Pół wieku Kuby Wojewódzkiego

Jestem wesołym bulterierem
Kuba Wojewódzki, dziennikarz, showman, o swoich urodzinach, roli celebryty i podzielonej Polsce, o tym, że już znalazł swojego medialnego następcę i właśnie dojrzewa do posiadania dziecka, a także o tym, że sam nigdy by nie poszedł do swojego programu.
Kuba Wojewódzki: Jestem zbyt moralny i kompetentny, żeby być politykiem.
Jacek Poremba/Fotonova

Kuba Wojewódzki: Jestem zbyt moralny i kompetentny, żeby być politykiem.

„Wkurwia mnie, jak w naszym kraju doprowadzono do segregacji, że ta zbitka Polak-katolik znowu zaczyna być obowiązującą matrycą rozliczania moralności czy niemoralności”.
Wojtek Kurczewski/Fremantle Media

„Wkurwia mnie, jak w naszym kraju doprowadzono do segregacji, że ta zbitka Polak-katolik znowu zaczyna być obowiązującą matrycą rozliczania moralności czy niemoralności”.

Kuba Wojewódzki, który od dawna opisuje dla POLITYKI świat polskich celebrytów, kończy właśnie 50 lat. Chociaż zwykle nie przeprowadzamy wywiadów z własnymi autorami, postanowiliśmy zrobić wyjątek, bo jesteśmy zwyczajnie ciekawi, jak szacowny jubilat, wieczny młodzieniec, król życia, prowokator i przekorny krytyk także samego siebie mierzy się ze swoją smugą cienia.

Juliusz Ćwieluch: – Gdzie pan będzie gasił 50 świeczek na swoim torcie?
Kuba Wojewódzki: – Doszedłem już do tego wieku, w którym cena świeczek jest wyższa niż tortu, więc świeczek raczej nie będzie. Postanowiłem zrobić sobie naprawdę narcystyczną fetę i umówiłem się 2 sierpnia z Jurkiem Owsiakiem. Obiecał mi pół miliona ludzi na imprezie urodzinowej. Jadę na Przystanek Woodstock. Będę miał więcej szalonych gości niż uzdrowiciel na Narodowym.

Myślałem, że umówił się pan z Owsiakiem ze względu na jego akcję zbierania sprzętu dla oddziałów geriatrycznych.
Nie potrzebuję jeszcze Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, żeby mi przyniosła cewnik i respirator. Natomiast, nie ma co ukrywać, powoli zaczynam się do nich przytulać, bo pewnie niedługo będę też miał przy swoim łóżku przyrządy do podtrzymania życia.

Proszę się nie powoływać na tę opinię w kręgach lekarskich, ale nieźle się pan trzyma.
Zawsze twierdziłem, że problem wieku jest w głowie. Na szczęście nie mojej. Paradoksem mojej obecności medialnej jest to, że chyba największy napęd mojej karierze dają wszyscy ci, którzy mnie nienawidzą, wszyscy ci, którzy mnie bojkotują, wszyscy ci, którzy mnie nie oglądają, ale podglądają. Wszyscy ci, którzy nie wiedzą, kim jestem, ale doskonale wiedzą, co u mnie słychać.

No właśnie, a kim pan jest?
Jak się jest facetem 50-letnim, to liczba autodefinicji jest przeogromna. Już wiele lat temu wymyśliłem sobie, że chciałbym być jednoosobową subkulturą. W liceum załapałem się na karnawał Solidarności. Kiedy pojawiły się oporniki, manifestacje i przynależność ideowa, to ja z moim kolegą Markusem założyliśmy organizację o nazwie Kruk przez „ü”. Była dadaistycznym happeningiem z dwoma założeniami programowymi: nigdy dwóch członków Krüka nie pojawi się pod jednym parasolem i pod żadnym pozorem nie zrobimy sobie manicure’u.

Pan bardzo oszczędnie dzieli się swoim życiem prywatnym, a żyje z wyciągania z ludzi ich historii. Może przy okazji urodzin zrobimy taki odwrócony prezent i wreszcie opowie pan też coś o sobie.
Nigdy w życiu nie dałem i nie dam się zawirusować tą współczesną pornografią, jaką jest handlowanie własnym życiem i intymnością. Show-biznes to jest bardzo specyficzne miejsce. Ludzie walczą dosyć rozpaczliwie o swoje pięć minut na headlinach, a potem rozpoczynają ten rodzaj autoerotycznej wyprzedaży. Wyprzedaż intymności jest niczym innym, jak rozpaczliwą walką o przedłużenie życia na nagłówkach. Mnie ten rodzaj trwania nie interesuje. Przez ponad 20 lat mojej obecności medialnej jeszcze nie byłem zmuszony, żeby w ten sposób stymulować zainteresowanie sobą. To żałosne. Ja jestem człowiekiem popkultury do momentu, kiedy gasną światła w studiu. Potem wkładam kaftan bezpiecznej normalności. I ten rodzaj wodewilu, ten rodzaj tańca na grobie własnej prywatności nigdy mnie nie interesował. Dlatego nigdy nie poszedłbym do własnego programu.

Surowo pan ocenia. To po tacie prokuratorze?
Mój tata był stalinowskim siepaczem, który miał wściekłego konia i elegancki mundur carski...

Jakby był stalinowskim siepaczem, to Ziobro i chłopaki z IPN już dawno by go zlustrowali.
Kiedyś powiedziałem, że chyba największym świństwem, jakie moja mama mogła zrobić światu, jest powicie mnie 50 lat temu, więc ja się świństwem opowiadania o niej nie będę rewanżował. Staram się chronić całą moją rodzinę. Stąd moje liczne bójki z paparazzi i potyczki z tabloidami. U mnie w rodzinie nikogo wcześniej nie było w show-biznesie. Nikt nie wsiadał w ten emocjonalny rollercoaster. Uważam, że zasługują na szacunek i totalne, odrębne traktowanie, dlatego że wystarczającą karą jest to, że noszą takie samo nazwisko. Nawet rodzinie Charlesa Mansona należy się spokój.

Miał pan dużo szczęścia w życiu.
Miałem. Ale mu pomogłem, bo jestem prowokatorem losu. Często podkreślam, że nie czuję się w żaden sposób obdarzony niezwykłymi talentami czy predyspozycjami, poza dużą odwagą, tupetem, chęcią spróbowania. Bywałem odrzucony, niedoceniony, wywalony. Ale nigdy nie dałem sobie wykastrować marzeń. Poza wszystkim nigdy nie wykorzystywałem okazji, żeby siedzieć cicho.

Poproszę więcej o wywaleniu. Czytelnicy lubią takie wzruszające kawałki.
Mało kto wie, że pracowałem jeden dzień w RMF. Przyjmował mnie ówczesny właściciel i autorytarny przywódca Staszek Tyczyński, który chciał mieć coś takiego jak Monika Olejnik, tylko na wesoło. No to postanowiłem być bulterierem na wesoło. Z Kalinowskim rozmawiałem na temat tego, czy słucha rolniczego rocka, to jest Budki Suflera. A moi koledzy – a miałem wtedy kumpli, którzy pracowali w URM – donieśli mi, że Tober, ówczesny rzecznik rządu, wysyła rządową Lancię, żeby borowcy pojechali do niego do domu odcedzić psa. Wyciągnąłem tego newsa. Był skandal. ­No i po jednym dniu straciłem prestiżową pracę w RMF.

Przez psa pan stracił.
Tak. Pies mnie wygryzł. Ale wróciłem. Niedawno czytałem dosyć wiarygodne i oczywiście kotłujące mój narcyzm badania, że tylko 1 proc. Polaków mnie nie kojarzy.

Brukowce donoszą, że wszystkie pana bryki są pożyczone.
Michał Żebrowski powiedział mi: stary, gdyby się okazało, że twoje życie, twoja praca, twój sukces, twoje samochody, twoje pieniądze, twoje dziewczyny to wszystko prawda, przeciętny Polak by ci nigdy tego nie wybaczył. Proszę zobaczyć, że olbrzymia część tego, co prawica tak sprytnie nazywa przemysłem nienawiści, jest skierowana na osoby popularne, że nie wybaczamy im pozornej przecież nieprzeciętności. Cały czas udowadniając ich zwykłość. Cechą show-biznesu na świecie jest mnożenie. U nas odejmowanie.

A ludzie to kupują?
Nabożny, taki ołtarzowy stosunek do mediów się nie zmienił. Czujemy, że ludzie – mimo że bardzo chcą, żeby tak nie było – traktują nas inaczej. Robią tak, bo jesteśmy im potrzebni. Miliony nakładów tych wszystkich kolorowych gazet to jest narodowa psychoterapia. Taka tabletka uspokajająca, że my też popełniamy błędy, że czasami mamy spocone pachy, cellulit wodny, puszczamy bąki, nie obcinamy paznokci, że ta zwykłość z nas wyziera. Porażka zawsze ma u nas największą widownię.

Pan jest zwykły?
Zawsze chciałem mieć status problemu społecznego. Zawsze chciałem mieć taki status, jaki w Polsce ma aborcja, in vitro, eutanazja, geje, homoseksualiści, Żydzi. Chciałem dotyczyć ludzi. Chciałem, żeby człowiek musiał wobec mnie zająć stanowisko, bo wiedziałem i wierzyłem, że będzie musiał zająć też stanowisko wobec rzeczy, spraw, ludzi, o których mówię. Chciałem być papierkiem lakmusowym zanurzonym w mózgoczaszkę narodu. To mnie ciekawi i bawi.

Konrad Wallenrod polskiego show-biznesu?
Wszystko to, co robię, jest jakimś specyficznym laboratorium debaty publicznej. W moim programie zawsze kryje się jakiś komunikat. Jest jakaś ważna myśl. I proszę mi wierzyć, jest olbrzymia liczba ludzi, która tę myśl widzi. Bo sądzę, że czasami, żeby dotrzeć do człowieka prostego, „śmiechem nad krzywdą jego nie wybuchając” – cytując niedokładnie poetę, trzeba zapakować swoją inteligencję w fajną szeleszczącą głupotę. Nie mam obciachu, żeby się dość masowo autodegradować. Przepraszam za taką może mało skromną wiwisekcję, no ale w końcu jest to jubileuszowa rozmowa ze starcem, więc mogą już mi się powoli wątki oraz fakty mylić.

Kochają i nienawidzą pana jednocześnie.
Polska hipokryzja polega na tym, że czasami, wędrując ulicą, napotykam setki, tysiące uśmiechów, a potem gdzieś odnoszę wrażenie, że ci ludzie wieczorami włączają swoje komputery i zaczynają pompowanie polskiej żółci. Taka schizofrenia. To nie ja jestem Dr Jekyll i Mr Hyde, tylko odbiorcy. Ja nawet nie próbuję tego rozumieć. Ja po prostu staram się przyjąć, że jest w Polsce, w 2013 r., jakaś duża grupa ludzi, która nie chce myśleć, nie chce wolności, nie chce demokracji, nie chce prawdy. Oni chcą bezpieczeństwa. A ja im je zabieram, bo lubię czochrać tę naszą rzeczywistość pod włos. Lubię mówić w poprzek. Posługując się sportową metaforyką, kiedy wszyscy stoją na mecie i pada strzał, biegną w jedną stronę. Ja lubię odwrócić się i spierdolić w drugą. Wtedy jest ciekawiej.

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną