Społeczeństwo

Matka i Ojciec

Powrót z okna życia

Starsze dzieci lubiły jeździć z ojcem samochodem, ale zaczęły piszczeć, kiedy cztery godziny po porodzie Matka zaczęła pakować noworodka do wywiezienia. Starsze dzieci lubiły jeździć z ojcem samochodem, ale zaczęły piszczeć, kiedy cztery godziny po porodzie Matka zaczęła pakować noworodka do wywiezienia. Mirosław Gryń / Polityka
Może dla dziecka byłoby lepiej, gdyby zostało w oknie życia. Niestety, wróciło do Matki i Ojca.
Okienko gwarantuje rodzicom anonimowość, ale też zabiera im prawo do szybkiej zmiany zdania.Mirosław Gryń/Polityka Okienko gwarantuje rodzicom anonimowość, ale też zabiera im prawo do szybkiej zmiany zdania.

Tym razem ból zbudził Matkę koło drugiej. Wiedziała, że już się zaczyna, i nie chciała – jak to było do tej pory – rodzić w domu. Dziecko miało przecież zostać w szpitalu, a potem trafić do kogoś, kto będzie je chciał. Ona miała dość. Czteroletnia córka, trzyletni syn i roczne niemowlę były coraz gorsze. Robiły w majtki – złośliwie piszczały, zamiast normalnie płakać, pełzały, zamiast chodzić i biły się między sobą o zabawki, które Ojciec dzieci przywoził od – jak to on mówi – Boga oraz ludzi. Przez całą ciążę mówiła mu, że nie chce tego dziecka. Odda je, bo inaczej albo ono ją, albo ona je zabije. On przez osiem miesięcy powtarzał jej to samo: jaka z ciebie matka? Jak to się wyda, to po nas. Nikt nam więcej nie pomoże. Wtedy wściekała się jeszcze bardziej. Ustalili więc, że całą ciążę – aby nikt nie widział – przesiedzi w domu i pod tym warunkiem on się zgodzi, by oddać.

Klasztor

Akurat w gazetach pisali o Piotrusiu z okienka, chłopczyku, który jako pierwszy w lipcu 2013 r. trafił do okna życia w Zamościu. Matka pomyślała, że to dziecko też mogłoby tam pójść.

Ale najpierw postanowiła obejrzeć to miejsce. Musiała zobaczyć, kto weźmie niemowlę na ręce i wezwie karetkę. Reszta już jej nie obchodziła. Pojechali, jak zwykle, z trójką młodszych starym Fiatem kombi, bo nigdy nie zostawiali ich samych. Zapukali do drzwi obok okna. Siostra wydawała się miła, ale kiedy usłyszała, że to w sprawie zostawienia dziecka, przestała im patrzeć w oczy. I dodała, że przecież maluszkowi jest najlepiej przy matce. Że powinna zachować dziecko, a oni – Kościół, dobrzy ludzie, wspólnota – pomogą. Na koniec wcisnęła jeszcze Matce różowe śpioszki i niebieski kocyk. Temat „okna” wydawał się zakończony.

Więc gdy kilkanaście dni później obudził ją ten ból, początkowo wydawał się jej do zniesienia. Dzieciaki, zerwane ze snu, piszczały wepchnięte na tylne siedzenie samochodu, gdy jechali do szpitala w Zamościu. Jakoś w połowie drogi Matka poczuła jednak, że coś z niej już wychodzi. Zjechali na pobocze. Zaczęła przeć, wyła z bólu, a kiedy było po wszystkim, Ojciec przeciął pępowinę, dzieciaki patrzyły i – jak to one – wczepiały się jedno w drugie.

Matka owinęła nowe dziecko – to była dziewczynka – w rożek od sióstr i chciała jechać do szpitala, ale Ojciec zawrócił. Nakarmisz małą, przebierzesz i wtedy pojedziemy – obiecywał. Ale czuła, że coś knuje.

Nowe dziecko kwękało, trzymała je, ale nie chciała patrzeć. Bała się, że jak na nie spojrzy, coś się w niej zmieni i zechce je zatrzymać. Z poprzednimi było tak samo. Potem, z czasem nawet zmusiła się parę razy, żeby przytulić, coś zaśpiewać. Choć wciąż nie ma pojęcia, co takiego ludzie widzą w dzieciach.

Najstarsza córka była naprawdę chciana, a Matka rozumiała, po co rodzi dziecko: żeby zapomnieć o poprzednim życiu. Czyli nieudanym dzieciństwie, pierwszym mężu i urodzonych mu sześciorgu. Miała być kimś do przytulania, wypłakiwania się i wąchania, bo zapach skóry niemowlęcia kiedyś ją uspokajał. Ale nowa córka, urodzona w połowie drogi do szpitala, pachniała krwią.

Poprzednie życie

Jakoś zawsze przy tych porodach Matka myślała o śmierci. Jej matka odchodziła na jej oczach, na podłodze w kuchni. Pamięta to: matka spojrzała na nią z niechęcią i krzyknęła „a kysz”. Po tej śmierci nie miała gdzie się podziać – jako 13-latka. Została w domu, z ojczymem. Żyła z nim dosłownie i w przenośni, a gdy skończyła 18 lat, poczuła, że coś w niej pęka, i chwyciła za nóż.

Nigdy nie zgłosił tego na policję. Pewnie bał się, że zacznie mówić, co jej przez te wszystkie lata robił, ale życia już z nim nie było. Błąkała się po znajomych, potem poznała swojego pierwszego męża, który zabrał ją z P. do siebie na wieś, gdzie zamieszkali w chałupie bez wody i prądu.

Początkowo wieś traktowała ją jak przybłędę, ale to się zmieniło, kiedy zaczęła rodzić dzieci. Przy pierwszym wreszcie ktoś się do niej uśmiechnął, przy drugim ludzie zatrzymywali ją na drodze i pytali o zdrowie, przy trzecim jakaś kobieta po raz pierwszy powiedziała do niej proszę pani. Pierwsze jedzenie, ubrania dostała od sąsiadów. Podobnie jak podwózkę, kiedy jechała z dziećmi na szczepienia. A gdy urodziła szóste z kolei, gmina zafundowała im darmowy remont domu. Uczniowie z technikum budowlanego – w ramach praktyk – podciągnęli prąd i wodę, sąsiedzi odmalowali ściany i zrobili zbiórkę na nowe meble. Pomyślała o sobie jako o matce, której należy się wsparcie. To była jej tożsamość.

Pierwszy mąż umarł nagle, na wylew. Nie umiała sobie poradzić z tą śmiercią. Sama chciała umrzeć. Cięła się, nałykała tabletek, przyjechało pogotowie, wylądowała w szpitalu psychiatrycznym w Radecznicy. Dawali jej leki, rozmawiali, w ramach terapii kazali układać z puzzli postać ludzką. Wiedziała, gdzie powinna być głowa, gdzie nogi i ręce – ale nie potrafiła poskładać tego do kupy.

 

Kiedy po kilku miesiącach z orzeczeniem choroby psychicznej i rentą wróciła na wieś, dzieci już nie było. Postanowieniem sądu trafiły do domu dziecka i – jak zapewniały odwiedzającą je matkę chrzestną – nigdy i nigdzie nie było im tak dobrze. Pojechała do nich, ale nie wyszły z ośrodka. Trochę popłakała, ale szybko (sądzi, że to wina proszków) pogodziła się ze stratą.

O wiele trudniej przeżyła utratę tożsamości.

Ludzie, jak to wariatkę, omijali ją szerokim łukiem, nikt – tak jak wcześniej – nie kłaniał się, nie uśmiechał. Nikogo nie obchodziło, czy czego nie potrzeba. Wieś, solidarna jak zawsze, robiła zbiórki ciuchów, pieniędzy i jedzenia, ale to wszystko ją omijało. Trafiało do domu dziecka, dla ich szóstki.

Dary

Ojciec, podobnie jak Matka nim się spotkali, miał poprzednie życie i urodzone w tamtym życiu dzieci, które dziś nie chcą go znać. No i – tak jak Matka – chciał, żeby nowe dziecko pomogło mu poczuć się lepiej.

Kiedy na świat przyszła córka, wyznaczona przez nich na pocieszycielkę, Matka znów była matką, Ojciec znów był ojcem. Kobiety ze wsi zaglądały z uśmiechem do wózka. Ksiądz z sąsiedniej parafii, wiedząc, że jest bieda, pytał, czy nie trzeba pampersów. Matki, których dzieci wyrosły z ciuszków, robiły zbiórki i wysyłały paczki na jej nazwisko.

Matka nawykła do pomocy i przyjmowała ją ze spokojem, ale Ojciec zupełnie oszalał. Brał wszystko jak leci i prosił o jeszcze więcej: pralkę, lodówkę, starą komórkę na kartę, komputer. Namawiał też ludzi, żeby przekazywali ich namiary kolejnym, potencjalnym dawcom i każdego dnia objeżdżał Fiatem kombi domy, które deklarowały pomoc. Wracał rozanielony.

Został dobrym katolikiem, bo odkąd zamieszkali razem, zaczęła mu się objawiać Matka Boska. W jednym z widzeń przekonywała go, że na jej cześć powinien spłodzić jeszcze wiele, wiele dzieci, a w innym namówiła go, żeby na skraju wsi postawił krzyż. A kiedy ten, jako samowola budowlana, został usunięty, ludzie z dalszych wiosek okrzyknęli go obrońcą – i jednocze­śnie męczennikiem krzyża.

Czasem, jadąc po dary do Kościoła albo do Dobrych Ludzi, Ojciec zabierał ze sobą córkę. Im gorliwiej zapewniał, że każde dziecko jest błogosławieństwem, tym chętniej Dobrzy Ludzie sięgali do kieszeni.

Jedzenie i sprzęty AGD popłynęły znów szerszą strugą, kiedy Matka urodziła syna, a rok później córkę. Ojciec zaczął handlować darami na targu w sąsiednim województwie. Tam również zabierał dzieciaki, bo ludzie, widząc ojca z trójką pociech, nie targowali się i zawsze płacili o parę złotych więcej.

Znów klasztor

Starsze dzieci lubiły jeździć z ojcem samochodem, ale zaczęły piszczeć, kiedy cztery godziny po porodzie Matka zaczęła pakować noworodka do wywiezienia. Czepiały się drzwi, nie chciały wychodzić z domu, wsiadać do starego Fiata kombi. Ojciec był pewien, że to zły znak. Szatan czai się za progiem. Nowe dziecko nie może więc trafić do zostawienia w szpitalu, lecz jednak do sióstr. Nieważne, że kręciły nosem na ich konkubinat.

Matka się zgodziła. Było jej wszystko jedno. Byle jechać i wreszcie mieć to za sobą. Całą drogę do Zamościa przespała, a kiedy podjechali pod klasztor, była zbyt zmęczona, żeby wysiąść. Drogę z auta do okienka miał pokonać Ojciec. Kiedy przekazywała mu zawiniętą w niebieski rożek nową córkę, przez moment spojrzała jej w oczy: były niebieskoszare, matowe jak zaschnięta farbka plakatowa. Została z popłakującymi, skulonymi na tylnym siedzeniu dzieciakami. – Załatwione. Zadowolona? – warknął Ojciec, zatrzaskując za sobą drzwi.

 

W drodze powrotnej najstarsza coś tam mamrotała pod nosem, młodsze dzieci przysnęły, a oni siedzieli w milczeniu. Nerwy puściły im dopiero w domu. On zaczął wyzywać ją od najgorszych, ona rzuciła się na niego z pięściami. Dzieciaki – jak zawsze, kiedy się boją – wpełzły pod łóżko. Krzyczała, bo była wściekła. Ale obok tego dobrze znanego uczucia pojawiło się coś jeszcze: brakowało jej nowego dziecka. Była pewna, że byłoby inaczej, gdyby nie spojrzała mu w te oczy i nie zapamiętała koloru zaschniętej farbki plakatowej. Gdy w końcu zaczęła wyć: oddajcie mi córkę!, ­Ojciec wyszarpnął spod łóżka starsze dzieci i wepchnął do auta. Ruszyli w powrotną drogę do Zamościa.

Bezradność

Kobiety z ośrodka pomocy społecznej w Ł. przyznają, że wiedziały o ciąży i o planach pozostawienia dziecka w szpitalu albo oknie życia. Wiedziały i modliły się, żeby nowe dziecko tam zostało, to byłaby szansa nie tylko dla niego, ale też pozostałej trójki.

Dla niego, bo z okna życia mogłoby błyskawicznie, czyli nawet po 6 tygodniach trafić do adopcji. Dla dzieci, bo okienko gwarantuje rodzicom anonimowość, ale też zabiera im prawo do szybkiej zmiany zdania. I nawet jeśli rodzice wrócą po swoje nowe dziecko, sąd rodzinny nie pozwoli im tak szybko go zabrać ze szpitala czy rodziny zastępczej. Najpierw będą musieli zostać poddani badaniom na DNA, a potem specjalna komisja sprawdzi, czy nadają się na rodziców.

I wtedy musieliby wejść do domu i może dzięki temu udałoby się uratować starsze dzieci – przyznają kobiety z ośrodka pomocy społecznej. One same już dawno zabrałyby je z tego, jak mówią, piekła, ale mają związane ręce, bo pozornie rodzina sobie radzi. Nie ma alkoholu, bicia, po którym zostają widoczne dla biegłych pręgi, lodówka ugina się od jedzenia, a w całym domu jest pełno zabawek. Dzieci chodzą każdego dnia w innych ubrankach i nigdy nie są puszczane samopas – bo w ogóle nigdzie nie wychodzą. Rodzice nigdy się z nimi nie rozstają. Jak zakładnicy trzymani dla okupu.

One same, pracownice pomocy społecznej, przyznają z niejakim wstydem, że muszą ten okup dostarczyć. Rodzina dostaje od państwa zasiłki okresowe – w ubiegłym roku około 1 tys. zł na pampersy, mleko, proszek do prania, w tym roku podobnie. Oprócz tego gmina funduje dzieciom obiady w szkole, które Grzegorz odbiera w słoikach i zawozi do domu. Choć nie wiadomo, czy podaje dzieciom. Bo kobiety z ośrodka pomocy społecznej nie raz sygnalizowały w piśmie do Sądu Rodzinnego w Biłgoraju, że dzieci wydają się niedożywione. Ale niewiele z tego wynikło. Sąd przyznał wprawdzie kuratora i asystenta rodzinnego, którzy mają pomagać rodzinie wyjść na prostą – ale o jakim wychodzeniu na prostą mówić, kiedy tam wszystko jest zapętlone, chore. Ich zdaniem – jedyna prosta droga ucieczki wiodła przez to okno.

Klasztor jeszcze raz

Kiedy Matka i Ojciec dotarli w końcu pod to okno w Zamościu, spod klasztoru odjeżdżała właśnie karetka pogotowia. Ojciec wypadł z auta i załomotał do drzwi. – Gdzie moje dziecko? – krzyczał. Przerażona starsza siostra wskazała na niknący za rogiem ambulans. Pognali za nim. Dzieciaki, jak to one, piszczały, ale nie zwracali uwagi. Wcześniej skłóceni, teraz czuli, że mają wspólny cel: odzyskać córkę. To samo czuli, kiedy wdarli się na oddział noworodków i żądali wydania dziecka oraz potem, gdy w sądzie rodzinnym pieklili się, że niemowlę zostało im odebrane siłą. Sędzina, do której wpadli z pretensjami, powiedziała, że jeśli zostawili je w oknie życia, teraz muszą się poddać badaniom DNA, a potem przejść przez sprawę sądową. A to potrwa ze trzy miesiące. I wtedy Ojciec przypomniał sobie, że tak naprawdę nie zostawił nowego dziecka w oknie, tylko w odległych o kilkadziesiąt centymetrów drzwiach zakonu. Wyobrażał sobie, że okno będzie otwarte, a ono było zasłonięte szybą. Nie chciał się z nim mocować, bo to mogłoby potrwać i wtedy ktoś postronny mógłby zobaczyć. Dlatego zadzwonił do drzwi i przekazał zawiniątko starszej siostrze. Tej, która potem wskazała mu niknącą za rogiem karetkę pogotowia.

Sędzina była zaskoczona, ale przyznała, że to wszystko zmienia, bo kluczowa zasada anonimowości została złamana. W ten sposób sześć tygodni, które nowe dziecko mogło spędzić poza domem, skurczyło się do pięciu dni, po których sąd rodzinny w Zamościu wydał wyrok, że nie ma podstaw do ustalania nowej tożsamości. Dziecko ma znanych, biologicznych rodziców. Może nosić ich nazwisko i takie imię, jakie oni uznają za stosowne. Matka postanowiła, że córka będzie nosić imię po niej.

Układanka

Od porodu minął ledwie miesiąc, a już ludzie o wielkich sercach znów spieszą z pomocą. Ktoś przysłał paczkę z całkiem nowymi ubrankami, ktoś uwrażliwiony przez księdza proboszcza wysłał parę groszy, bo Matce, która ani razu nie była u ginekologa, becikowe się nie należy. Jakaś kobieta z Lublina napisała do niej list z numerem telefonu i prośbą, żeby z każdym problemem śmiało do niej dzwoniła. Pomoże, jak będzie mogła, prześle co trzeba, pieniądze, rzecz jasna, też. Ojciec uwija się jak w ukropie: jeździ na kolejne zbiórki, wraca na noc, potem stara się gdzieś to, co dostanie, sprzedać. Dzieci, jak to one, całymi dniami szarpią się o zabawki, gryzą, piszczą. Matka i Ojciec nie wypuszczają ich na dwór – no bo dzikie to, wyleci na szosę i potem sąsiedzi powiedzą, że się nie dba o dzieci.

Matka, patrząc na swoje dzieci, zauważa, że są momenty, w których myśli, że je kocha. Po chwili jednak czuje do nich bardziej nienawiść. Jak to wszystko poskładać, tego nie wie. Jak z tą układanką, której nie umiała ułożyć w szpitalu psychiatrycznym.

Polityka 38.2013 (2925) z dnia 17.09.2013; Kraj; s. 28
Oryginalny tytuł tekstu: "Matka i Ojciec"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Jak się leczy na Stadionie? „Wstyd mi, że w tym uczestniczę”

Doktor M. leczy na Narodowym. Zaprosił mnie do Regent Warsaw Hotel, jednego z droższych w stolicy. To tutaj zakwaterowano personel szpitala tymczasowego.

Paweł Reszka
21.11.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną