Miej własną politykę.

Pierwszy miesiąc prenumeraty w okazyjnej cenie!

Subskrybuj
Społeczeństwo

Sowa & Przyjaciele *****

Warszawa ul. Gagarina 2 (róg Czerniakowskiej)

Ten lokal nie miał łatwego startu. Miejsce bowiem (róg Czerniakowskiej i Gagarina) owiane jest legendą. To tu była słynna „Sielanka”, a później restauracja rozjaśniająca gastronomiczny horyzont PRL-u, czyli „Karczma Słupska”. Wszyscy niemal znawcy rynku przepowiadali Robertowi Sowie klęskę, a niektórzy nawet starali się do tego przyczynić, pisząc o świeżo otwartym lokalu raczej zgryźliwe pamflety niż prawdziwe recenzje.

Sowa jednak jest facetem z charakterem i przetrwał napór niechęci, którą wzmagało powodzenie u publiczności, jakim restauracja szybko zaczęła się cieszyć.

Minął właśnie równo rok od otwarcia wrót sowiego gniazda. Lokal nadal cieszy się wielkim powodzeniem, a to dzięki doskonałemu zespołowi kucharzy i sprawnej obsługi sali. A właściwie sal, bo restauracja ma dwie duże sale otwarte dla wszystkich oraz cztery małe, mniejsze i maciupeńkie tzw. vip-roomy.

Wieczorami bez wcześniejszej rezerwacji raczej nie uda się tu zjeść. W porze lunchu jest luźniej. Karta menu świadczy o profesjonalnym i uczciwym podejściu do biznesu, bo w każdym dziale jest nie więcej jak po cztery dania. Znaczy to, że dania robione są po złożeniu zamówienia, a nie przygotowane wcześniej i rozmrażane lub dogotowywane w ostatniej chwili.

Natomiast lista win jest rozbudowana nadzwyczajnie i liczy niemal 300 tytułów. I jest w czym wybierać.

Podczas niedawnego lunchu udało mi się wypróbować zaledwie cztery dania i mam nadzieję, że kolejne wizyty pozwolą na spotkanie z kolejnymi, bo mój apetyt jest większy niż pojemność żołądka.

Na przekąskę spałaszowałem z zachwytem smażoną grasicę cielęcą (najlepsza jaką w ostatnich latach miałem na talerzu) z kaszanką, podrobami, na puree z kalafiora i wanilii z sosem kaparowo-rodzynkowym (45 zł). Zestawienie subtelnej grasicy z prostacką właściwie kaszanką wydawało się ryzykowne, ale rezultat był olśniewający. Powodowało to zapewne i kalafiorowe puree jak i sos (ostry) kaparowy, ale i (słodki) rodzynkowy.

Aromatyczny krem z leśnych grzybów z purée ziemniaczanym z oliwą truflową i sporym dodatkiem trzyletniego parmezanu (28 zł) to zupa marzeń. Zwłaszcza podana w momencie, w którym polskie lasy straszą pustką na leśnym runie, bo grzybów – na lekarstwo.

Z dwu drugich dań nie umiem ustawić drabinki rankingowej. Polędwica z dorsza atlantyckiego z pieczonymi migdałami i grillowanym kalmarem, podana na czarnej (sepia) soczewicy (79 zł) była równie świeża i równie dobra jak ta, którą jadłem na północy Norwegii w restauracji prowadzonej przez złotego medalistę w konkursie Bocus d’or; a pieczony i marynowany comber z sarny na ziemniakach gratin z truflą i bekonem, w sosie z borowików i grillowanym oscypkiem (95 zł) też mógłby wygrać każdy konkurs na dania z dziczyzny.

Pomiędzy daniami wpadliśmy w ręce cukiernika, który podał sorbet ze szpinaku, szczawiu, z maliną i czarną porzeczką. To wprawdzie pozwoliło zjeść wszystkie zamówione dania, ale i tak na desery nie starczyło sił. Ale to dobrze – będzie pretekst do kolejnych wędrówek na róg Czerniakowskiej i Gagarina!

Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Spacerek pod lufą. Jak zwykli Polacy polują na myśliwych

Czy sprzeciw zwykłych obywateli może położyć kres polowaniom na zwierzęta? Sezon łowiecki właśnie się rozkręca.

Przemysław Ziemacki
03.10.2022
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną