Społeczeństwo

Jestem wesołym bulterierem

Pół wieku Kuby Wojewódzkiego

Kuba Wojewódzki: Jestem zbyt moralny i kompetentny, żeby być politykiem. Kuba Wojewódzki: Jestem zbyt moralny i kompetentny, żeby być politykiem. Jacek Poremba / Fotonova
Kuba Wojewódzki, dziennikarz, showman, o swoich urodzinach, roli celebryty i podzielonej Polsce, o tym, że już znalazł swojego medialnego następcę i właśnie dojrzewa do posiadania dziecka, a także o tym, że sam nigdy by nie poszedł do swojego programu.
„Wkurwia mnie, jak w naszym kraju doprowadzono do segregacji, że ta zbitka Polak-katolik znowu zaczyna być obowiązującą matrycą rozliczania moralności czy niemoralności”.Wojtek Kurczewski/Fremantle Media „Wkurwia mnie, jak w naszym kraju doprowadzono do segregacji, że ta zbitka Polak-katolik znowu zaczyna być obowiązującą matrycą rozliczania moralności czy niemoralności”.

Kuba Wojewódzki, który od dawna opisuje dla POLITYKI świat polskich celebrytów, kończy właśnie 50 lat. Chociaż zwykle nie przeprowadzamy wywiadów z własnymi autorami, postanowiliśmy zrobić wyjątek, bo jesteśmy zwyczajnie ciekawi, jak szacowny jubilat, wieczny młodzieniec, król życia, prowokator i przekorny krytyk także samego siebie mierzy się ze swoją smugą cienia.

Juliusz Ćwieluch: – Gdzie pan będzie gasił 50 świeczek na swoim torcie?
Kuba Wojewódzki: – Doszedłem już do tego wieku, w którym cena świeczek jest wyższa niż tortu, więc świeczek raczej nie będzie. Postanowiłem zrobić sobie naprawdę narcystyczną fetę i umówiłem się 2 sierpnia z Jurkiem Owsiakiem. Obiecał mi pół miliona ludzi na imprezie urodzinowej. Jadę na Przystanek Woodstock. Będę miał więcej szalonych gości niż uzdrowiciel na Narodowym.

Myślałem, że umówił się pan z Owsiakiem ze względu na jego akcję zbierania sprzętu dla oddziałów geriatrycznych.
Nie potrzebuję jeszcze Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, żeby mi przyniosła cewnik i respirator. Natomiast, nie ma co ukrywać, powoli zaczynam się do nich przytulać, bo pewnie niedługo będę też miał przy swoim łóżku przyrządy do podtrzymania życia.

Proszę się nie powoływać na tę opinię w kręgach lekarskich, ale nieźle się pan trzyma.
Zawsze twierdziłem, że problem wieku jest w głowie. Na szczęście nie mojej. Paradoksem mojej obecności medialnej jest to, że chyba największy napęd mojej karierze dają wszyscy ci, którzy mnie nienawidzą, wszyscy ci, którzy mnie bojkotują, wszyscy ci, którzy mnie nie oglądają, ale podglądają. Wszyscy ci, którzy nie wiedzą, kim jestem, ale doskonale wiedzą, co u mnie słychać.

No właśnie, a kim pan jest?
Jak się jest facetem 50-letnim, to liczba autodefinicji jest przeogromna. Już wiele lat temu wymyśliłem sobie, że chciałbym być jednoosobową subkulturą. W liceum załapałem się na karnawał Solidarności. Kiedy pojawiły się oporniki, manifestacje i przynależność ideowa, to ja z moim kolegą Markusem założyliśmy organizację o nazwie Kruk przez „ü”. Była dadaistycznym happeningiem z dwoma założeniami programowymi: nigdy dwóch członków Krüka nie pojawi się pod jednym parasolem i pod żadnym pozorem nie zrobimy sobie manicure’u.

Pan bardzo oszczędnie dzieli się swoim życiem prywatnym, a żyje z wyciągania z ludzi ich historii. Może przy okazji urodzin zrobimy taki odwrócony prezent i wreszcie opowie pan też coś o sobie.
Nigdy w życiu nie dałem i nie dam się zawirusować tą współczesną pornografią, jaką jest handlowanie własnym życiem i intymnością. Show-biznes to jest bardzo specyficzne miejsce. Ludzie walczą dosyć rozpaczliwie o swoje pięć minut na headlinach, a potem rozpoczynają ten rodzaj autoerotycznej wyprzedaży. Wyprzedaż intymności jest niczym innym, jak rozpaczliwą walką o przedłużenie życia na nagłówkach. Mnie ten rodzaj trwania nie interesuje. Przez ponad 20 lat mojej obecności medialnej jeszcze nie byłem zmuszony, żeby w ten sposób stymulować zainteresowanie sobą. To żałosne. Ja jestem człowiekiem popkultury do momentu, kiedy gasną światła w studiu. Potem wkładam kaftan bezpiecznej normalności. I ten rodzaj wodewilu, ten rodzaj tańca na grobie własnej prywatności nigdy mnie nie interesował. Dlatego nigdy nie poszedłbym do własnego programu.

Surowo pan ocenia. To po tacie prokuratorze?
Mój tata był stalinowskim siepaczem, który miał wściekłego konia i elegancki mundur carski...

Jakby był stalinowskim siepaczem, to Ziobro i chłopaki z IPN już dawno by go zlustrowali.
Kiedyś powiedziałem, że chyba największym świństwem, jakie moja mama mogła zrobić światu, jest powicie mnie 50 lat temu, więc ja się świństwem opowiadania o niej nie będę rewanżował. Staram się chronić całą moją rodzinę. Stąd moje liczne bójki z paparazzi i potyczki z tabloidami. U mnie w rodzinie nikogo wcześniej nie było w show-biznesie. Nikt nie wsiadał w ten emocjonalny rollercoaster. Uważam, że zasługują na szacunek i totalne, odrębne traktowanie, dlatego że wystarczającą karą jest to, że noszą takie samo nazwisko. Nawet rodzinie Charlesa Mansona należy się spokój.

Miał pan dużo szczęścia w życiu.
Miałem. Ale mu pomogłem, bo jestem prowokatorem losu. Często podkreślam, że nie czuję się w żaden sposób obdarzony niezwykłymi talentami czy predyspozycjami, poza dużą odwagą, tupetem, chęcią spróbowania. Bywałem odrzucony, niedoceniony, wywalony. Ale nigdy nie dałem sobie wykastrować marzeń. Poza wszystkim nigdy nie wykorzystywałem okazji, żeby siedzieć cicho.

Poproszę więcej o wywaleniu. Czytelnicy lubią takie wzruszające kawałki.
Mało kto wie, że pracowałem jeden dzień w RMF. Przyjmował mnie ówczesny właściciel i autorytarny przywódca Staszek Tyczyński, który chciał mieć coś takiego jak Monika Olejnik, tylko na wesoło. No to postanowiłem być bulterierem na wesoło. Z Kalinowskim rozmawiałem na temat tego, czy słucha rolniczego rocka, to jest Budki Suflera. A moi koledzy – a miałem wtedy kumpli, którzy pracowali w URM – donieśli mi, że Tober, ówczesny rzecznik rządu, wysyła rządową Lancię, żeby borowcy pojechali do niego do domu odcedzić psa. Wyciągnąłem tego newsa. Był skandal. ­No i po jednym dniu straciłem prestiżową pracę w RMF.

Przez psa pan stracił.
Tak. Pies mnie wygryzł. Ale wróciłem. Niedawno czytałem dosyć wiarygodne i oczywiście kotłujące mój narcyzm badania, że tylko 1 proc. Polaków mnie nie kojarzy.

Brukowce donoszą, że wszystkie pana bryki są pożyczone.
Michał Żebrowski powiedział mi: stary, gdyby się okazało, że twoje życie, twoja praca, twój sukces, twoje samochody, twoje pieniądze, twoje dziewczyny to wszystko prawda, przeciętny Polak by ci nigdy tego nie wybaczył. Proszę zobaczyć, że olbrzymia część tego, co prawica tak sprytnie nazywa przemysłem nienawiści, jest skierowana na osoby popularne, że nie wybaczamy im pozornej przecież nieprzeciętności. Cały czas udowadniając ich zwykłość. Cechą show-biznesu na świecie jest mnożenie. U nas odejmowanie.

A ludzie to kupują?
Nabożny, taki ołtarzowy stosunek do mediów się nie zmienił. Czujemy, że ludzie – mimo że bardzo chcą, żeby tak nie było – traktują nas inaczej. Robią tak, bo jesteśmy im potrzebni. Miliony nakładów tych wszystkich kolorowych gazet to jest narodowa psychoterapia. Taka tabletka uspokajająca, że my też popełniamy błędy, że czasami mamy spocone pachy, cellulit wodny, puszczamy bąki, nie obcinamy paznokci, że ta zwykłość z nas wyziera. Porażka zawsze ma u nas największą widownię.

Pan jest zwykły?
Zawsze chciałem mieć status problemu społecznego. Zawsze chciałem mieć taki status, jaki w Polsce ma aborcja, in vitro, eutanazja, geje, homoseksualiści, Żydzi. Chciałem dotyczyć ludzi. Chciałem, żeby człowiek musiał wobec mnie zająć stanowisko, bo wiedziałem i wierzyłem, że będzie musiał zająć też stanowisko wobec rzeczy, spraw, ludzi, o których mówię. Chciałem być papierkiem lakmusowym zanurzonym w mózgoczaszkę narodu. To mnie ciekawi i bawi.

Konrad Wallenrod polskiego show-biznesu?
Wszystko to, co robię, jest jakimś specyficznym laboratorium debaty publicznej. W moim programie zawsze kryje się jakiś komunikat. Jest jakaś ważna myśl. I proszę mi wierzyć, jest olbrzymia liczba ludzi, która tę myśl widzi. Bo sądzę, że czasami, żeby dotrzeć do człowieka prostego, „śmiechem nad krzywdą jego nie wybuchając” – cytując niedokładnie poetę, trzeba zapakować swoją inteligencję w fajną szeleszczącą głupotę. Nie mam obciachu, żeby się dość masowo autodegradować. Przepraszam za taką może mało skromną wiwisekcję, no ale w końcu jest to jubileuszowa rozmowa ze starcem, więc mogą już mi się powoli wątki oraz fakty mylić.

Kochają i nienawidzą pana jednocześnie.
Polska hipokryzja polega na tym, że czasami, wędrując ulicą, napotykam setki, tysiące uśmiechów, a potem gdzieś odnoszę wrażenie, że ci ludzie wieczorami włączają swoje komputery i zaczynają pompowanie polskiej żółci. Taka schizofrenia. To nie ja jestem Dr Jekyll i Mr Hyde, tylko odbiorcy. Ja nawet nie próbuję tego rozumieć. Ja po prostu staram się przyjąć, że jest w Polsce, w 2013 r., jakaś duża grupa ludzi, która nie chce myśleć, nie chce wolności, nie chce demokracji, nie chce prawdy. Oni chcą bezpieczeństwa. A ja im je zabieram, bo lubię czochrać tę naszą rzeczywistość pod włos. Lubię mówić w poprzek. Posługując się sportową metaforyką, kiedy wszyscy stoją na mecie i pada strzał, biegną w jedną stronę. Ja lubię odwrócić się i spierdolić w drugą. Wtedy jest ciekawiej.

Przepytałem celebrytów, strasznie są podzieleni. Część uważa, że jest pan zwykłym chamem, a pozostali, że strasznym chamem. Jak jest naprawdę?
Myślę, że prawda jest pośrodku. To, co jest ciekawe w show-biznesie i co tworzy napięcia, to fakt, że tam wszystko dzieje się podwójnie, bo dzieje się publicznie. Trzeba naprawdę mieć skórę aligatora i parę stalowych półpancerzy praktycznych, żeby się w tym wszystkim nie zatracić i nie zagubić. W tym świecie kryteria są zupełnie postawione na głowie. Tu kretyn może być autorytetem. Totalny amator może być zawodowcem, idiota może stwarzać wrażenie guru, a świr – wrażenie człowieka zrównoważonego. I też trzeba umieć to akceptować. A jednocześnie nie skleić się z tym i zachować swoją odrębność.

Czyli jest pan szczególnym chamem.
Jeżeli człowiek w swoim życiu, w bilansie 50-latka, dojdzie do wniosku, że w czymś jest szczególny, no to już jest sukces. Myślę, że chamstwo w przypadku tej definicji – będę ją relatywizował i wlewał tam oczywiście mniej lub bardziej poprawny bełkot – polega na tym, że ci, którzy mnie nienawidzą, nie godzą się na to, że jest nam po drodze. Że show-biznes generalnie dziedziczy bardzo wiele cech rynku politycznego. Każdemu celebrycie zależy na tym, na czym zależy każdemu politykowi czy parlamentarzyście, na reelekcji. Na tym, żeby trafić po raz kolejny do tego serialu, jeden do politycznego, a drugi – obyczajowego. Ja w sposób dosyć bezpardonowy zarządzam tym ruchem.

Ale ma pan chyba jakieś sympatie, pomijając te, które pan zmienia dosyć często.
No, ale u mnie to jest już taka sytuacja trochę faustowska, te tak zwane nieletnie narzeczone, bo chodzi też o energetyczną transfuzję. Z ostrym życiem jest jak z ostrą jazdą samochodem. Jak szybko jedziesz, na prędkościomierz najbardziej patrzy pasażer, a nie kierowca. Jeżeli się wie, jak to się robi, można ostro żyć bardzo długo. Z moim genotypem w ogóle mnie to nie przeraża. Choć porządek społeczny w Polsce i tak rygorystycznie podchodzi do kwestii metrykalnych. Kiedyś psycholog społeczny, z którym rozmawiałem, wytłumaczył mi to w bardzo oczywisty sposób: pana 18-, 20-letni widz patrzy w telewizor i widzi 50-latka, odwraca się i widzi na kanapie swojego ojca grubego, łysego, w sandałach. To burzy jego poczucie harmonii, poczucie tożsamości, ciągłości i bezpieczeństwa. Musi zwrócić niechęć w kierunku któregoś z was. Pan zawsze zajmie pierwsze miejsce.

To dlatego pan nie ma dzieci?
Nie wyobrażam sobie swego życia bez ciągu dalszego. Nie wyobrażam sobie siebie bez swojej kontynuacji. Z katalogu marzeń, które miałem jako mały chłopiec, spełniły się właściwie wszystkie. Nie spełniło mi się posiadanie dzieci i nie mam żadnego problemu ani zdrowotnego, ani psychicznego, ani wynikającego z mojej zdolności lub niezdolności, żeby tego nie zmienić. Mimo że oczywiście jestem pierwszym etatowym bolszewiko-chamo-gejem RP. Planuję i to. Nie wyobrażam sobie, żebym z tego zrezygnował, bo szkoda takich zacnych genów.

Komu pan sprzeda prawa do transmisji z porodówki?
Krzyśkowi Ibiszowi, on jest w tym dobry.

Będzie drugi Wojewódzki. A pan złagodnieje?
Jak człowiek ma już 50 lat, to tam, gdzie jeszcze parę lat temu widział zło, dzisiaj widzi słabość. Dotyczy to nawet prezesa Kaczyńskiego. Dziś już mnie nie złości, tylko smutno wzrusza.

Mięknie pan, bo im rośnie w sondażach.
Ja się po prostu powoli dostosowuję do tego, żeby zostać klownem na nowym dworze. Kiedy rządziła IV RP, ktoś próbował mnie wmanewrować w narkotyki, więc moje lęki związane z braćmi kiedyś, a teraz jednym bratem Kaczyńskim, mają uzasadnienie. Odrzucam ich nie ze strachu. Ja po prostu nie chcę, żeby ludzie, którzy traktują władzę jak odwet, zajmowali się współczesnością. Poza wszystkim odrzucam ich estetycznie.

Słabo by panu się tańczyło i podskakiwało na ich dworze z tą więzienną kulą u nogi...
W ogóle prawicowe poczucie humoru to brzmi trochę jak białoruski wahadłowiec.

Pewnie zaraz pan coś wystrzeli o Smoleńsku.
Ja uważam, że Smoleńsk stał się naturalnym darem polskiego fatum, bo wszyscy wiemy, że Jezus dał się ukrzyżować głównie dla Polaków. Smoleńsk nam się przydarzył, bo potrzebowaliśmy czegoś, co byłoby kolejną taką pseudointelektualną mekką, do której moglibyśmy pielgrzymować z naszymi koronami cierniowymi, nieszczęściami. Kiedyś czytałem wspomnienie Jana Nowaka-Jeziorańskiego; mówił, że któregoś razu zdał sobie sprawę, że właściwie każdy jego dziadek walczył w jakimś powstaniu. Jego dom był wypełniony historią. Tragizmem polskich losów jest to, że ta historia stała się rzeczywistością. Myślę, że dramat polskiej tożsamości narodowej polega na tym, że jest tam mnóstwo rekwizytów, gadżetów, bardzo brzydkich pomników z różnymi rocznicami. Znowu kraj nam pękł na Polskę obaw i Polskę nadziei. I myślę, że będzie cholernie ciężko te dwie połówki złożyć. Odnoszę wrażenie, że Polacy stracili wiarę, że Polska wolności i Polska bezpieczeństwa może być jednym krajem. Fromm by powiedział, że to ucieczka od wolności.

Właściwie wszystkie partie ciężko pracują nad pogłębianiem tego dołu.
Polaków bardzo łatwo jest skonfliktować i pchnąć iluzją w martwą stronę historii. Iluzjonistów u nas nie brakuje. Sposób, w jaki PiS szybuje w górę w sondażach, to jest właśnie kwestia iluzjonistycznej hochsztaplerki. Sprzedania ludziom pozoru prostych rozwiązań, których przecież nie ma. Rozwarstwienie społeczne i ekonomiczne powoduje, że Polacy się boją. Kraj zmierza w stronę chaosu. A najprostszą metodą wychodzenia z chaosu jest nacjonalizm i to widać, i czuć. Zaczynam się lękać o ten kraj. Prawdę mówiąc, nie mam żadnego pojęcia, kto mógłby znów skleić te dwie Polski.

Palikot? Jeszcze niedawno go pan wspierał.
Ja generalnie popieram każdego, kto rozpala jakąś nadzieję albo rozpala jakąś wizję. Ale zostaliśmy wydymani przez neoliberałów. Ja głosowałem za Platformą, która moim zdaniem miała twarz Tuska. Potem dostałem Platformę, która ma twarz posła Żalka, posła Godsona, posła Gowina. Jeśli partia, z którą sympatyzowałem, posiada w swoich szeregach faceta, który chwali wizytę ojca Bashobory, twierdzi, że sam był świadkiem zmartwychwstania, to ja przepraszam. Tu nie jest potrzebna wycieczka do urny, tylko do apteki. Mało tego, poseł Godson twierdzi, że Biblia jest jego encyklopedią życia. Odnoszę wrażenie, że on albo tej encyklopedii nigdy nie przeczytał, albo Biblię traktuje tak jak przeciętny Polak traktuje menu w sushibarze. Bierze to, co mu odpowiada albo co zna. Bo biblijne zapisy o tym, że nie będziesz golił włosów po obu stronach brody, ewentualnie o tym, że nigdy nie włożysz ubrania utkanego z dwóch rodzajów nici… Nie chcę już mówić, co tam jest o tych ze zgniecionymi jądrami, co nie są godni wejścia do zgrupowania Pana…

Zaraz pana oskarżą o kolejne obrażenie uczuć.
Wkurwia mnie, jak w naszym kraju doprowadzono do segregacji, że ta zbitka Polak-katolik znowu zaczyna być obowiązującą matrycą rozliczania moralności czy niemoralności. W Polsce dużo się mówi o patriotyzmie, a mało o postawie obywatelskiej, która jest takim zaczynem i takim pierwszym atomem budowania patriotyzmu. Wkurwia mnie to,

że mówi się o tym, że katolik i chrześcijanin to jest jeden człowiek godny miana człowieka przez duże „C”. Rudolf Höss był katolikiem i dość pracowitym komendantem obozu koncentracyjnego. Kościół ze swoim hasłem „Pod Twoją obronę” staje się coraz mniej skuteczną, ale za to coraz droższą agencją ochrony. Moja profesja bycia etatowym idiotą pozwala mi mówić więcej. Jak mawiał św. Augustyn, uśmiech to najlepszy egzorcysta.

Mówi pan już prawie jak polityk. Może pociągnie pan ludzi do urn. Ale tych wyborczych.
Jestem zbyt moralny i kompetentny, żeby być politykiem. Odnoszę wrażenie, że gdyby intelektualiści w Polsce mniej się angażowali w politykę, a bardziej w krytykę tejże, to nasz kraj wyglądałby inaczej. A tak jest pogrążony w oparach bełkotu i zmierza do najbliższych wyborów kursem „Titanica”. Ja już przestałem zapraszać do programu polityków. Smutnych ludzi, którzy dokonali gwałtu na zbiorowym entuzjazmie. Zbiorowym poczuciu szczątkowej wspólnoty Polaków. Parę lat temu bardzo arogancko odnosiłem się do tak zwanej Polski dekoderów Telewizji Trwam. Dzisiaj patrzę na to inaczej. Nie podzielimy tego kraju jak Korei.

Jeszcze słowo i dostanie pan program w TV Trwam.
Pojęcie wspólnota, tak jak wiele innych, powinno być wyciągnięte z kategorii pojęć, które dzielą, do pojęć, które łączą. W Polsce z każdej wartości – patriotyzm, ojczyzna, naród, wspólnota, zjednoczenie – można zrobić spoiwo albo pałkę bejsbolową. To jest bardzo niebezpieczne, że my toczymy bój o słowa, a zapominamy, że za każdym kryje się jakieś znaczenie, jakaś konkretna wartość. Kocham ten kraj. Swoją indywidualną miłością, do której nikt mi prawa nie zabierze. Choć to nie jest kraj metafory, parafrazy, hiperboli. Tutaj albo walisz prosto w ryj, albo ciebie walną.

A może pan się po prostu znudził? Oglądalność spada. Bywało, że oglądały pana i 3 mln widzów. Dziś średnia to 1,65 mln.
To nie jest tak, że moja łódka tonie. Po prostu poziom wody w stawie się obniża. Tak zwana wielka czwórka, czyli TVN, Polsat, Jedynka i Dwójka, jeszcze niedawno miała ponad 50 proc. udziału w rynku. Teraz czterdzieści parę. Jest coraz większy wybór. Dla mojej stacji i moich partnerów najcenniejszy jest udział w rynku oraz to, że niezmiennie od 11 lat jestem pierwszym wyborem w swoim paśmie. Wszelkie analizy telemetryczne zawsze przegrają z plotkarskim wrzaskiem. Prawdziwe wiadomości to fikcja. Fikcyjne to prawda.

Do pana tekstu „moja żona jeszcze się nie urodziła” można dodać: „ale facet, który przyjdzie mnie wyciąć z mediów, już pewnie tak”.
Jądrem talk-show jest osobowość prowadzącego. Odnoszę wrażenie, że w polskich mediach jest znikoma rotacja osobowości. Muszą się rodzić, gdzieś funkcjonują, ale w mediach właściwie ich nie ma. Dlatego nie boję się, że ktoś mnie wytnie. Nie chcę za dużo mówić, ale biorąc pod uwagę, że lubię kontrolować swoje fatum, mam jeszcze ochotę na parę sezonów. Ale moja perspektywa już powoli zaczyna być przeze mnie zamykana. Myślę, że znalazłem fajną postać, która będzie moim następcą. Ta postać jest związana z telewizją publiczną, ale planuje to związanie rozwiązać. Kto to – nie powiem.

Co się panu w życiu nie udało?
No, nie mogę powiedzieć, że się nie udało, bo nie znam jeszcze swoich dzieci. Nadzieja jest w tym, że podobno intelekt dziedziczy się po matce.

Mówi pan jak mój ojciec.
Jestem człowiekiem spełnionym. Ojcem swego sukcesu. I czuję, że jest na mnie ciągle, sorry za słowo, zapotrzebowanie. Do mojej nienapisanej jeszcze autobiografii mam już wymyślne motto: Są sztuki teatralne tak złe, że publiczność wygwizduje nawet szatniarzy. Takiego życia bym nie chciał.

rozmawiał Juliusz Ćwieluch

 

Polityka 31.2013 (2918) z dnia 30.07.2013; Kraj; s. 19
Oryginalny tytuł tekstu: "Jestem wesołym bulterierem"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kultura

Kompozytorki wchodzą do gry

Kiedyś mieliśmy wśród kompozytorek pojedyncze przykłady spektakularnych karier. Ale najmłodsze pokolenie idzie całą ławą, co było widoczne na jesiennych festiwalach muzyki współczesnej.

Dorota Szwarcman
01.12.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną