Społeczeństwo

Na skrzydłach wyobraźni

Dlaczego ludzie boją się latać?

"Strach przed lataniem w dobie międzynarodowych korporacji czasem wręcz uniemożliwia życie zawodowe" Eric Meola/Getty Images / FPM
O tym, skąd się bierze paniczny strach przed podróżą samolotem – i co można na to poradzić – mówi Dorota Pieńkos.
Dorota Pieńkos jest psychologiem, certyfikowaną specjalistką od terapii poznawczo-behawioralnej.Tadeusz Późniak/Polityka Dorota Pieńkos jest psychologiem, certyfikowaną specjalistką od terapii poznawczo-behawioralnej.

Joanna Cieśla: – Obraz wypalonego wraku koreańskiego samolotu, który właśnie obiegł media, działał na wyobraźnię. Boi się pani latać?
Dorota Pieńkos: – Nie, nigdy się nie bałam.

Dlaczego zajęła się pani terapią ludzi z takim akurat lękiem?
Bo coraz więcej osób z tego powodu cierpi. A to z kolei ma związek z tym, że coraz więcej ludzi lata samolotami.

Z luźnych obserwacji pracowników pokładowych wynika, że w każdym locie przynajmniej jedna osoba boi się panicznie. Zgadza się to z szacunkami badaczy?
Naukowo trudno to obliczyć, bo ludzie generalnie nie afiszują się z lękiem. Poza tym niektórzy o nim nie wiedzą, dopóki nie wsiądą do samolotu. Inni zaczynają się bać dopiero w efekcie jakiegoś silnego przeżycia, które może być związane z podróżowaniem, ale nie musi. Jeszcze inni liczą, że lęk towarzyszący pierwszym lotom z czasem minie – a on nie przechodzi.

A strach przed lataniem okazuje się coraz bardziej kosztowny życiowo. I nie chodzi o to, że ktoś jedzie na wakacje do Hiszpanii trzy dni, podczas gdy rodzina dociera tam samolotem w trzy godziny (choć znam osobę, która wróciła z Tajlandii lądem, bo nie była w stanie wrócić samolotem, mimo że w tamtą stronę poleciała). Strach przed lataniem w dobie międzynarodowych korporacji czasem wręcz uniemożliwia życie zawodowe. Znam kogoś, kogo tak wykończyły desperacko stosowane przez cały lot techniki relaksacji, że gdy już doleciał, na spotkaniu służbowym nie był w stanie myśleć – nic nie załatwił. Dochodzą do tego opowiadane często historie o popadaniu w uzależnienie od alkoholu osób, które często latają i za każdym razem muszą się znieczulać. To jest rzeczywiście problem.

Co najbardziej przeraża tych, którzy się boją?
Ważnym komponentem tego lęku bywa lęk przed byciem w zamknięciu – to, co potocznie nazywa się klaustrofobią. Niektórzy tłumaczą to tak, że w razie czego nie można wysiąść ani nawet otworzyć okna. Inny aspekt, który wydaje się zresztą oczywisty, to lęk przed przebywaniem na dużej wysokości, według części teoretyków uwarunkowany ewolucyjnie. U niektórych kluczowy w lęku przed lataniem jest uogólniony strach przed podróżowaniem, oddalaniem się od domu. Wiele osób boi się też problemów technicznych – awarii maszyny, urwanego skrzydła, a także tego, że mechanicy mogli przeoczyć jakąś ważną usterkę. Dość często pojawia się poczucie nieufności w stosunku do innych ludzi – że ktoś czegoś nie dopilnował, że pilot zasłabnie albo zaśnie, albo że jest pijany. Albo że ktoś wniesie bombę na pokład. Wiele osób mówi o przyrodzie, pogodzie – burzy, turbulencjach, zderzeniu z ptakiem.

Pacjenci oczywiście powtarzają, że w wypadku samolotowym nieuchronna jest śmierć wszystkich na pokładzie – choć to mit, bo znaczna większość takich wypadków nie skutkuje niczyją śmiercią.

Powody, które podają ludzie, są niby-racjonalne.
Ale sam lęk nie jest racjonalny. Pod spodem czai się na przykład intuicja, że to niemożliwe, żeby samolot latał – jakaś podstawowa atawistyczna niezgoda, że kilkaset ton metalu, wypełnione paliwem, odrywa się od ziemi i leci. To coś, co się w naszym pojęciu jakoś nie może zmieścić.

Bo też stykamy się z latającymi maszynami relatywnie od niedawna.
Ale też kiedyś ludzie bali się kolei żelaznej albo jazdy samochodem z prędkością 40 km/h, która wydawała się zawrotna, a teraz nie. Choć dziś, biorąc pod uwagę statystyki wypadków, to lęk przed jazdą samochodem wydaje się bardziej uzasadniony.

Osoby, które boją się latania, mówią często o jeszcze jednym ważnym lęku – przed własnym lękiem.
Oczywiście to ważne tło problemów z lataniem – właściwa ludziom trudność ze zniesieniem przykrych emocji, własnego niepokoju. W dodatku na pokładzie samolotu każdy drobny objaw niepokoju bardzo łatwo rozdmuchać. Stewardesa się nie uśmiecha. Pojawia się dziwny dźwięk. Latamy nad lotniskiem i dlaczegoś nie lądujemy – a człowiek coraz bardziej się boi. Przede wszystkim tego właśnie, że nie zniesie dłużej napięcia. Że zwariuje, zwymiotuje, zerwie się z wrzaskiem z fotela.

Taki lęk dodatkowo nasila się, kiedy skupiamy się na niepokojących objawach pochodzących z ciała: przyspieszone bicie serca, trudności z oddychaniem, uczucie gorąca. Wydaje nam się, że dzieje się z nami coś złego, nad czym nie mamy kontroli, i co może się skończyć bardzo źle. Zaczynamy wówczas gorączkowo szukać ratunku, a tymczasem, im mocniej koncentrujemy się na sobie, tym objawy są wyraźniejsze, a nasz lęk silniejszy.

Jeśli ktoś myśli, że zaraz zginie, to chyba uzasadniona reakcja?
Paradoksalnie osoby, które przeżyły sytuacje, w których śmierć wydawała się nieuchronna, zwykle zachowywały się w takim momencie zupełnie inaczej. Skądś pojawia się totalny spokój, umiejętność zapanowania nad lękiem. Jeśli człowiek nie ma jak się ratować, godzi się z sytuacją. Sama leciałam kiedyś małym samolotem nad pustynią – ani kawałka ziemi, na którym można by wylądować, brak możliwości wezwania pomocy. A silniki przestały pracować, co od razu było słychać i widać, bo samolot był wirnikowy. Było nas kilkoro pasażerów. Panowała cisza, nic się nie działo. W takich sytuacjach włączają się zdrowe i racjonalne mechanizmy: są fachowcy, niech reagują. Jak widać, przeżyłam – silnik zaskoczył, a samolot wylądował tam, gdzie miał lądować.

Nie został pani po tej podróży spadek w postaci lęku przed ponownym wejściem do samolotu?
Poradziłam sobie.

Dlaczego ten lęk tak często dotyka poważnych i wykształconych osób – menedżerów, biznesmenów, ludzi, którzy teoretycznie umieją sobie w życiu poradzić?
Rzeczywiście, lęk lotniczy relatywnie często dotyka ludzi, którzy są bardzo odpowiedzialni, martwią się na zapas, przejmują odpowiedzialność za innych. Ich strategią radzenia sobie z lękiem jest dążenie do kontroli. To samo, które czasem prowadzi człowieka do obejmowania odpowiedzialnych funkcji.

Tyle tylko, że kontrolowanie sytuacji przez pasażera w samolocie jest niemożliwe.
Ale oni obserwują, nasłuchują: czy silnik pracuje równo, czy skrzydła zanadto się nie odginają, czy nic nie wycieka, nie oberwało się… Na samolot można przekierować swój lęk, który wtedy wydaje się bardziej zrozumiały. Strach o maszynę można uznać za racjonalny, pilnowanie jej jest formą działania. Czynu.

Znam osoby, które z sukcesem stosują strategię unikania po kilkadziesiąt lat: po prostu nie wsiadają do samolotu.
Tylko że przy takiej strategii nigdy nie przestaną się bać. Podobnie zresztą jak próbując kontrolować samolot. Lub też stosując inną popularną strategię: zażywanie proszków i picie alkoholu, czyli unikanie konfrontacji z lękiem przez wyłączanie mózgu. Ale to nie uwalnia od lęku, buduje raczej przekonanie: udało mi się psim swędem przetrwać, ale następnym razem znów muszę się znieczulić. Nic się nie zmienia.

A techniki relaksacji? Działają?
Słabo. Począwszy od najprostszych – napinania mięśni, ćwiczeń oddechowych. Organizm, kiedy się boi, chce oddychać płytko i szybko, a człowiek stara się oddychać powoli i głęboko, i liczyć oddechy. Trwająca dwie czy trzy godziny albo więcej koncentracja na oddechu, pójście na przekór własnemu organizmowi wymaga ogromnego wysiłku. No i podtrzymuje grozę sytuacji: Pomylę się w liczeniu, źle napnę, to wszystko wymknie się spod kontroli. Techniki relaksacji mogą pomóc na chwilę albo zostać użyte w konkretnym celu – np. żeby zacząć racjonalnie myśleć.

Łatwo powiedzieć.
I wcale nie tak trudno zrobić. Samolot to nie jest spotkanie oko w oko z tygrysem. To zmierzenie się z własną wyobraźnią. To dlatego boimy się już na tydzień przed, na miesiąc przed lotem, choć siedzimy bezpieczni w mieszkaniu.

Pierwszy krok do uwolnienia się od lęku to usłyszeć te nasze myśli i nie wdawać się z nimi w dialog, tylko powiedzieć sobie: mam taką myśl, fantazję. Zobaczyć własne myśli z perspektywy obserwatora. Podam przykład: pacjentka opowiada, że gdy leci, to ciągle wyobraża sobie katastrofę, zderzenie, że samolot spada. Mówię: – Równie dobrze potrafi sobie pani wyobrazić stadko zielonych słoni lecących obok samolotu. – Tak. – Samolot nie spada, tak samo jak słonie nie latają. Jedno i drugie to jedynie myśl.

Ale jedna z nich – jako możliwy scenariusz – jest jednak bardziej prawdopodobna.
I oto mamy kolejny mechanizm, który trzyma ludzi w lęku. Wydaje im się, że jeśli będą się bali, spotka ich w życiu mniej nieszczęść. A takiej zależności nie ma. Jeśli nie ma żadnego powodu do niepokoju w rzeczywistości wokół mnie, to znaczy, że sama sobie produkuję lęk. A jeśli to ja go produkuję, to on zależy ode mnie. Mogę na niego wpłynąć. Już samo dostrzeżenie: znów fantazjuję o wypadku, znów się rozglądam, to duża ulga.

A gdy już uda się zdystansować od własnego lęku, zwłaszcza osobom z nadmiernym poczuciem kontroli, bardzo pomaga przypomnienie sobie, jak to się dzieje, że samolot lata. Nie chodzi o zaawansowane lekcje aerodynamiki – wystarczają proste eksperymenty. Wystawienie ręki z samochodu daje odczuć, że powietrze nie jest próżnią, tylko substancją, która może nieść samolot. Jest niewidoczna, ale istnieje – ma określoną masę, stawia opór. Można przypomnieć sobie ten oczywisty fakt, siedząc w samolocie. Albo to, jak zachowuje się rzucony przed siebie talerz – jeśli nadamy mu prędkość, to on poleci. Spadnie dopiero, gdy wytraci prędkość. A samolot ma silnik, który cały czas nadaje mu prędkość, dopóki mu starczy paliwa. Talerz też by leciał, gdyby miał silnik. Prosta fizyka. Wejście na kolejne piętro w uwalnianiu się od lęku to uświadomienie sobie, że my nie jesteśmy naszym lękiem.

Trudno jednak wchodzić na wyższe piętro w stanie paraliżującego lęku przed uduszeniem. Jak sobie poradzić na przykład z atakiem panicznej klaustrofobii?
To jest właśnie ten moment, w którym warto powoli i głęboko pooddychać przez kilka chwil czy nawet policzyć oddechy. Jest wiele sposobów na opanowanie paniki, ale wszystkie zalecają zajęcie uwagi czymś innym niż objawy z ciała, wyrównanie oddechu i zaniechanie rozpaczliwego poszukiwania ratunku. Pomaga to, co paradoksalnie wydaje się nie do przyjęcia: „poddać się”, powiedzieć sobie: to tylko lęk, moja wyobraźnia płata mi figle, to zaraz minie. Lęk można oddzielić od siebie, zauważyć jako stan, przejściowe doświadczenie.

Niezła zabawa na kilka godzin lotu. Łatwo oddziela się lęk od własnej tożsamości?
Kłopot w tym, że niektórzy wcale nie chcą się go pozbyć, bo jest im do czegoś potrzebny. Np. do budowania swojego wizerunku jako wrażliwej osoby, prawdziwej, delikatnej kobiety albo do uzasadniania ogólnej niechęci do ruszania się z domu, podróżowania z rodziną. Wtedy te zabiegi, o których mówimy, nie mają sensu. To zupełnie inna praca terapeutyczna. Wszyscy inni mają wszelkie dane ku temu, by przestać bać się latać.

***

Dorota Pieńkos jest psychologiem, certyfikowaną specjalistką od terapii poznawczo-behawioralnej. Kieruje warszawskim Centrum Psychologii Integralnej InTeGral.

Polityka 29.2013 (2916) z dnia 16.07.2013; Kraj; s. 24
Oryginalny tytuł tekstu: "Na skrzydłach wyobraźni"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Nauka

Skąd dramatyczne wahania liczby infekcji covid-19?

Czym tłumaczyć gwałtowny spadek raportowanych zakażeń koronawirusem? Rozmawiamy z dr. Franciszkiem Rakowskim z ICM, który modeluje przebieg pandemii od samego jej początku.

Karol Jałochowski
26.11.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną