cenił markę Audi, dlatego wrócił do Białegostoku z żoną dwa tygodnie przed narodzinami Doriana i pozwolił się zakwaterować za pieniądze Mora i Kingi w internacie Ochotniczego Hufca Pracy. Moro wszystko miał obmyślone w zbyt wielu wariantach, które mu się potem pomieszały, i dlatego Moro i Kinga siedzą w więzieniu, a Ioan i Sonia nie.

Po pierwsze, dumny Moro powiedział swojej matce, że ma kochankę, która urodzi mu dziecko – to znaczy matka Mora mówiła, że on tak mówił, ale potem Moro temu zaprzeczał. Po drugie, Moro zawiózł Ioana do kościoła, aby Ioan tam przysięgał, że dochowa tajemnicy, ale potem Moro mówił, że pojechali do kościoła z nudów.

W szpitalu, kiedy Sonia miała rodzić Doriana, Moro podał się za męża Soni, która ma na imię Kinga, a swoją Kingę przedstawił jako Sonię, czyli siostrę rodzącej. Dlatego że to Kinga, a nie Sonia, miała papier z bydgoskiego urzędu pracy, który pozwalał – jej zdaniem – urodzić za darmo; Sonia jako Kinga miała udawać, że nie zna słowa po polsku i kontaktować się z personelem szpitala za pomocą ruchów oczu, podpisywać się jedynie zygzakiem – co akurat było prawdą, bo Sonia nie znała liter. Tymczasem skurcze porodowe ustały i wszyscy bohaterowie powrócili do internatu.

Prawdziwa Kinga w otoczeniu dziecięcych ciuszków i mleka w proszku odchodziła od zmysłów z miłości do Doriana, dlatego, z troski, spała w jednym łóżku z Sonią i sama jak dziecko cieszyła się z ruchów jej brzucha. Mężczyźni chodzili nachmurzeni, jak to mężczyźni przed porodem, w chmurze dymu z papierosów. Moro przepisał Audi na Sonię, ale z wydaniem auta czekał na pojawienie się Doriana i w ten prosty sposób nawlekł Ioana na kółko od kluczyków – Ioan się nie buntował. Chociaż potem mówił, że pełen był buntu, rostrząsając dylemat Boga, dziecka i niemieckiej motoryzacji.

 

W ostatnim dniu stycznia 2012 r. w białostockim szpitalu przyszedł na świat piękny i zdrowy chłopiec, dlatego Moro i Kinga płakali ze szczęścia, Sonia była smutna, Ioan pijany winem, które przywiózł mu Moro. Świętowali całą noc w zajeździe za miastem, śpiewając cygańskie romance, ale bufetowa Celina mówiła potem, że z kulturą. Ioan wymagał dla siebie tylko jednej rzeczy – żeby Moro nie mówił, że dziecko sprzedaje dla samochodu, tylko oddaje w dobre ręce. Dlatego, że honor Ioana byłby zbrukany, a jego oczyszczenie wymagałoby użycia noża i przelania krwi.

Kinga jako Sonia doglądała Soni jako siebie samej i jej syna jako swojego syna w sali poporodowej miejskiego szpitala jak w teatrze. A Sonia w roli Kingi przewracała oczami na pytania sióstr położnych i podpisała się zygzakiem pod faktem urodzenia Doriana, który miał mieć także na imię Mikołaj.

A następnego dnia w białostockim szpitalu pojawił się Moro w roli cygańskiego ojca pijanego winem i pomyślnością, ale Moro źle to zagrał. Dlatego, że Moro nadmiernie wyraził emocje: ryczał ze wzruszenia na widok syna i przytulał Kingę, która była jego siostrą, a Sonię, która była jego małżonką, pomijał z szacunku dla Ioana. Pielęgniarki z początku brały to za niezrozumiałą tradycję romską; Romowie zawsze wnoszą do szpitali położniczych koloryt i rejwach, który pielęgniarki lubią.

Dlatego kiedy na oddział położniczy przyszła matka Mora odwiedzić wnuka, najpierw musiała powróżyć pielęgniarkom w ich kantorku. Trochę to trwało, a kiedy wreszcie mama Mora wyszła na korytarz, zobaczyła policjantów przepytujących Mora i Kingę oraz Sonię odpowiadającą im jedynie oczami. Pielęgniarki wezwały policję, bo Moro – ich profesjonalnym zdaniem – zachowywał się wobec noworodka jak matka. Moro w szoku poporodowym narzekał do pielęgniarek, że Sonia ma za mało mleka w piersiach, żeby wykarmić jego syna. Moro rozkładał na łóżku dziecięce buciki, sam się wzruszał na widok przyniesionych przez siebie grzechotek i kaftaników, a kiedy wyjmował z torby mleko w proszku, zachwalał je jak komiwojażer mleka w proszku.

Proces Mora i Kingi przed białostockim Sądem Okręgowym ruszył w grudniu 2012 r., a zakończył się w marcu 2013 r. i ujawnił wiele rozbieżności – mówiąc urzędowo – między Polakami o różnych korzeniach kulturowych oraz cudzoziemcami z terenu Unii Europejskiej.

Więc sąd mówił o wykorzystywaniu dziecka jako przedmiotu transakcji handlowej, a tym samym o poniżaniu godności dziecka poprzez przeznaczenie na cele sprzeczne z ludzką podmiotowością. A Moro mówił, że nic podobnego, i płakał ze wzruszenia na wspomnienie o Dorianie. Kinga mówiła, że nie wiedziała, co to adopcja, bo do tej pory nigdy nie rodziła. I również płakała za Dorianem, dlatego że nigdy w życiu nikogo nie kochała bardziej niż Doriana.

Gdy sąd mówił o komercyjnej adopcji, Kinga mówiła, że to był układ rodzinny między dwiema cygańskimi siostrami – Sonią i Kingą. A gdy sąd mówił, że Moro i Kinga to konkubenci, oni mówili, że to nieprawda, bo mają ślub cygański. A kiedy dowiedzieli się, że cygański z punktu widzenia prawa nieważny, już tylko płakali za Dorianem. A gdy sąd – w swoim języku – uwzględnił specyficzny tryb życia z dnia na dzień oskarżonych i postronnych oraz ich niewielki rozwój socjalny, w szczególności zupełny brak wykształcenia, oraz fakt, że oskarżeni naprawdę chcieli być rodzicami dla dziecka, Moro i Kinga dostali po 10 miesięcy więzienia – apelację złożył prokurator.

Tylko Moro i Kinga stanęli przed sądem. Ioan i Sonia, ich córka Kasandra i ich nowy syn oraz cała szeroko rozgałęziona rodzina podróżująca w poszukiwaniu szczodrych ludzi zniknęła z Polski, korzystając z dobrodziejstw europejskiego układu o wolnym przepływie ludzi i towarów. Wiadomo jedynie, że Dorian, który miał mieć na imię Mikołaj, teraz jest Bogdanem.

Polityka 24.2013 (2911) z dnia 11.06.2013; Kraj; s. 32
Oryginalny tytuł tekstu: "Romanca"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Nauka

Skąd dramatyczne wahania liczby infekcji covid-19?

Czym tłumaczyć gwałtowny spadek raportowanych zakażeń koronawirusem? Rozmawiamy z dr. Franciszkiem Rakowskim z ICM, który modeluje przebieg pandemii od samego jej początku.

Karol Jałochowski
26.11.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną